Syndrom odstawienia. Co naszemu życiu duchowemu może dać eucharystyczna abstynencja?

Syndrom odstawienia. Co naszemu życiu duchowemu może dać eucharystyczna abstynencja?
(fot. Josh Applegate / Unsplash)
1 rok temu
Łukasz Sośniak SJ

Brak Mszy w kościołach lub Msza przez internet mogą pobudzić nas do re­fleksji i pokazać, że warto poszukać osobistego sposobu na spotka­nie z Bogiem, który zapewni coś więcej niż komfort „zaliczonego” obowiązku. Dlaczego? Bo to duchowe poszukiwanie może mieć rzeczywisty wpływ na nasze życie.

Przeczytałem kiedyś, bodajże w biografii Jana Pawła II napisanej przez George’a Weigla, że kiedy kardynał Stefan Sapieha wysłał młodego Karola Wojtyłę na studia do Rzymu, powiedział mu, że równie ważne jak zrobienie doktoratu jest poznawanie i uczenie się tego niezwykłego miasta. Rzym to miasto kościołów. Jest ich tutaj ponad dziewięćset. Dla porównania w Krakowie, uznawanym prze­cież za polskie miasto kościołów, można ich znaleźć „zaledwie” sto trzydzieści sześć. Korzystając z tej rady, spędzam niekiedy wolne po­południa na zwiedzaniu rzymskich świątyń, koncentrując się przede wszystkim na walorach historyczno-artystycznych tych miejsc.

Włoski lockdown

Tego szczególnego dnia, zaraz po pracy, prosto z Palazzo Pio, gdzie mieści się Radio Watykańskie, poszedłem do kościoła Santo Spi­rito in Sassia, dość znanego Polakom przybywającym do Rzymu. Jest to centrum kultu Bożego Miłosierdzia ustanowione przez Jana Pawła II. Pracuje tam polski ksiądz i siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia („Faustynki”). Codziennie odprawia­na jest Msza po polsku. We wnętrzu wiszą obrazy św. Faustyny i św. Jana Pawła II – można poczuć się choć trochę jak w domu. Wchodząc do Santo Spirito, jeszcze nie wiedziałem, że była to moja ostatnia „normalna” Msza w Rzymie przed zamknięciem świątyń ze względu na szybko rozprzestrzeniający się koronawirus.

Gdy nazajutrz dotarła do mnie informacja, że włoski episkopat zgo­dził się na zamknięcie kościołów, mówiąc szczerze, nie bardzo się tym przejąłem. Pomyślałem: co z tego? Mieszkam w dużej wspól­nocie, w której codziennie odprawiamy Mszę. Żeby uczestniczyć w Eucharystii, nie muszę nawet wychodzić z domu, wystarczy, że zejdę do kaplicy piętro niżej. Oczywiście wielkim minusem będzie brak możliwości zwiedzania rzymskich kościołów, ale z Mszy nie muszę rezygnować.

Tej eksploracji Rzymu bardzo mi podczas pandemii brakowało, jednak dzięki warunkom, w jakich przeżyłem włoski lockdown, nie doświadczyłem „syndromu odstawienia eucharystycznego”, któ­ry stał się codziennością wielu moich znajomych w Polsce. Wręcz przeciwnie, był to dla mnie okres niemalże rekolekcyjny. Miałem zdecydowanie więcej czasu na modlitwę i lekturę. Również wielu moich współbraci dostrzegło potencjał tego niezwykłego czasu, przygotowując rekolekcje internetowe, a nawet gimnastykę dla dzieci na YouTube, jak to zrobili Mocni w Duchu.

Miałem też nieco więcej czasu na rozmowy telefoniczne ze zna­jomymi i przyjaciółmi. Wiele z nich uświadomiło mi, jak ważną rzeczą był w ich życiu coniedzielny, często rodzinny, udział we Mszy i jak trudna była dla nich próba odnalezienia się w świecie, w którym brak tego punktu duchowego odniesienia, jakim jest Eucharystia. W świecie bez Mszy czuli się zagubieni i pozbawieni Boga, w pewien sposób osamotnieni. Od jednej z koleżanek usły­szałem nawet, że przestała się modlić, bo… nie wie jak, nie umie tego robić sama, w domowym zaciszu, potrzebuje rytuału, który ją w modlitwie poprowadzi. Paradoksalnie, przyszło mi wówczas do głowy, że ta przymusowa abstynencja eucharystyczna, choć dla wielu bolesna, może mieć swoje dobre strony.

Złoty środek

Od czasów ministranckich uczę się Eucharystii, coraz bardziej ją doceniam, staram się poznawać i medytować teksty litur­giczne. Pracuję nad tym, żeby nie była jedynie moim zwyczajem, ale codziennym czerpaniem ze źródła życia, wpadnięciem w ramiona Boga, które ogarniają cały mój dzień i jednocześnie całe życie.

Nie jestem fanem skrajności, nie pociąga mnie jakaś spirytu­alistyczna wersja chrześcijaństwa, polegająca na odrzuceniu wszelkiej pobożności ludowej i zatopieniu się jedynie w „Bożej obecności”. Nie dla mnie także religijność czysto zewnętrzna, polegająca jedynie na wspólnotowym udziale w akcjach, uroczy­stościach, marszach, ewangelizacjach czy nowennach, bez zaan­gażowania myśli, woli i uczuć.

Uważam, że we wszystkim potrzebny jest ewangeliczny złoty śro­dek. Lockdown był szansą na jego odnalezienie. Teraz, kiedy się za­kończył, warto zrobić to, co zaleca na koniec medytacji św. Ignacy Loyola – refleksję. Warto zastanowić się, jak ten czas wpłynął na moją relację z Bogiem, jak poradziłem sobie z brakiem Mszy, czy to, co czułem, w jakiś sposób powiedziało mi więcej o mojej reli­gijności, czy coś zmieniło się w mojej relacji z Jezusem. Jak każdy kryzys również ten był jednocześnie wielką szansą.

Terapia szokowa, którą zafundował nam koronawirus, mogła wów­czas stać się szansą na wyjście poza religijność obrzędową. Szansą na odnalezienie boskiej Obecności we własnym wnętrzu.

Brak liturgii w kościołach z jednej strony odsłonił, jak bardzo bra­kuje nam wspólnoty, obrzędów, rytuału niedzielnej Mszy, a z dru­giej w wielu przypadkach obnażył powierzchowność przeżywania takich chwil. Po kilku niedzielach spędzonych w domach wielu z nas zapewne ze zdziwieniem stwierdziło, że tak naprawdę to ni­czego nam nie brakuje, może przez pierwsze dwa tygodnie tak, ale teraz już nie…

Jeśli poczuliśmy wtedy smutek z powodu tęsknoty za Euchary­stią, to – jak piszą w jednej ze swoich świetnych książek Monika i Marcin Gajdowie – mógł się on stać „bólem rozwojowym”, któ­ry przeniósł nas z powierzchni cotygodniowego rytuału na głębo­kie wody relacji: relacji z Bogiem, który kocha i nie pozwala się zamknąć w schematach, formach modlitewnych, katechizmach, a nawet w Kodeksie Prawa Kanonicznego.

Terapia szokowa, którą zafundował nam koronawirus, mogła wów­czas stać się szansą na wyjście poza religijność obrzędową. Szansą na odnalezienie boskiej Obecności we własnym wnętrzu, o którym przecież podczas Pierwszej Komunii Świętej śpiewaliśmy, że jest świątynią Ducha Świętego, okazją do odkrycia tego Głosu, który z miłością przemawia do każdego z nas od zawsze, który prowa­dzi, podpowiada i pociesza. To okazja, aby dostrzec obecność Boga także w naszych bliźnich, ludziach, z którymi mieszkamy, może także w przyrodzie, której smutny stan często lekceważymy, pod­śmiewując się z ekologicznych ostrzeżeń papieża obszernie opi­sanych przez niego w encyklice Laudato si’. To szansa, żeby od­kryć własną duchowość, duchową tożsamość, która pozwoli nam w „normalnych” czasach nie tylko być na Eucharystii, ale Eucharystią żyć na co dzień.

W końcu to wszystko mogło pomóc nam, Polakom, przeżywa­jącym obecnie kryzys Kościoła instytucjonalnego, ale jednak od dziecka w większości przyzwyczajonym do Mszy, zrozumieć, że Bóg nie znajduje się jedynie w murach świątyń, zamknięty na klucz w pozłacanym tabernakulum. Mówią o tym Dzieje Apo­stolskie: „Bóg, który stworzył świat i wszystko, co w nim istnieje, On, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach ręką zbudowanych” (Dz 17,24). Genialnie zauważył to także Jan Kochanowski w hymnie Czego chcesz od nas, Panie, w którym zwracając się w modlitwie do Boga, mówi: „Kościół Cię nie ogar­nie, wszędy pełno Ciebie”.

Taka postawa wcale nie prowadzi nas do tego, że uczestnictwo we Mszy jest czymś niepożądanym lub niepotrzebnym. Wręcz prze­ciwnie, może wzmóc w nas eucharystyczny głód i otworzyć na przemianę naszego rozumienia Eucharystii.

Nie ma wirtualnego Kościoła

Kościół dobrze wie, jak ważna jest wspólnotowa celebracja. Nie licząc więc na to, że każdy wierny stanie się zaraz lewitującym mistykiem, starał się przez cały czas trwania pandemii zapewnić nam choć namiastkę wspólnoty. Stąd liczne Msze transmitowane przez internet, radio i telewizję, a także pomysł duszpasterzy na drukowanie zdjęć parafian i przyklejanie ich do pustych ławek.

Mimo że wielu z nas czuło, że wirtualna Msza nie zastąpi „praw­dziwej”, w kościele, z udziałem wspólnoty, to jednak liturgia trans­mitowana przez internet była ciekawym sprawdzianem naszego zaangażowania w nabożeństwa „w realu”. Jest przecież chyba ja­sne, że można iść do kościoła, usiąść w ławce, przechylić pobożnie głowę, a nawet śledzić liturgię maślanymi oczami (niczym aniołki wypinające gołe pośladki zza barokowej ambony), ale… we Mszy wcale nie uczestniczyć.

Każdy z nas przekonał się o tym boleśnie, kiedy słuchając wyjąt­kowo nudnego kazania, po prostu odpłynął (dziś zdarza mi się to niestety coraz częściej). W takich chwilach zaczynam myśleć o tym, co zrobię po powrocie do domu, co zjem na obiad i czy na pewno zamknąłem okno, bo za witrażem jakoś tak ciemno i chy­ba zaczyna się chmurzyć.

Taka postawa wcale nie prowadzi nas do tego, że uczestnictwo we Mszy jest czymś niepożądanym lub niepotrzebnym. Wręcz prze­ciwnie, może wzmóc w nas eucharystyczny głód i otworzyć na przemianę naszego rozumienia Eucharystii.

Po takim doświadczeniu staje się jasne, co to znaczy być nieobec­nym duchem. Doświadczamy tego niekiedy podczas spotkania z przyjacielem: mówimy o czymś ważnym, opowiadamy z pasją, ale po chwili orientujemy się, że rozmówca nas nie słucha, myśli o czymś innym, potakuje jedynie z grzeczności, a w rzeczywistości – no właśnie – jest gdzie indziej i tylko czeka, aż skończymy mó­wić, żeby wystrzelić ze swoim słowotokiem, który właśnie w gło­wie przygotowuje. Bardzo irytujące. Nawet przez telefon można intuicyjnie wyczuć, czy jesteśmy słuchani, czy nasz interlokutor scrolluje już Instagrama, a my gadamy jak przysłowiowy dziad do obrazu.

Nie idąc w niedzielę do kościoła albo słuchając Mszy przez ra­dio, tracę komfort „zaliczonej obecności”, odfajkowanego spo­tkania z Bogiem. Już nie da się przesiedzieć godziny w kościelnej ławce, myśląc o tym, że zapomniałem zanieść kota do weteryna­rza, a potem wrócić do domu ze słodkim poczuciem spełnionego niedzielnego obowiązku. Nie da się już błogo rozłożyć na kocyku w ogródku z piwkiem w ręku, w poczuciu bycia hiperkatolikiem i mistykiem tysiąclecia. Jestem zmuszony poszukać głębiej, świa­domie przebywać w Bożej obecności.

Koronawirus, który „zabrał” nam Msze, oraz skandale, które wstrząsają obecnie polskim Kościołem – to rzeczywistości złe, ale przy odrobinie wysiłku każdego z nas mogą mieć również do­bre owoce.

Anna Rastawicka z Instytutu Prymasowskiego (tzw. Ósemki) po­wiedziała w jednym z wywiadów o prymasie Stefanie Wyszyńskim, że żył w „atmosferze Boga”. To znaczy: „był obecny” przy Bogu, nawet jeżeli ciałem przebywał w więzieniu w Komańczy i nie mógł brać udziału w uroczystych celebracjach w katedrze (było to przy­czyną jego bólu, co przyznaje w Zapiskach więziennych).

Koronawirus i przymusowa abstynencja eucharystyczna mogą nam uświadomić, że z nami bywa odwrotnie – chodzimy na Msze, idziemy w procesjach na Boże Ciało, ba, lepiej lub gorzej śpiewa­my pieśni lub nawet przynosimy dary do ołtarza, ale nasz duch, parafrazując Psalm 23, bryka po „zielonych pastwiskach, gdzie może odpocząć”, i nie są to pastwiska Bożych łask. Brak Mszy w kościołach lub Msza przez internet mogą pobudzić nas do re­fleksji i pokazać, że warto poszukać osobistego sposobu na spotka­nie z Bogiem, który zapewni coś więcej niż komfort „zaliczonego” obowiązku. Dlaczego? Bo to duchowe poszukiwanie może mieć rzeczywisty wpływ na nasze życie, na wybory, których dokonuje­my, i będzie spotkaniem z żywym Bogiem.

Na ten problem zwrócił uwagę także papież Franciszek podczas słynnego nabożeństwa odprawionego w deszczu pod koniec marca na szarym placu św. Piotra, w czasie którego modlił się samotnie przed krucyfiksem z rzymskiego kościoła San Marcello al Corso i ikoną Matki Bożej Śnieżnej Salus Populi Romani. Franciszek po­wiedział wówczas, że czas pandemii zmusza nas do refleksji i roz­różnienia tego, co jest istotą, od tego, co jest tylko przemijającym złudzeniem. „Musimy oddzielić to, co konieczne, od tego, co nie­konieczne” – mówił. Czas wymuszonej abstynencji od Euchary­stii był okazją do takiej weryfikacji – oddzielenia tego, co się liczy w naszych rytuałach, od tego, co nie przybliża, a wręcz zasłania nam naszego Stwórcę.

***

Koronawirus, który „zabrał” nam Msze, oraz skandale, które wstrząsają obecnie polskim Kościołem – to rzeczywistości złe, ale przy odrobinie wysiłku każdego z nas mogą mieć również do­bre owoce. Zmuszają bowiem do myślenia o naszej wierze, o jej korzeniach i fundamentach, wytrącają z myślenia schematyczne­go i rutynowego. A to jest niezbędne, aby nawiązać żywą relację z Bogiem, którą nauczyliśmy się tłumić, także poprzez krzykliwe celebracje.

Łukasz Sośniak SJ (ur. 1982), dziennikarz, fotograf i konferansjer. Pracował w Radiu Jasna Góra, gdzie zajmował się głównie muzyką chrześcijańską. W 2015 roku wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Obecnie pracuje w Radiu Watykańskim. Jego pasją jest literatura, media i muzyka

Tekst pochodzi z najnowszego numeru "Życia Duchowego". Więcej znajdziesz tutaj >>

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Jacek Siepsiak SJ (red. nacz.)
15,12 zł
16,80 zł

Wiosna 2020 roku uwięziła naszego „ducha w kwarantannie”, stawiając przed nim wiele trudności, a nierzadko wręcz dramatycznych doświadczeń. W jesiennym numerze chcemy przyjrzeć się bliżej koronakryzysowi i wyzwaniom, nie tylko w sferze duchowej, jakie przed...

Skomentuj artykuł

Syndrom odstawienia. Co naszemu życiu duchowemu może dać eucharystyczna abstynencja?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.