To naprawdę cud. Dziecko było nie do uratowania

(fot. shutterstock.com)
Aleksandra

Wieczorem na wizytę przyszedł lekarz. Wchodząc, zapytał, o której godzinie nastąpił zgon dziecka. Zapłakana mama zaprowadziła lekarza do pokoju. Mała Felicja siedziała w łóżeczku...

Był rok 1938. Moja mama, po zdanym egzaminie czeladniczym, pracowała w renomowanym zakładzie krawieckim w Ostrowie Wielkopolskim. Pewnego dnia lotem błyskawicy rozeszła się wiadomość, że na trasie ostatniej wędrówki ciała-relikwii Andrzeja Boboli z Rzymu do Warszawy będzie Ostrów Wielkopolski. Po procesie kanonizacyjnym Męczennika miejscem jego spoczynku miał być kościół ojców jezuitów. Szef zakładu krawieckiego, człowiek pobożny, ogłosił swoim pracownikom dzień wolny od pracy słowami: "Idziemy na dworzec godnie powitać wielkiego świętego". W drodze na dworzec kolejowy moja mama ułamała gałązkę. Zbliżając się do trumny z relikwiami św. Andrzeja Boboli, potarła o nią gałązkę. Od tej chwili uważała ją za cenny skarb na dalszą drogę życia, szczególnie w obliczu nadchodzących trudnych czasów.

Nadszedł wrzesień 1939 roku - wybuch wojny. Moja mama wówczas już samodzielnie prowadziła zakład krawiecki w Skalmierzycach. Był on przykrywką dla jej działalności konspiracyjnej w Armii Krajowej. Mama była podkomendną szefa AK na okręg Skalmierzyce, Droszew, Mikstat. Zakład prowadzony przez nią był szanowany przez niemieckich okupantów, szczególnie przez ich małżonki. W zakładzie mama zatrudniała młode Polki, chroniąc je przed wywózką do obozu pracy lub do Niemiec. W swej działalności konspiracyjnej współpracowała z wieloma polskimi patriotami.

Mama wspominała, że na wszystkich konspiracyjnych zebraniach znajdowała się otoczona wielką czcią gałązka - wspomnienie nieustannej łączności ze św. Andrzejem Bobolą. Zebraniom tym zawsze towarzyszyła głęboka modlitwa z prośbą o jego wstawiennictwo do Boga. Była też "wpadka" - niemiecki komendant wydał nakaz wyjazdu mamy na kopanie rowów przeciwczołgowych. Nie trwało to jednak zbyt długo, gdyż małżonka komendanta i inne Niemki wstawiły się za mamą, ceniąc ją jako dobrą mistrzynię krawiecką.

DEON.PL POLECA

W 1945 roku mama wyszła za mąż. Prowadziła w dalszym ciągu w domu zakład krawiecki, a ponadto podjęła pracę nauczycielki zawodu w szkołach rolniczych. Urodziła pięć córek, które wychowywała od najmłodszych lat w duchu patriotyzmu i szacunku dla Boga i ludzi. Wiedziałyśmy od rodziców wiele na temat wojny, okupacji stalinowskiej (gułagów, obozów pracy, Powstania Warszawskiego, Katynia...). Wspólnie z rodzicami rano i wieczorem zanosiliśmy modlitwy do Boga oraz prośby do św. Andrzeja Bo-boli przy jego wizerunku.

W 1946 roku urodziła się pierwsza córka. W liturgiczne wspomnienie św. Andrzeja Boboli, 16 maja 1948 roku, przyszła na świat druga córka - Felicja. Kiedy miała osiem miesięcy, ciężko zachorowała na dwustronne zapalenie płuc. Walka rodziców i lekarza o życie dziecka trwała nieustannie. Chorą Felicję wizytował dwa razy dziennie lekarz ze Skalmierzyc -wówczas nasz lekarz rodzinny. Już po paru wizytach stwierdził, iż choroba jest tak zaawansowana, że dziecko wkrótce umrze. Rodzice poprosili jeszcze o konsultację medyczną doktora z Kalisza. Stwierdził on, że leczenie jest prawidłowe i nic więcej już zrobić nie można. Pewnego dnia podczas choroby małej Felicji dr Kahl stwierdził: "Dziś mała Felicja odejdzie. Ma krótki oddech, zsiniałe usta i oczka, słabe krążenie i bardzo wysoką temperaturę. Proszę przygotować się na najtrudniejszą chwilę. Wieczorem przyjdę wystawić akt zgonu".

Przerażeni rodzice wraz z pracującymi w zakładzie mamy pracownicami zaczęli się gorąco modlić do Boga o łaskę życia dla umierającej Felicji. Jednak wszyscy widzieli, że dziecko jest w stanie agonalnym. W tym momencie pojawiła się jeszcze jedna myśl. Na piersi umierającego dziecka mama położyła gałązkę, którą z wielkim szacunkiem i miłością przechowywała jako relikwię św. Andrzeja Boboli. I cóż się stało? Na oczach wszystkich podczas modlitwy za przyczyną św. Andrzeja Boboli na dziecku wystąpił zimny pot, ciałko nagle zaróżowiło się, wrócił miarowy oddech, wysoka temperatura spadła do normalnej. Chwila obserwacji, zadumy, nieśmiałej radości. Wszyscy zebrani wokół chorej Felicji uznali to za szczególny dar Boży za sprawą św. Andrzeja Boboli, za cud.

Wieczorem na wizytę przyszedł lekarz. Wchodząc, zapytał, o której godzinie nastąpił zgon dziecka. Zapłakana mama zaprowadziła lekarza do pokoju. Mała Felicja siedziała w łóżeczku, wyglądając na zupełnie zdrową. Doktor zapytał: "Co się stało? Czy był tu jeszcze jakiś inny lekarz?". Mama powiedziała: "Tak, był". "Kto?" - zapytał lekarz. Mama odpowiedziała: "Był św. Andrzej Bobola", a doktor na to: "To naprawdę cud od Andrzeja Boboli, gdyż dziecko według mądrości ludzkiej było nie do uratowania, nie do wyleczenia".

I tak do dziś cała nasza rodzina codziennie oddaje się pod opiekę św. Andrzeja Boboli. Moja uzdrowiona siostra Felicja z zawodu jest położną. Jest szczęśliwą żoną, matką i babcią. Swoje bardzo pracowite życie poświęca w całości rodzinie i innym ludziom. Z usposobienia jest pogodną, radosną osobą z dużym poczuciem humoru. Swoim optymizmem, radością zaraża wszystkich wokół. Przy niej smutki i troski idą w cień.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

To naprawdę cud. Dziecko było nie do uratowania
Komentarze (3)
13 września 2017, 10:48
"Szkockie siostry szarytki latami ukrywały śmierć kilkuset wychowanków swego sierocińca. Ich ciała grzebały w gołej ziemi, często w zbiorowych mogiłach. Dziś zakonnice milczą, a rzecznik Kościoła katolickiego w Szkocji umywa ręce: to nie Kościół decydował o umieszczeniu dzieci w ośrodku, więc niech odpowiedzą za to świeckie władze. Ogłoszone w tym tygodniu wyniki dziennikarskiego śledztwa BBC i „The Sunday Post” mówią o szczątkach 402 niemowląt i starszych dzieci, pochowanych przez zakonnice poza oficjalną ewidencją w nieoznaczonych grobach. Wiele z tych dzieci zmarło w niewyjaśnionych okolicznościach. Sprawa dotyczy sierocińca Smyllum Park w szkockim Lanarkshire. W latach 1864–1981 przewinęło się przezeń blisko 12 tysięcy wychowanków. Trafiały tu nie tylko sieroty, ale dzieci oddawane przez biedne katolickie rodziny, które szukały pomocy u zakonnic." (portal www.polityka.pl)
13 września 2017, 10:49
"To tylko jeden przyklad obledu. Bylo i pewnie jest ich w swiecie wiele. Dziecmi zajmuja sie kompletnie prymitywne kobiety. Kobiety bez zadnego doswiadczenia. Kobiety, ktore wypadly z normalnego zycia i staly sie czescia Meskiego Ukladu, ktory polega na podporzadkowaniu sie. I to robia...i nawet nie wiedza, ze czynia zlo. Ten, kto ma strukture psychopaty znajdzie swoje miejsce w kk..." (2017-09-12 16:03 | Szymonowicz)
13 września 2017, 11:30
Czy "minusy" to dla Kaościoła rzymskokatolickiego w tym dla Szarytek, czy może "minusy" są za ujawnianie prawdy, która Was wyzwoli?