Mamy tworzyć przestrzenie spotkania z Miłością

Mamy tworzyć przestrzenie spotkania z Miłością
fot. depositphotos.com

Słowa z dzisiejszej Ewangelii brzmią niezwykle kategorycznie: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32-33). Kiedy słyszymy te zdania, może rodzić się w nas pewien wewnętrzny niepokój. Próbujemy sobie wyobrazić, co to właściwie dzisiaj znaczy „przyznać się do Jezusa”.

Przecież nie żyjemy w czasach rzymskich prześladowań, nikt nie rzuca nas lwom na pożarcie, przynajmniej nie w naszej szerokości geograficznej. Czy więc, na przykład, to przyznawanie się ma być jakąś nieustanną krucjatą przeciw wszystkim, którzy naszej wiary nie podzielają? Znamy przecież takich ludzi. Może nawet czasami nazywamy ich potocznie „nawiedzonymi”. To ci, którzy wałkują temat wiary przy każdej możliwej okazji, na każdym rodzinnym spotkaniu i podczas kawowych przerw w pracy, używają kościelnego żargonu niczym przecinka, aż… zamęczą tym wszystkich dookoła. Czujemy gdzieś głęboko, że chyba nie tędy droga. Ewangelia to nie jest młotek, którym mamy okładać innych po głowach, a Jezus to nie jest marka, którą trzeba nachalnie reklamować jak akwizytor, któremu zależy na wyrobieniu odpowiedniego planu sprzedażowego.

DEON.PL POLECA


Oczywiście, przyznać się do Niego, to znaczy w pierwszej kolejności zrzucić maskę, za którą może chowam się przed innymi z obawy, że zyskam etykietkę „moher”, i nie ukrywać faktu, że jest się chrześcijaninem. Przyznanie się do Jezusa to stanięcie w prawdzie i odwaga powiedzenia: „Tak, to On jest dla mnie Drogą, Prawdą i Życiem”. Ale gdybyśmy na tym poprzestali, bylibyśmy tylko wyznawcami pewnej idei, członkami jakiegoś fanklubu. Najwyższa forma przyznania się do Jezusa to coś znacznie głębszego i znacznie bardziej wymagającego, bo to znaczy żyć tak jak On. Postępować tak jak On. Mówić tak jak On. Kochać tak jak On i odnosić się do drugiego człowieka dokładnie tak samo, jak On by się do niego odnosił. Jezus nie zostawił nam przecież instrukcji, jak wygrywać spory teologiczne, ani podręcznika skutecznej retoryki. Zostawił nam przykład umywania nóg i miłości, która nie cofa się przed krzyżem. Kiedy przebaczasz komuś, kto cię zranił – przyznajesz się do Jezusa. Kiedy powstrzymujesz się przed plotką, która mogłaby kogoś zniszczyć – przyznajesz się do Jezusa. Kiedy dajesz swój czas komuś, kto jest samotny, niewidzialny dla świata, zepchnięty na margines – to jest ten moment, w którym przed ludźmi wyznajesz swoją wiarę najgłośniej, choć być może nie wypowiadasz przy tym ani jednego pobożnego słowa.

Jeśli w ten sposób zdefiniujemy przyznawanie się do Chrystusa – jako naśladowanie Jego miłości – to zupełnie inaczej musimy spojrzeć również na to, czym jest zaparcie się Go. To niekoniecznie musi być formalna apostazja czy głośne wykrzykiwanie antyreligijnych, antykościelnych czy antyklerykalnych haseł. Zaparciem się jest grzech, gdyż jest on niczym innym jak wyrzeczeniem się tej Miłości, której sami od Boga doświadczamy. Jest odrzuceniem nauki, która z niej płynie. To wyparcie ze swojej świadomości, z pamięci serca, tego niesamowitego doświadczenia bliskości z Panem, która ma przecież moc przemienić człowieka nie do poznania. Apostoł Paweł przypomina nam pewien dramatyczny mechanizm, o którym warto pamiętać: „Przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli...” (Rz 5,12). Grzech przynosi śmierć. Nie tylko tę fizyczną, ale przede wszystkim śmierć relacji, śmierć wrażliwości, śmierć miłości w nas. Bogu nie są potrzebne nasze deklaracje wiary. On nie potrzebuje także wzniosłych deklamacji modlitw, jeśli za nimi nie idzie życie. Bóg chce od nas czegoś zupełnie innego: chce dekonstrukcji nienawiści w naszych relacjach, chce dekonstrukcji grzechu, który zatruwa nasz świat i powoli nas zabija. Zależy Mu na tym, abyśmy wrócili do pierwotnego powołania, jakim jest trwanie w pełnej miłości i zaufania komunii ze Stwórcą.

Żeby jednak wejść na tę drogę i zacząć naprawdę żyć według Ewangelii, trzeba mieć w sobie wielką odwagę. Nie oszukujmy się – to nie jest sposób życia, który dzisiaj uchodzi za „atrakcyjny”. Bycie łagodnym, wybaczającym, cichym i czystego serca absolutnie nie jest idące „z duchem czasu”. W świecie, który promuje przebojowość, rozpychanie się łokciami, realizowanie własnych interesów, postawa chrześcijańska wydaje się być z jakiejś innej galaktyki, ponieważ przynosi trudności, wyobcowanie, a nierzadko też drwinę otoczenia, o której doskonale mówi dzisiejsze pierwsze czytanie z Księgi Proroka Jeremiasza. Ale to właśnie tutaj dotykamy sedna. Ktoś kiedyś bardzo trafnie powiedział, że my nie mamy iść z duchem czasu, ale mamy iść z Duchem Świętym. I to jest właściwa intuicja. Bo Duch Święty zawsze będzie nas prowadził ku drugiej osobie. On z samej swojej natury jest miłością pomiędzy Ojcem i Synem, jest relacją, jest nieustanną wymianą daru. Dlatego człowiek prawdziwie prowadzony przez Ducha nigdy nie będzie kimś zapatrzonym w siebie samego, ale będzie osobą wyprowadzoną ku innemu – czy to będzie Bóg i Jego słowo, czy to będzie drugi człowiek, który właśnie staje na mojej drodze, domagając się zauważenia i troski. Miłość jest otwarciem serca – to dostrzeżenie czegoś więcej niż tylko czubek własnego nosa.

Żyjemy w świecie, który kieruje człowieka ku niemu samemu, mówiąc: zadbaj o siebie, realizuj swoje pragnienia, liczy się twoje szczęście. Takie myślenie zamyka człowieka we własnym ego, tworząc z niego więźnia swoich lęków i ambicji. I w takim świecie my, chrześcijanie, mamy mieć odwagę powiedzieć: „To nie jest wszystko. Istnieje świat poza mną. Istnieje inna perspektywa”. I wreszcie: „Istnieje świat poza tym doczesnym światem”. Ten, kto prawdziwie przyznaje się do Jezusa, zyskuje szerokie horyzonty. Bo człowiek wierzący wpatruje się w Niebo, a nie ciągle pod własne nogi. W dzisiejszej Ewangelii padają słowa, które dają nam tę ostateczną perspektywę wolności: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą” (Mt 10,28). Człowiek żyjący Ewangelią patrzy z nadzieją w przyszłość, a nie przegląda się obsesyjnie w lustrze swojej zranionej dumy. Czyni jedynym punktem odniesienia Jezusa Chrystusa, Boga-Człowieka, który rozerwał granice naszej śmiertelności i otworzył nas na wieczność. Przyznać się do Niego, to znaczy pozwolić Mu wyważyć zamknięte drzwi naszego serca i dzięki temu przestać dusić się w pokoiku własnych egoistycznych pragnień i wyjść na zewnątrz do ludzi. Pan nie pyta nas dzisiaj, czy potrafimy wyrecytować z pamięci główne prawdy wiary. Pyta natomiast o to, czy ten świat staje się dzięki naszej obecności przestrzenią, w której każdy człowiek może spotkać Jego bezwarunkową miłość.

DEON.PL POLECA

 

 

Prezbiter archidiecezji gdańskiej, pracujący na co dzień w parafii pw. Matki Bożej Fatimskiej w Gdańsku-Żabiance

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Mamy tworzyć przestrzenie spotkania z Miłością
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.