Czym jest piekło?

Czym jest piekło?
(fot. geezaweezer / Foter / CC BY)
Anna Connolly

Słowa Matki Teresy są wstrząsające.  Jej listy i wyznania nie zmieniają się na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Ta beznadziejna sytuacja była przerażająco trwała i niezmienna. W jej notatkach nie widać żadnego postępu, tak jakby utknęła na wieki w martwym punkcie bez szans na zmianę. Dominujące uczucia w jej życiu to poczucie odrzucenia przez Boga...

Czym jest piekło? Co dla mnie oznacza to pojęcie? Niewątpliwie piekło istnieje: w każdej sytuacji, gdy zło zwycięża, a dobro nie interweniuje, mamy do czynienia z rodzajem piekła. Piekło jest dla nas bardziej namacalne niż niebo. Łatwiej je sobie wyobrazić, łatwiej je poczuć czy przeczuć. Nie każdy doznał rozkoszy Bożej łaski, przeczucia nieba i królestwa niebieskiego. Każdy natomiast zamoczył choćby palec w sytuacji absolutnego zła, piekła.

Niegdyś wyobrażano sobie piekło przede wszystkim jako miejsce. Miejsce poza światem żyjących. Miejsce przerażające, ciemne, beznadziejne, miejsce kaźni, gdzie kaci-diabły mszczą się na grzesznikach dręcząc ich bez końca. Ignacy Loyola w swoich "Ćwiczeniach duchownych" każe sobie wyobrażać piekło w sposób bardzo precyzyjny. A więc po pierwsze, zobaczmy oczami wyobraźni długość, szerokość i głębokość piekła. Po drugie, prośmy o odczucie kary, jaką cierpią potępieni, aby strach przed potępieniem powstrzymywał nas od grzechów. W piekle radzi Ignacy zobaczyć okiem wyobraźni ogromny ogień i dusze zamknięte w ciałach ognistych. "Uszami słyszeć płacz, narzekania, krzyki i bluźnierstwa przeciw naszemu Panu i przeciw wszystkim Jego świętym. Czuć powonieniem dym, siarkę, smród i zgniliznę. Smakiem odczuwać gorycz: łzy, smutek i wyrzuty sumienia. Odczuwać zmysłem dotyku to mianowicie, jak płomienie owe dotykają dusz i je obejmują". (I. Loyola, Ćwiczenia duchowne) Ignacy był przekonany, że w wiecznym piekle można się znaleźć popełniwszy tylko jeden grzech śmiertelny!

Na koniec wyobrażeń piekła radzi Ignacy dziękować Jezusowi, że nie wpadło się jeszcze do tej pory do piekła i że aż do tej chwili Jezus kieruje się wobec nas miłosierdziem i  litością. To znaczy, Ignacy się spodziewa, że w którymś momencie już nie będzie kierował się miłosierdziem. Ignacy wierzy wkrótkotrwałość Bożej łaski, na wzór św. Augustyna. Poza tym uderza w jego tonie zupełny brak zainteresowania wobec bliźnich palących się w piekielnych płomieniach! Gdybym ja sobie miała wyobrażać takie piekło, jak je opisuje Ignacy, miałabym zgoła inne refleksje, na przykład: "Boże, jak możesz pozwolić, by twoje stworzenia cierpiały wieczne męki za jeden grzech? Czy to ma być Twoja sprawiedliwość?" Albo: "Współczuję bardzo tym nieszczęśnikom, którzy znaleźli się w ogniu piekielnym. Ich ból przeszywa mi serce. Jak Ty, Boże, możesz patrzeć przez wieczność całą na te męki i nie doznawać współczucia? Boże, jeśli tak jest, to jesteś Bogiem nieludzkim, w którego nie chcę wierzyć i nie wierzę". W rezultacie, takie wyobrażenia doprowadziłyby mnie do porzucenia wiary w Boga. Ale Ignacy nie doznaje takich refleksji. On jest tak zajęty swoim własnym strachem, że odbiera mu to wszelkie współczucie dla bliźniego. Strach powoduje ogromną koncentrację na sobie, zamyka na drugiego człowieka. Piekło opisuje Ignacy tak samolubnie i tak bezuczuciowo w stosunku do cierpiących, że trudno uwierzyć, że ktoś tak pozbawiony współczucia został uznany za świętego.

Czy współcześnie opisywanie piekła jako miejsca ma jakiś sens, to znaczy czy trafia to do umysłów i serc ludzi? Wydaje mi się, że nie. Współczesna fizyka mówi jednakże o mnogości możliwych światów równoległych, a więc nie można zupełnie przekreślić rozumienia piekła jako miejsca. W każdym razie piekło może się czasem wydawać miejscem. Miejscem zapełnionym istotami nieprzyjaznymi, gdzie odczuwa się obecność osób złych i brak jest przejścia - drzwi do innego świata, świata nadziei.

Innym rozumieniem piekła jest stan, przeżycie, odczucie. Może to być nasz stan fizyczny bądź psychiczny lub jakieś odczucia duchowe. Stan piekła jest łatwiej odczuwalny i opisywalny niż stan łaski i nieba. Wystarczy poczytać literaturę i historię. Lub też przypomnieć sobie własne męki i cierpienia. Nie każdy doświadcza piekła osobiście, ale każdy może wczuć się w historie opowiadane przez innych. Przytoczę tu kilka takich opowieści, które wywołały we mnie poczucie piekielnej rzeczywistości. Pierwsza będzie to historia z II wojny światowej opisywana przez Swietłanę Aleksijewicz w książce "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" (są to prawdziwe opowieści kobiet rosyjskich, które uczestniczyły w wojnie):

"Ktoś nas wydał… Niemcy dowiedzieli się, gdzie jest miejsce postoju partyzantów. Otoczyli las ze wszystkich stron i zablokowali drogi do niego. Chowaliśmy się w dzikich gąszczach, ratowały nas bagna, na które ścigający się nie zapuszczali. Trzęsawisko wciągało i sprzęt i ludzi. Całymi dniami, tygodniami nawet staliśmy w wodzie po szyję. Była z nami radiotelegrafistka, która niedawno urodziła. Dziecko głodne, chce piersi… Ale matka sama jest głodna, mleka nie ma, dziecko płacze. Niemcy są tuż obok… Z psami… Jak psy usłyszą, to zginiemy wszyscy. Cała grupa, trzydzieści osób… Rozumie pani? Zapada decyzja. Nikt nie umie przekazać rozkazu dowódcy, ale matka sama się domyśliła. Zanurza zawiniątko z dzieckiem w wodzie i długo trzyma… Dziecko już nie krzyczy. Nic nie słychać… A my nie możemy podnieść wzroku. Ani na matkę, ani na siebie nawzajem…"

"Kiedy braliśmy jeńców, przyprowadzaliśmy do oddziału… Nie rozstrzeliwaliśmy ich, to za lekka śmierć, zakłuwaliśmy jak świnie, wyciorami, krajaliśmy ich na kawałki. Chodziłam, żeby na to popatrzeć… Czekałam! Długo czekałam na chwilę, kiedy z bólu zaczną pękać oczy… Źrenice… Co pani może o tym wiedzieć? Oni moją mamę i siostrzyczki spalili na stosie pośrodku wsi…"

Drugi przykład to wyznania Michaela Seed’a, który jako dziecko zaznał ekstremalnej przemocy i molestowania seksualnego. Obecnie jest franciszkaninem mieszkającym w Anglii. Cytuję fragment jego książki "Dziecko niczyje":

"Ojciec wpadł w nieopisaną furię, przyćmiewającą poprzednie… Najwyraźniej już wcześniej wyciągnął ze spodni pasek i czekał na nas, trzymając go w prawej ręce. Pasek był już złożony na pół, bo znienacka zaczął nim gwałtownie wymachiwać. Mama wskoczyła przede mnie i przyjęła pierwszy cios na ramię. Wyglądało na to, że ten gest w mojej obronie rozwścieczył tatę na dobre. Gdy mama odwróciła się krzycząc z bólu, pasek z wielką metalową sprzączką dosięgnął jej pośladków. Zdałem sobie wówczas sprawę, że ojciec w ogóle nad sobą nie panuje. To nie było jego typowe, wyrachowane znęcanie się nad nami. Mieliśmy do czynienia z człowiekiem, który wpadł w istny szał. Gdy odwróciłem się, aby uciec do ubikacji, złapał mnie lewą ręką za ramię i zaczął zadawać ciosy pięścią, nogą i paskiem. Bolało coraz bardziej. Błagałem, by przestał, ale on bił mnie dalej po całym ciele. [tu następuje opis katowania matki] Wreszcie tata cisnął pasek na jeden z foteli. Sądziłem, że ma już dość, ale wkrótce przekonałem się, że jest inaczej. Czasami miał przy sobie czarną, pokrytą skórą pałkę, którą nosił w kaburze, przytroczonej do munduru. Używał jej w więzieniu, gdy jakiś więzień zachowywał się agresywnie. Wyjął ją teraz z kabury i zaczął dźgać mnie nią w twarz. Jednocześnie mówił cicho przez zaciśnięte zęby:

- Może jak tego zasmakujesz, twoje zachowanie się poprawi.

Twarz taty zrobiła się ciemnoczerwona. Oczy wychodziły mu z orbit. Jego szalony gniew stał się niemal namacalny. Pierwszy cios pałką otrzymałem w plecy. Jego siła była tak wielka, że omal się nie przewróciłem. Ból był znacznie gorszy niż w przypadku bicia pasem. Przeszywał na wskroś. Tata starał się celować w plecy i ramiona - pewnie po to, by nie widać było sińców - ale kilka razy trafił mnie w ręce. Wszystko skończyło się, kiedy pałka - może przypadkiem, a może nie - wylądowała na mojej głowie. Ujrzałem przed oczami potężny rozbłysk światła, masę jasnych punkcików, a potem zapadła ciemność. Ojcu udało się pozbawić mnie przytomności". Uczucie przerażenia i paniczny strach towarzyszyły Michaelowi przez całe lata, kiedy mieszkał z ojcem. Ojciec - kat nie poprzestawał na fizycznym znęcaniu się nad synem. Wykorzystywał go też seksualnie. Lektura wyznań dręczonego i przerażonego dziecka pogrąża czytelnika w przeżyciach piekielnych. Oto uczestniczymy w dramacie dziecka, dla którego cały świat jest przemocą, tragedią i podeptaniem godności, dla którego słowo "radość" i "szczęście" nic nie znaczą. Należy uznać za cud, że człowiek ten podźwignął się w życiu z tego piekielnego stanu.

Kolejny opis piekła, a przynajmniej jego przedsionków daje Vittorino Andreoli, włoski psychiatra, który opisuje rozpacz i depresję w książce "Zrozumieć cierpienie":

"Depresja jest prawdziwą tragedią. Jest cierpieniem cierpienia. Osoba pogrążona w depresji jest całkowicie samotna, nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc, co stwarza sytuację wprost fatalną. Wszystko to dzieje się bez Boga i bez ostatniej bogini - nadziei. … To całkowite poczucie bezsensu, daremność cierpienia, które tylko się wzmaga i którego jedynym rozwiązaniem jest śmierć. W obliczu takiej sytuacji śmierć jest łaską, a nawet jedynym wybawieniem z cierpienia, gdyż istnieje pewność, że Boga nie ma i że w obliczu nicości także i cierpienie stanie się nicością. … Wszystko jest cierpieniem i co najwyżej, paradoksalnie ma się nadzieję na nicość. … Czasami czułem, że jestem cierpieniem, tylko cierpieniem, jakby nie było niczego innego i tylko cierpienie mówiło mi o mnie i mnie definiowało. Cierpienie bez żadnej przyczyny, bez żadnego bólu brzucha, bez żadnego odniesienia, bez przebłysku zrozumienia, bez rozmyślania. .. U osoby dotkniętej depresją cierpienie nie mija, lecz trwa wiecznie. Jeżeli bowiem nie ma Boga, który wybacza, i niemożliwe jest zadośćuczynienie, wina nie mija. Poczucie winy wzrasta i wtedy, bez żadnej nadziei, idzie się ku nicości i z bólu morduje innych. … W mojej historii nie ma Boga, nie ma nadziei, w sensie możliwości uczepienia się czegoś. Dramatycznie więc uczepiłem się samego siebie, zmierzając w stronę przepaści. … Rozpacz to życie bez żadnej nadziei. Nadzieja zaś to oczekiwanie, potrzeby związane z Bogiem, z drugim człowiekiem czy z samym sobą. Kiedy tego rodzaju mechanizm się zatnie, człowiek czuje się osamotniony albo otoczony ludźmi, którzy nie mają z nim nic wspólnego, z którymi nic go nie łączy. Człowiek zrozpaczony nie ma żadnych relacji, żadnego zaczepienia. Targa nim wiatr, nade wszystko wiatr cierpienia. … Życie jest możliwe dzięki więzi. Może ona być słaba, idealna lub nierealna, jednak trzeba w nią wierzyć. Może nią być nawet promyk nadziei związany z kimś, kogo nie ma, lecz w kogo istnienie się wierzy i zakłada, że to właśnie z jego woli się istnieje. Jeżeli Boga nie ma, bez wątpienia stworzył go człowiek, aby uśmierzyć swą rozpacz. … Rozpacz paraliżuje całego człowieka i przenika go skrajnym cierpieniem, którego zrozpaczony jest świadom. Rozpacz jest gorsza niż nicość śmierci. Nadzieja jest wspaniałą terapią i należy ją pielęgnować. Dzięki nadziei rozpacz przemienia się w depresję i nihilizm. Jest nicością przesyconą cierpieniem"

Bezradność człowieka wobec dojmującego cierpienia psychicznego, poczucie znalezienia się w pułapce bez wyjścia, pogrążanie się w coraz głębszych otchłaniach cierpienia - to może być piekło. Każdy z nas zna te uczucia choćby w niewielkim stopniu, gdy wydaje się, że wszystko stracone, gdy żadna iskierka nadziei i światła nie dociera do naszego serca. Jeśli trwa to długo i nieustannie - jesteśmy w piekielnej sytuacji. Nasz siły życiowe marnieją, a my powoli umieramy przygnieceni ciężarem nie do udźwignięcia. Jeśli znikąd nie widać ratunku - to jest piekło. Ratunkiem, jak pisze Andreoli są wiara i nadzieja.

Takiego ratunku była przez dziesiątki lat pozbawiona Matka Teresa z Kalkuty, która przeżywała bardzo boleśnie swe oddalenie od Boga. Czuła się przez Niego zapomniana i niekochana. Porównywała swą sytuację z piekłem. Dobrze wiedziała, czym jest życie bez wiary, nadziei i miłości, życie w totalnej pustce duchowej. Znawcy mistycyzmu piszą, że Matka Teresa przeżywała tzw. noc ciemną, noc ogołocenia, noc nicości i rozpaczy. Że ta noc miałaby jakoby być planem Bożym wobec niej. Że miała ją oczyścić. Ale cóż to za marne wytłumaczenie dla kobiety, która umierała z rozpaczy i pustki przez ponad połowę swojego życia? Ogrom jej cierpień jest przytłaczający. Cytuję tu książkę "Pójdź, bądź moim światłem" gromadzącą listy Matki Teresy do różnych (bezradnych wobec jej cierpień) przewodników duchowych, listy które zresztą kazała w większości zniszczyć.

"Panie, Boże mój, kim jestem, że mnie opuszczasz? Twoim ukochanym dzieckiem - a teraz stałam się jakby najbardziej znienawidzonym - tym, które odrzuciłeś, jakbyś go nie chciał - nie kochał. Wołam, lgnę, pragnę  - i nie ma Nikogo, kto by mi odpowiedział - Nikogo, do kogo mogłabym przylgnąć - nie, nie ma Nikogo - Sama. Ciemność jest tak ciemna - a ja jestem sama - niechciana, opuszczona. Samotność serca, które pragnie miłości, jest nie do zniesienia. Gdzie jest moja wiara? Nawet tam głęboko, w samym wnętrzu, nie ma nic prócz pustki i ciemności. Mój Boże, jak bolesny jest ten nieznany ból. Boli bez przerwy. Nie mam wiary. Nie ośmielam się wypowiadać słów i myśli, które kłębią mi się w sercu i sprawiają, że cierpię niewypowiedziane katusze. Tak wiele we mnie pytań bez odpowiedzi - boję się je odsłaniać - w obawie przed bluźnierstwem. Jeśli jest Bóg, wybacz mi, proszę. … Kiedy próbuję wznosić myśli ku Niebu - jest tam tak przytłaczająca pustka, że te same myśli wracają i jak ostre noże ranią mnie w samą duszę. Miłość - to słowo nic sobą nie przedstawia. Mówią, że Bóg mnie kocha - jednak rzeczywistość ciemności i chłodu i pustki jest tak wielka, że nic nie porusza mojej duszy. .. "Uśmiechasz się cały czas" - siostry i ludzie robią takie uwagi. Myślą, że wiara, ufność i miłość wypełniają moją najgłębszą istotę i  że na pewno mam serce pochłonięte bliskością Boga i zjednoczeniem z Jego wolą. Ale gdyby mogli wiedzieć, jak bardzo moja radość jest płaszczem, którym zakrywam pustkę i nędzę".

Słowa Matki Teresy są wstrząsające.  Jej listy i wyznania nie zmieniają się na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Ta beznadziejna sytuacja była przerażająco trwała i niezmienna. W jej notatkach nie widać żadnego postępu, tak jakby utknęła na wieki w martwym punkcie bez szans na zmianę. Dominujące uczucia w jej życiu to poczucie odrzucenia przez Boga, bycia niechcianą, niekochaną, samotność, chłód, pustka, nieugaszona tęsknota za Bogiem, utrata, ból, ciemność, brak wiary, brak miłości, brak zapału, obojętność. Matka Teresa mówi, że trochę rozumie piekło - bez Boga. Spowiednicy uważali, że w jej wyznaniach nie ma niczego, co nieznane w życiu mistycznym. Przekonywali ją, że jest to łaska, której Bóg jej udziela. Zachęcali do tego, żeby złożyła siebie Bogu na ofiarę i nie oczekiwała niczego. Zachęcali do pozostawania w ciemnościach. Nikt nie poradził jej, aby sama przed sobą ujawniła, jakie to bluźniercze myśli ją przerażają. Nikt nie powiedział cierpiącej zakonnicy, aby zapytała samą siebie, co ją przeraża, czego by chciała dla siebie, dlaczego czuje się tak zrozpaczona i przygnębiona. Nikt nie doszedł do żadnej rozsądnej konkluzji na temat możliwych przyczyn jej fatalnej kondycji duchowej. A przecież możliwości są aż nazbyt oczywiste: życie w ciągłym kontakcie ze skrajną nędzą i cierpieniem wyciąga z człowieka wszelkie energie życiowe. Jest to życie, gdzie powinno się o sobie zupełnie zapomnieć, a jest to przecież niemożliwe. Życie, gdzie nasze podstawowe potrzeby nie mogą zostać zaspokojone. Życie bez bliskiego związku z człowiekiem, w wyrzeczeniu, w ubóstwie posuniętym do skrajności. Ponadto Matka Teresa czuła się hipokrytką, kiedy głosiła słowa wiary i nadziei, sama w sercu nic nie odczuwając. Taki fałsz z pewnością odciskał się negatywnie na jej psychice. Było to wielkie piekło Matki Teresy. Błędne koło pobożnych teorii o zbawczym cierpieniu i ofierze z siebie trzymało Teresę za bramami piekielnej rzeczywistości, gdzie nie docierał nawet mały promyk nadziei.

Sytuacje piekła tu na ziemi wydają się nie do pokonania. Nie da się uniknąć śmierci na wojnie, nienawiść i gniew zmuszają ludzi do czynów okrutnych i nieludzkich, wykorzystywane dzieci nie mają żadnej możliwości ochrony, rozpacz pcha ludzi na samo dno psychicznych cierpień i prowadzi do samobójstwa, noce duchowe są zimne jak lód i trwają wiecznie. Jednak kosmiczny optymizm religii polega na tym, że zło nie ma ostatniego słowa w życiu człowieka. Piekielna sytuacja może być zawsze przezwyciężona przez dobro. W ostateczności zło zostanie zniesione przez dobro. Każda piekielna sytuacja ulegnie przemianie przez działanie miłości Boga. Nadzieja osoby wierzącej nie kończy się na śmierci, na beznadziejnej sytuacji. Wiara przemienia każdą sytuację bez wyjścia w sytuację, w której przemiana jest możliwa. Perspektywa osoby wierzącej przenosi się w zaświaty, w świat przyszły. W tym przyszłym świecie wierzymy, że ofiary wojny przebaczą swym mordercom, dzieci pojednają się z rodzicami - katami, zrozpaczeni znajdą radość, Matka Teresa zrozumie swój dramat i jej tęsknota do Boga będzie ukojona. Jeśli natomiast nie wierzymy, nosimy ciężkie brzemię świadomości całego zła świata, które triumfuje ostatecznie. To poczucie ostatecznej klęski dobra to jest właśnie piekło.

Tekst pochodzi z bloga teologicznego "Kleofas". Więcaj na: teologia.deon.pl

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Czym jest piekło?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.