Dariusz Piórkowski SJ: z miłosierdziem Boga mamy większy kłopot niż z Jego sprawiedliwością
Z miłosierdziem Boga mamy większy kłopot niż z Jego sprawiedliwością. Nie od dzisiaj. Już Adam po zjedzeniu owocu w rajskim ogrodzie zaczął „bawić się” ze swoim Stwórcą w kotka i myszkę. Z lęku przed karą ukrył się w krzakach. Pewnie długo by tam siedział, gdyby Bóg pierwszy nie zawołał do niego: „Gdzie jesteś?” (Rdz 3,9). Gdy przychodzimy na świat, otrzymujemy ten lęk jakby w depozycie. Czai się on w głębiach naszego serca. I dopiero doświadczenie objawia jego zgubne działanie - pisze Dariusz Piórkowski SJ w książce "Książeczka o miłosierdziu. Rozważania, praktyczne ćwiczenia, rachunek sumienia", której fragment publikujemy.
Święty Jan Paweł II nie bez przyczyny pisał o naszych „uprzedzeniach na temat miłosierdzia” (Dives in misericordia, 6), które piętrzymy w sobie pod wpływem jedynie „zewnętrznej oceny” relacji Boga do grzesznika. W żadnym wypadku nie jest to przejawem postępu duchowego, lecz ma posmak gorzkiego owocu grzechu, zwłaszcza pośród najbardziej pobożnych. Najczęściej nie potrafimy pogodzić miłosierdzia Boga z Jego sprawiedliwością. Traktujemy je trochę jak ogień i wodę. Lęk Adama, a także mające po trosze w nim źródło wychowanie, sprawia, że tworzymy sobie obraz nieustępliwego sędziego.
Widać to chociażby w jednej z sześciu prawd wiary, których uczymy dzieci, przygotowując je do Pierwszej Komunii Świętej. Nie znajdziemy tam słowa o Bożym miłosierdziu, chociaż to z Polski, jak się często szczycimy, wyszło ponownie orędzie o Miłosierdziu. Natomiast dość skrupulatnie opisana jest Boża sprawiedliwość. Nie wystarczy przecież powiedzieć, że Bóg jest sprawiedliwy, co zgadza się z objawieniem biblijnym. Wydaje się to zbyt mgliste i mało przekonujące, by mogło zmobilizować początkującego w wierze do dobrych uczynków. Dlatego ktoś bez wątpienia wiedziony dobrą wolą sprecyzował Bożą sprawiedliwość tak, abyśmy już nie mieli wątpliwości: Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który wynagradza lub karze odpowiednio do zasługi lub jej braku. I tak się sprawę zamyka. Bez wyjaśnienia.
Dziecko ucząc się na pamięć tej formuły, jeśli ma wspaniałych rodziców, uzna, że Bóg jest gorszy niż mama i tata. A jeśli w domu doświadczyło głównie karania, Bóg będzie się kojarzył jako śmiertelny wróg, od którego trzeba uciekać. I tu tkwi paradoks naszej religijności. Całemu światu daliśmy Dzienniczek św. Faustyny Kowalskiej, a dzieci nadal bezwiednie uczone są prawd sprecyzowanych w samym środku Oświecenia. Jakby nic się od tamtego czasu nie wydarzyło. Tak, Bóg istotnie jest sprawiedliwy. Ale czy my dobrze rozumiemy, na czym polega Jego sprawiedliwość?
Do dzisiaj śpiewamy, nierzadko nad grobem naszych zmarłych, po pięknej liturgii pogrzebowej odwołującej się do miłosierdzia Boga, pieśń „Serdeczna Matko”, w której Maryja chroni nas swoim płaszczem przed ciosami rozgniewanego Boga Ojca. Jasno stąd można wnosić, kto tu jest bardziej przychylny ludziom. Bóg – Zeus jest gorszy nie tylko od Syna, ale, co jeszcze bardziej przerażające, nawet od Matki Boskiej. Sam Bóg jest w sobie rozdwojony. Ojciec rzecz jasna to symbol sprawiedliwości, który musi wyegzekwować karę, a Syn, być może, bo i to jest wątpliwe, wykazuje nieco więcej miłosierdzia, ale tak naprawdę, to Matka ucieleśnia pełnię miłości do ludzi. Bo można się do niej uciec. Lęk Adama utrwalił się w tej skądinąd pobożnej pieśni na dobre. Ludzka projekcja ojca rodziny na Boga, który wychowuje mocną ręką, rózgą bądź pasem, ale na szczęście z „równoważącą” obecnością ratującej matki.
Innym razem, fałszywie pojmując miłosierdzie, traktujemy Boga niepoważnie jak pobłażliwego dziadziusia, który na wszystko pozwala i udaje, że nie widzi naszych wybryków. Czmychamy przed takim Bogiem, bo uważamy Go (niefortunnie) za kogoś niepoważnego. Często chowamy się przed Nim za parawanem samowystarczalności lub zarzucamy Go litanią ciągłych pretensji, że nie dał nam tego czy owego. Obrażamy się, bo gdy Bóg daje wszystkim po równo, wydaje nam się niesprawiedliwy. Z kolei gdy jakimś cudem uda Mu się zbliżyć do nas, nie wiedzieć czemu akurat wtedy świetnie wyczuwamy Jego bliskość i w panice wymykamy Mu się z rąk. Miłosierdzie bardzo się wysila, by uratować, uleczyć i odnowić, a człowiek dwoi się i troi, by uciec, nie dać się pokochać i opatrzyć sobie ran.
Między innymi z tych powodów papież Franciszek ogłosił w 2015 roku Nadzwyczajny Rok Jubileuszowy poświęcony miłosierdziu. W bulli Misericordiae vultus ojciec święty precyzyjnie określił cel Jubileuszu: „Jesteśmy wezwani, aby utkwić wzrok w miłosierdziu, byśmy sami stali się skutecznym znakiem działania Ojca (…), aby świadectwo wierzących stało się jeszcze mocniejsze i skuteczniejsze” (MV, 3). Nie chodzi o to, by po wiekach wyolbrzymiania sprawiedliwości Boga rozumianej często po ludzku, teraz wychylić wahadło w drugą stronę i skupić się tylko na miłosierdziu, jakby sprawiedliwość znikła. Zadanie jest inne. Mamy odbijać w swoim życiu Ojca, w którym sprawiedliwość i miłosierdzie są jednością. To nasza chrześcijańska misja. Sęk w tym, że twarz Ojca w nas bywa zamazana lub wykrzywiona. Chodzi o to, abyśmy rozważając Słowo Boże, przyjęli miłosierdzie Boga i sami stali się bardziej miłosierni nie tylko w słowach, ale i w „stylu życia”. Te dwie strony miłosierdzia: pasywna – przyjmująca, i aktywna – dająca, są nieodłączne. Najpierw musimy zażyć lekarstwo miłosierdzia, abyśmy później mogli przepisywać je innym. Chrześcijanin ma być równocześnie pacjentem i lekarzem. To paradoks, który próbujemy czasem oswoić lub nawet znieść.
Wszystko zaczyna się od słuchania, które co prawda wymaga skupienia uwagi, ale w ten sposób poszerza w nas przestrzeń działania Boga bardziej niż nawet najbardziej chwalebna aktywność. „Abyśmy byli zdolni do miłosierdzia – pisze dalej papież – musimy najpierw wsłuchać się w Słowo Boże. To oznacza, że trzeba odkryć na nowo wartość ciszy, aby móc medytować nad słowem, które jest do nas skierowane. W ten sposób możliwa jest kontemplacja miłosierdzia Boga” (MV, 13).
Skomentuj artykuł