Siewca wyszedł siać i wciąż sieje
Wyobraźmy sobie rolnika, który wychodzi na pole z workiem drogocennego ziarna, i zamiast siać je ostrożnie, w równych rządkach, tam gdzie ziemia jest żyzna, zaczyna po prostu rozrzucać je na oślep. Rzuca na ubitą ścieżkę, w kępy ostrych cierni, na skały. Powiemy: szaleniec, marnotrawca. A jednak Jezus w dzisiejszej Ewangelii maluje przed nami dokładnie taki obraz, mówiąc: „Oto siewca wyszedł siać” (Mt 13,3). I w tym jednym zdaniu kryje się najwspanialsza nowina o tym, jaki jest Bóg i jaka jest Jego miłość.
On nie kalkuluje. To my żyjemy w świecie ciągłego podliczania zysków i strat. Zanim w cokolwiek zainwestujemy nasza uwagę i nasze zaangażowanie, pytamy, czy to się opłaca lub czy ten człowiek na to zasługuje. Bóg działa zgoła inaczej. On nie rozmyśla, czy opłaca Mu się siać ziarno swego Słowa akurat w tym momencie mojego życia. Nie zastanawia się, czy nie lepiej zająć się kimś bardziej poukładanym i gotowym na przyjęcie Ewangelii. On po prostu wychodzi i sieje ziarno swojego Słowa, rozrzucając je wszędzie, gdzie się da, w niewyobrażalnej obfitości. Taki jest Bóg. Nie trzyma swojego Słowa w spichlerzu, nie magazynuje go, lecz rozrzuca z nadzieją, że padnie na odpowiednią glebę. Glebą, w tej dzisiejszej ewangelicznej przypowieści, jest nasza odpowiedź na otrzymane Słowo – to, co człowiek z nim robi, albo czego z nim nie robi. Jezus opisuje cztery stany ludzkiego serca, w których każdy z nas może odnaleźć siebie.
Pierwsza sytuacja to ziarno na drodze: „A gdy siał niektóre ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je” (Mt 13,4). Droga to miejsce ubite, wydeptane przez setki spraw. To serce człowieka, który słucha Słowa, ale nawet nie próbuje go zrozumieć. Przebiega przez nie codzienność, tysiące informacji, a Słowo pozostaje na powierzchni. Kiedy nie próbuję wgryźć się w to, co Bóg do mnie mówi, nie pozwalam Słowu działać w moim sercu. Staje się ono bezbronne, a zły duch bez trudu je zabiera.
Druga sytuacja mówi o miejscach skalistych: „Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia” (Mt 13,5-6). To człowiek, który w relacji z Bogiem pływa po powierzchni. Zachwyca się wiarą na poziomie emocji, czyniąc z Boga ciekawostkę, a nie Zbawiciela. Taki człowiek nie ma korzenia. Kiedy przychodzi codzienny trud, kryzys wątpliwości czy własna ciężka choroba lub cierpienie najbliższych, to entuzjazm znika. Bóg, który był ciekawostką, nie staje się dla niego ratunkiem w trudnym czasie i oparciem w każdej chwili.
Trzeci stan to ziarno zduszone przez ciernie: „Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je” (Mt 13,7). To obraz człowieka, który nie ufa obietnicy Królestwa. Jest tak pochłonięty doczesnością, światem, który odbiera zmysłami i który wydaje mu się wszystkim, że Słowo Boga mówiące o rzeczywistości Nieba wydaje mu się zupełnie odklejone od życia, więc zarazem niepotrzebne. Uznaje je czasem za interesujące i inspirujące, ale tylko tyle. Nie jest to dla niego Słowo Życia, bo w jego sercu lęk o jutro wygrywa z ufnością wobec Pana.
Plon wydaje dopiero ten, kto przyjmie Słowo Boga jako pełne mocy, zdolne przemienić człowieka i dać mu niesamowitą nadzieję: „Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny” (Mt 13,8). Ta nadzieja prowadzi nas ku pełni Królestwa. Warto tu nawiązać do drugiego czytania, gdzie Paweł Apostoł wyraźnie pisze: „Sądzę bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić” (Rz 8,18). Te słowa mówią o tym, że Niebo nadaje głęboki sens Ziemi. Kiedy nosisz w sobie perspektywę wieczności, ziemskie trudy nabierają sensu, a Słowo rośnie.
Ważną rzecz o Bożym Słowie mówi nam także pierwsze czytanie: „Zaiste, podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju, tak iż wydaje nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa” (Iz 55,10-11). Słowo samo w sobie jest potężne, niesie z sobą Boga i Jego łaskę, lecz musi być też odpowiedź człowieka. Tak długo Pan będzie działał po całej ziemi i przez wszystkie wieki, jak długo ludzie będą spragnieni nadziei Jego zbawienia.
Tę całą liturgię słowa możemy odnieść do samych siebie, podejmując refleksję nad naszą relacją z Bogiem i nad naszą otwartością na Jego Słowo: jaką glebą dzisiaj jestem – gdzie w moim sercu ukryte są skały, a gdzie rosną ciernie? Możemy jednak z tych natchnionych tekstów zaczerpnąć ogromną nadzieję i siłę do głoszenia Ewangelii innym, co z naszej strony będzie sianiem Słowa. I pierwsze, co należy podkreślić, to to, że mamy siać – niezależnie od tego, na jaką glebę ziarno Słowa by poleciało. Musimy siać bez kalkulacji, ponieważ nie znamy serc innych ludzi i nie wiemy, jaką są glebą. Często oceniamy innych po pozorach, myśląc, że szkoda czasu na ewangelizację kogoś, kto wydaje się obojętny. To wielki błąd. Nie wiemy też, czy dane będzie nam w ogóle widzieć wzrost tego ziarna, czy może owoc zbierze ktoś inny. Nie wiemy również, czy wzrost, który zobaczymy, nie będzie wynikał jedynie z płytkości gleby i ze słomianego zapału. Jednakże mamy siać – to nasze zadanie, w ten sposób będziemy naśladowcami Pana.
Mamy siać słowo nadziei, nie słowo przeciwko komuś. Naszym zadaniem nie jest piętnowanie świata czy walka z ludźmi. Bo słowem, które siejemy, jest Słowo, czyli sam Bóg, który w Jezusie Chrystusie oddał życie za każdego człowieka. I to też właśnie ma być powód, dla którego będziemy głosić: żeby każdy się o tym dowiedział, jak bardzo jest kochany przez Boga. Nie wiemy jednak, czy tę prawdę człowiek przyjmie, czy też ją odrzuci – to już zależy od wolnej decyzji każdego z osobna. Ale my mamy być siewcami.
Tak staram się podchodzić choćby do pracy z kandydatami do bierzmowania czy do jakiegokolwiek głoszenia. Kiedy staję przed młodymi ludźmi, którzy nierzadko wydają się być znudzeni życiem, zblazowani i zamknięci w ekranach smartfonów, przypominam sobie, że jestem siewcą, a nie kościelnym urzędnikiem mającym wyegzekwować wiedzę i umiejętności. Modlę się o wzrost ziarna Słowa, bardzo chciałbym to zobaczyć i się tym ucieszyć, ale ostatecznie pozostawiam to Bogu, którego Słowo sieję. Ufam, że On będzie próbował wpaść w żyzne zakamarki serca ludzi, którym głoszę Chrystusa. A naszym głoszeniem są nie tylko słowa, gesty czy zewnętrzna postawa. Jest nim również cierpliwość i wierność w sianiu, pomimo tego, że zdaje się czasami, iż ziarna Słowa nie trafiają na podatny grunt. Cierpliwość jest cechą Miłosiernego, a wierność jest cechą Jego Miłości. I to mamy naśladować, w ten sposób będziemy Jego świadkami w świecie, który tak bardzo potrzebuje usłyszeć prawdę o nadziei zbawienia.


Skomentuj artykuł