Uważność w relacji z Bogiem

fot. depositphotos.com

Myśląc o wierze, można wpaść w pułapkę traktowania jej jako zestawu poglądów, które trzeba wyznawać, albo listy obowiązków, które należy sumiennie wypełniać (albo po prostu odhaczać). Tymczasem chrześcijaństwo to relacja. Wiara to nie są deklaracje, to nie są wzniosłe hasła wypisywane na sztandarach, ale żywa, pulsująca więź z Osobą. A relacja ma to do siebie, że nie opiera się na teoretyzowaniu, tylko na dostrzeganiu działania tej drugiej strony i na zaufaniu wobec niej, nawet jeśli to działanie nie zawsze wpisuje się w nasz przemyślany już wcześniej scenariusz.

Przyglądając się temu tematowi, zacznijmy od czytania z Dziejów Apostolskich. Filip przybywa do Samarii i głosi Chrystusa: „Wielka radość zapanowała w tym mieście” (Dz 8,8). Skąd ta radość? Ona nie wzięła się z tego, że ludzie nauczyli się nowej ideologii. Ona wzięła się z doświadczenia mocy Boga, która dotknęła ich konkretnej biedy, ich chorób i zniewoleń. Ale ta radość prowadzi ich potem dalej – do pragnienia pogłębienia tej więzi, do otwarcia się na Ducha Świętego. To jest ten pierwszy moment relacji: Bóg robi krok w moją stronę, a ja odpowiadam na to zachwytem i chęcią bycia bliżej. Problem zaczyna się wtedy, gdy ten zachwyt tracimy, a przez to mamy problem z zaufaniem. Przyznam szczerze, że mój własny brak zaufania wobec Boga wyraża się najczęściej w tym, że po prostu nie umiem czekać na efekty swoich działań. Nie mam za grosz cierpliwości. Chciałbym mieć wszystko już, tu i teraz. Żyjemy w kulturze natychmiastowości – szybka kawa, szybki internet, szybkie efekty w pracy i w duchowości. A jednocześnie, co jest bolesnym paradoksem, sami nie umiemy być „tu i teraz”. Jesteśmy albo w przeszłości, rozpamiętując błędy, albo w przyszłości, planując kolejne kroki. Przez to kompletnie tracimy z oczu teraźniejszość, w której Pan działa po swojemu. On rozwija swoją łaską to, co my próbowaliśmy osiągnąć jedynie własnymi, często marnymi siłami.

DEON.PL POLECA


Wiele razy w moim życiu, dopiero po czasie (niekiedy po wielu, wielu latach, co zawsze mnie ogromnie wzrusza) widziałem, jak z czegoś kiedyś zasianego, albo sianego nieustannie przez lata, Bóg wyprowadzał niesamowite owoce. To jest lekcja pokory. Pytanie brzmi jednak: jak przezwyciężyć ten brak zaufania? Jednym z najlepszych lekarstw jest wdzięczność: za to, co mam dokładnie w tym momencie, za to, czego doświadczam, za to, jakie jest moje życie (z całym jego bałaganem). Bo wdzięczność ma tę niesamowitą właściwość, że wydobywa na wierzch obecność i działanie Pana tam, gdzie wcześniej widzieliśmy tylko pustkę albo przypadek. Psalmista woła dzisiaj: „Przyjdźcie i słuchajcie mnie wszyscy, którzy boicie się Boga, opowiem, co uczynił mej duszy” (Ps 66,16). Zwróćmy uwagę na tę subtelność. On nie mówi tylko o wielkich cudach, które widać gołym okiem, ale także o tym, co Bóg uczynił jego duszy. To są te dzieła duchowe, niedotykalne, często nieopisywalne ludzkim językiem. To jest ta intymna strefa relacji, o której najtrudniej się mówi, bo ona nie jest na pokaz.

I tu dochodzimy do czegoś, na co sam mam ostatnimi laty sporą alergię. Nie lubię dzielenia się historiami pod tytułem „Pan Bóg zadziałał”, kiedy są one podawane w sosie wielkiej sensacji i fajerwerków nadzwyczajności – nie dlatego, że nie wierzę w Boże działanie. Wierzę w nie z całego serca. Chodzi o to, co odkrywam przez lata bycia księdzem: Bóg w 99,99% przypadków działa w sposób zwyczajny, codzienny i cichy. On nie potrzebuje wielkiego „wow!”, żeby być obecnym. Wyrazem tego są chociażby sakramenty. To są znaki tak proste, tak fizycznie namacalne – odrobina chleba, wina, wody czy oleju – że aż z tego powodu bywają przez niektórych ignorowane. Myślimy sobie: „Jeśli Pan Bóg działa, to musi być jakieś spektakularne wydarzenie, jakiś grom z jasnego nieba”. No właśnie nie musi.

Niedawno widziałem Jego obecność w rodzinie, która żegnała swoją mamę i babcię. Widziałem Boga w synu, który mimo bólu miał siłę, by wyjść i przeczytać lekcję mszalną, a potem jeszcze zaśpiewać psalm. Widziałem Go we wnukach, którzy z wielkim skupieniem służyli przy ołtarzu i na cmentarzu, niosąc w kondukcie krzyż grobowy. Widziałem ich miłość, ale przede wszystkim ich spokój. To nie był spokój wynikający ze znieczulenia, ale z głębokiej wiary. Widziałem Boga, który po prostu z nimi był w tym trudnym momencie doświadczania dramatu śmierci. Widzę wciąż Jego działanie także w tym, że młode osoby przyjmują sakrament bierzmowania. To już czwarty rok, jak mam ten przywilej być blisko i patrzeć na te młode twarze przyjmujące namaszczenie. Przez te lata widziałem ich już pewnie blisko dziesięć tysięcy. I nie przestały mnie wzruszać ich przejęcie i radość. Stojąc tam z olejem przy biskupie, wciąż się za nich modlę, żeby naprawdę przyjęli Jezusa jako Pana. Widzę wtedy Boga, który znów się uniża przed człowiekiem, dając swojego Ducha każdemu z nich, choć nie ma przecież żadnej gwarancji, że ten człowiek rozwinie Jego dary, że ich nie zmarnuje. To jest naprawdę niesamowite.

W drugim czytaniu Piotr Apostoł mocno nas zachęca: „Pana Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest” (1 P 3,15). To „uzasadnienie nadziei” to nie jest wyrecytowanie paragrafów z katechizmu. Nasze świadectwo ma być opowieścią o relacji, jaka łączy nas z Chrystusem, a nie tylko przekazywaniem suchych norm, zasad czy przykazań. Przekazywanie samej litery prawa bez ducha relacji po prostu odstrasza i zniechęca. Ludzie nie potrzebują instrukcji obsługi Pana Boga, oni potrzebują świadków, którzy Go spotkali w swojej codzienności. Ewangelia rzuca na to światło, kiedy Jezus mówi: „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania” (J 14,15). Najpierw jest miłość, a potem zachowywanie przykazań. To miłość sprawia, że zaczynam ufać, iż Boże przykazania są dla mnie dobre. Dzięki miłości życie według Ewangelii nie jest życiem „pod butem” czy jakimś uciemiężeniem, ale jest sposobem wyrażania tej miłości wobec Pana. Jeśli Go kocham, to chcę żyć tak, jak On mnie o to prosi, bo wiem, że On chce mojego dobra.

DEON.PL POLECA


W dzisiejszej Ewangelii z ust Jezusa pada też obietnica Pocieszyciela, Ducha Prawdy: „Nie zostawię was sierotami (…)” (J 14,18). To jest fundament naszej nadziei. Nie jesteśmy sami w tym procesie uczenia się zaufania. Bóg wie, że jesteśmy niecierpliwi, że szukamy efektów „na już”, że czasem chorujemy na brak wiary w Jego cichą obecność. I właśnie dlatego daje nam swojego Ducha, żebyśmy potrafili dostrzec Go w tym, co zwyczajne. Spróbujmy więc poćwiczyć tę uważność. Może zamiast czekać na spektakularne znaki, podziękujmy za to, co mamy „tu i teraz”. Podziękujmy za siłę do pracy, za spokój w trudnej rozmowie, za miłość, którą widać w drobnych gestach bliskich nam osób. Bo w tych małych rzeczach kryje się Bóg. On nie potrzebuje braw ani reflektorów, lecz tylko naszego serca, które w tej szarej codzienności powie: „Jezu, ufam Tobie”. To jest ta relacja, o którą chodzi.

Prezbiter archidiecezji gdańskiej, pracujący na co dzień w parafii pw. Matki Bożej Fatimskiej w Gdańsku-Żabiance

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Uważność w relacji z Bogiem
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.