"Seminarium nie jest po to, by klerycy osiągnęli dobrostan" [WYWIAD]

Ks. prof. Marek Tatar. Zdjęcie z archiwum prywatnego.

Czy do seminarium powinno się przyjmować tuż po maturze? Czy rozeznawanie powołania to chłodna, racjonalna kalkulacja? Jak zmienili się kandydaci w ciągu ośmiu ostatnich lat? Czego obecnie najbardziej brakuje w formacji przyszłych księży? Z ks. prof. Markiem Tatarem, krajowym duszpasterzem powołań, rozmawia Marta Łysek.

Marta Łysek: Postawiłam ostatnio taką tezę, dość zaczepną, że może byłoby lepiej, gdybyśmy przestali przyjmować do seminariów dziewiętnastolatków, którzy niekoniecznie wiedzą, czego chcą od siebie i od życia, i poczekali, aż trochę dorosną, popracują, postudiują. Gdybyśmy podnieśli wiek przyjęcia do seminarium, zyskalibyśmy na tym, czy stracili?

Ks. prof. Marek Tatar: - Tak naprawdę mamy tu do czynienia z innym bardzo poważnym problemem, który od dłuższego czasu sygnalizuję: z przesunięciem wieku dojrzałości młodego człowieka. Przyczyny są i cywilizacyjne, i ściśle osobowe, ale jest to także związane z funkcjonowaniem rodzin i mocnym zindywidualizowaniem, zsubiektywizowaniem. Ta subiektywizacja utrudnia młodym podejmowanie decyzji i konfrontowanie jej.

Tym bardziej, że młodzi kierują się emocjami.

DEON.PL POLECA

- Tak. I choć wymagałoby się od nich przy tego typu decyzjach racjonalnej kalkulacji, to bardzo często młodzi ludzie posługują się odczuciami. Ktoś opierający się na odczuciach doświadcza poruszającego i inspirującego go do czegoś wydarzenia. Wspomniane problemy rodzinne: destabilizacja sakramentu małżeństwa, ekonomizacja i technicyzacja życia, zamknięcie w świecie wirtualnym, czemu dodatkowo sprzyja pandemia, brak komunikacji bezpośredniej powoduje nie tylko osłabienie więzi ludzkich, ale wręcz sprowadzenie ich do poziomu zdawkowych komunikatów. To wszystko sprawia, że w gruncie rzeczy młody człowiek zostaje sam i siłą rzeczy opiera się na swoim doznaniu.

Czyli młodzi nie mają pewności, że są powołani, tylko niejasne odczucie?

- Tak wynika z wielu moich obserwacji. Gdy się słucha motywacji tych, którzy dorastają do momentu podjęcia decyzji, to często jest to bardziej ich przeczucie czy odczucie, przekonanie, na które do końca nie mają odpowiedzi: po prostu tak im się wydaje.

Badania pokazują też, że wciąż najwięcej kandydatów do seminariów i zgromadzeń zakonnych przychodzi z różnego rodzaju ruchów i stowarzyszeń. Ten trend utrzymuje się od dłuższego czasu, a prym wiedzie formacja ministrancka i Ruch Światło-Życie. To pokazuje, że formowanie podstaw wiary i formowanie do decyzji, która odwołuje się do wiary, przesuwa się właśnie na grupy poza rodziną.

Dlaczego?

- Niestety muszę użyć tego sformułowania: przyczyną jest tak zwany marsz przez instytucje, który zbiera krwawe żniwo po zaatakowaniu podstawowego i najbardziej naturalnego środowiska, jakim jest dom i rodzina. Jestem absolutnie daleki od obwiniania cywilizacji i patrzenia jednostronnego, ale musimy widzieć tu bardzo szeroki kontekst – a żyjemy teraz w zupełnie innych okolicznościach cywilizacyjnych, o których powiedziałem wcześniej. Świat przestał być dla wielu czarno-biały. Z tego względu bardzo ciężko młodemu człowiekowi podjąć decyzję, i to decyzję z konsekwencjami dalekosiężnymi, a wręcz - ostatecznymi.

Może dlatego do seminariów przychodzą jednak coraz starsi kandydaci?

- Wiek kandydatów zdecydowanie rośnie, zwłaszcza w dużych ośrodkach miejskich. Jest coraz więcej ludzi, którzy skończyli studia, niekiedy już popracowali, i dopiero podejmują taką decyzję. Ja ich zresztą uważam za herosów, bo wobec obecnych wyzwań, przy dzisiejszym bardzo oczyszczającym motywację trendzie, to są ludzie, którzy zdają sobie sprawę również z konsekwencji tego wyboru.

Ale jeszcze jedną rzecz bym dodał – to, że naprzeciw temu trendowi wychodzi nowe „Ratio studiorum” [„Ratio institutionis sacerdotalis pro Polonia” – przyjęty w marcu 2021 roku przez KEP nowy dokument o formacji kapłańskiej – przyp. red.]. Ten dokument bardzo wyraźnie pokazuje, że nastąpiła zmiana jakościowa, z kryterium wiekowego na kryterium dojrzałości. Między innymi temu służy wprowadzony rok propedeutyczny: żeby nie przyspieszać. A myśmy się troszkę przyzwyczaili do takiego automatyzmu: sześć lat, diakonat i święcenia. I do pracy. W „Ratio…” jest też wskazanie, żeby przed diakonatem, przed tą ostateczną decyzją był okres pastoralny. Nie ma tu już takiego automatyzmu, pośpiechu, zastanawiamy się: czy ten człowiek jest dojrzały do przyjęcia święceń? Czy jest świadomy tego, czego się podejmuje, i tego, jak ma żyć? Święcimy przecież nie tylko do wykonywania pewnych funkcji w Kościele, ale do życia na sposób kapłański. To jest istota tego powołania!

Czyli fizyczny wiek nie ma takiego znaczenia, za to znaczenie ma osobista dojrzałość, więc nie możemy powiedzieć, że przyjmowanie dziewiętnastolatków nie ma sensu?

- Tak, ja bym w ogóle nie ryzykował takiego założenia. Spotkałem młodych ludzi bardzo dojrzałych, że tak powiem: pięknie zdecydowanych, i spotkałem trochę starszych, którzy odbywają pewną wędrówkę: próbują w jednym seminarium, w drugim, w zgromadzeniu – i nic. Moje pytanie wtedy jest następujące: czy oni poszukują rzeczywiście życia kapłańskiego, czy poszukują siebie?

Tu się pojawia kolejna bardzo ważna rzecz: uczciwość w odpowiedzi na pytanie dotyczące powołania. Może się zdarzyć, że ktoś szuka w seminarium środowiska akceptacji. Wbrew niektórym opiniom, seminarium jest twardą szkołą życia. To nie inkubator, nie miejsce, gdzie można przyjść i się schronić. Może się też zdarzyć, że kandydat ma wyidealizowany sposób myślenia o seminarium. To, co dzisiaj jest bardzo trudne w formacji – to wychować do postawy ofiarniczej, postawy poświęcenia.

Nie brzmi to pociągająco…

- Bo taki jest cywilizacyjny trend, który nam się bardzo mocno wdrożył: mam prawo do samorealizacji. I ten trend się zderza z podstawowym założeniem formacyjnym, które mówi, że jeżeli wybieram powołanie, to godzę się na realizację woli Pana Boga, a nie na realizację własnych pomysłów i koncepcji. Gdy ktoś przychodzi z własną koncepcją kapłaństwa, może się nagle okazać, że seminarium nie odpowiada jego wyobrażeniom. A on ma się poddać formacji, która wymaga podporządkowania.

Postawiłam też drugą tezę, że być może byłoby dobrze, gdyby klerykom robić na przykład test Gallupa - test talentów, wrodzonych umiejętności, które są niezbywalne i kształtują ludzki charakter. Ten test bardzo wiele mówi o predyspozycjach człowieka i jego możliwościach. Czy takie podejście do formacji nie ulepszyłoby jej?

- Taka teza sprawia wrażenie bardzo użytecznej. Ale trzeba sobie postawić pytanie, co tego typu badanie wniesie do rozumienia czy przeżywania istoty powołania? Możemy zbadać talenty, zdolności, predyspozycje, robi się to obecnie – ale one i tak stają się one widoczne w czasie seminarium. Boję się, że indywidualne odkrywanie talentów nakłada się na bardzo mocną w dzisiejszych czasach radykalizację indywidualizmu, a koncentracja na nich może prowadzić do różnych form celebryctwa. Kapłan jest formowany również do życia we wspólnocie. Możemy więc rozwijać talenty, ale z mojej obserwacji wynika, że ci bardzo wybitni, celebryci, mocno utalentowani, niekoniecznie zostali w kapłaństwie.

Ludzie oczekują od nas, żebyśmy byli ludźmi ducha. Byłem duszpasterzem akademickim przez sześć lat. Gdy planowaliśmy, co będziemy robić w duszpasterstwie, moi studenci powiedzieli: my wiemy, gdzie iść na imprezę, a do duszpasterstwa przychodzimy, bo chodzi nam o zupełnie co innego.

Popatrzmy sobie znowu na kandydatów do seminarium. Może jesteśmy już w takim momencie, że nie ma co liczyć na to, że ci początkujący będą w jakikolwiek sposób dojrzali duchowo?

- Bardzo łatwo jest dokonać weryfikacji, jeśli chodzi o wiedzę. Ale sfera duchowa to jest pewna intymność życia. Bałbym się komuś definitywnie powiedzieć, że jest niedojrzały, poza ewidentnymi przypadkami. Nikt nie przychodzi do seminarium gotowy. I trzeba mieć pewną nadprzyrodzoną wyrozumiałość, bo ten człowiek będzie dojrzewał.

Seminarium nie jest tylko uczelnią. Seminarium to miejsce rozpoczęcia pewnego sposobu życia. Można komuś pozwolić rozwinąć talenty, dać mu szansę na rozwój zdolności. Ale wymaga się tu czegoś więcej. Dlatego nie ma wymierników cyfrowych do określania stanu rozwoju duchowego. Za to są kryteria.

Jakie?

- Kryteria rozeznawania powołania, oceny rozwoju człowieka. W jaki sposób kształtuje się jego sposób myślenia, poznawania, oceny rzeczywistości? Patrzymy na gorliwość wewnętrzną. Na to, czy człowiek identyfikuje się z Kościołem. Czy Kościół katolicki jest jego Kościołem?

Można być klerykiem i nie identyfikować się z Kościołem?

- Można poszukiwać własnej ścieżki.

Czyli: nie do końca wszystko mi pasuje, ale zostanę księdzem i będę robił trochę po swojemu, jak uważam?

- Tak, i jakoś się w tym ułożę, odnajdę.

I będę z siebie zadowolony.

- To jeszcze inna rzecz: efekt zagubienia w indywidualizmie, w pogoni za samorealizacją to niestety jeden bardzo poważnych błędów pojawiających się w formacji. Podobnie jest z zasadą „zaakceptuj samego siebie”, która przy pewnych wypaczeniach prowadzi do samozadowolenia.

Oczywiście akceptacja jest podstawą i gros problemów w formacji wynika z tego, że ludzie nie akceptują samych siebie, a wtedy wychodzą ich kompleksy, pewne niedojrzałości. Ale powiedzenie: Pan Bóg kocha mnie takim, jakim jestem, więc nic już nie muszę robić – jest leseferyzmem. Pan Bóg nie kocha mojego status quo! A celem formacji nie jest osiągnięcie maksymalnego poziomu satysfakcji w życiu, określanej obecnie jako dobrostan. Według kard. J. H. Newman’a im większa jest nasza zależność od Chrystusa, tym bardziej jesteśmy wolni od siebie.

Jest ksiądz od ośmiu lat krajowym duszpasterzem powołań. Jak się przez ten czas zmienili młodzi, którzy przychodzą do seminariów?

- Myślę, że technokracja, szybkość życia zabija w nich wrażliwość. Gdy zabierałem młodych w góry, widziałem, jak odkrywają świat trochę inny, niż prezentacja na komputerze. Pytanie, który świat im odpowiada. Myślę, że to taki bardzo niebezpieczny trend migracji młodego człowieka w rzeczywistość wirtualną, która od niego nie wymaga. Co to oznacza? Że w tej chwili trzeba formować w młodych podstawowe odruchy ludzkie…

Mamy pokolenie, które żyje do połowy w świecie cyfrowym i widzi, że można być w życiu biernym obserwatorem.

- Mało tego – w cyfrowym świecie, w sytuacji niewygodnej mogą się po prostu wyłączyć. Proszę zobaczyć pewien paradoks: stworzyliśmy sobie świat rozwiniętych komunikatorów po to, żeby się nie spotykać. Ktoś powie, że jestem odrealnionym sentymentalistą. Ale czym innym jest dostać SMS-a z życzeniami świątecznymi, a czym innym odręcznie napisaną kartkę.

Młode pokolenie jest bardzo stechnicyzowane. Dla studentów nie jest problemem, żeby przez internet być we wszystkich bibliotekach świata. Gdy ja pisałem swoje prace, trzeba było przerzucić pokaźną ilość tomów, z których wyciągało się do publikacji dwa zdania. Ale to rozwijało moje widzenie i myślenie o inne aspekty, kontekst problemu, nad którym pracuję. Dziś wrzucamy pytanie w wyszukiwarkę i bierzemy tylko to, co nam odpowiada. Takie jest pokolenie, które nam przychodzi do seminariów i zgromadzeń, i musimy sobie z tego zdawać sprawę. Dlatego jak nigdy potrzeba nam mistrzów życia duchowego.

Jak w początkach chrześcijaństwa?

- Tak. Tak się kształtowały zakony: był mistrz – i adept życia zakonnego. On patrzył na mistrza, słuchał go, żył w jego obecności. Weźmy ojców pustyni! Abba to był ktoś, kto był mistrzem, jego jedno zdanie rozwiązywało problemy adepta. W seminariach potrzeba nam mistrzów życia duchowego.

Czy właśnie to nam może pomóc teraz, w XXI wieku? Mistrzowie duchowi?

- Myślę, że tak. I rzeczywiście są bardzo poszukiwani mistrzowie życia duchowego, o których jest bardzo trudno z kilku względów. Po pierwsze – w ogóle brakuje nam mistrzów – to jeden z efektów walki z autorytetami i burzenia ich. Po drugie – wielu ludzi boi się podjąć odpowiedzialność towarzyszenia drugiemu człowiekowi. I tu dochodzimy do bardzo ważnej rzeczy, gdy mówimy o powołaniu - nie ma w formacji innego rozwiązania, niż towarzyszenie formowanemu człowiekowi.

Czyli nie chodzi o to, żeby w seminarium ustalić zasady i pilnować, czy klerycy ich przestrzegają, tylko o to, żeby im towarzyszyć w tym, co przeżywają i jak się formują?

- Tak. Nie chodzi o test: masz tyle punktów, nadajesz się. Trzeba z tym człowiekiem być, towarzyszyć mu, a on ma odkryć, czy rzeczywiście tak chce żyć. Był taki angielski kardynał George Basil Hume, benedyktyn, o którym pisałem habilitację, zmarły w 1999 roku. Zanim został kardynałem i prymasem Anglii, był mistrzem nowicjatu i opatem w Ampleforth. Kiedyś podczas konferencji powiedział do nowicjuszy: nie wiem, czy chcemy was w naszym klasztorze. Przyszliście do nas i widzicie, jak my żyjemy. Jeśli chcecie tak żyć, jako benedyktyni – bardzo proszę. Jeśli nie, szukajcie tego, czego Pan Bóg od was wymaga. Druga osoba, która mnie zafascynowała taką otwartością i która absolutnie nie mała zamiaru zakładać zakonu, to jest Matka Teresa. Zupełnie wyizolowana w kulturze przeznaczenia, czyli karmy; z zupełnie inną mentalnością - a przychodziły do niej dziewczęta, które chciały żyć tak, jak matka. Dlatego są nam potrzebni mistrzowie duchowi.

W seminariach mamy jednak trochę inną sytuację, bo klerycy są tu krótko. W klasztorach, zakonach jest większa stałość, życie u boku mistrza. Czy da się to doświadczenie przełożyć na warunki seminaryjne?

- Da się to przełożyć, jak najbardziej, bo nie chodzi o stałość miejsca, tylko o moje oddanie i moje pragnienie życia z Bogiem. To jest najbardziej właściwa stałość.

Ale jeśli przychodzę do seminarium, bo chcę żyć tak, jak będący w nim duchowy mistrz, muszę go po święceniach opuścić. Czy ta formacja w seminarium wystarczy, żeby mnie ukształtować?

- Tak, bo prawdziwy mistrz, dojrzały mistrz nie zawłaszcza wychowanka, tylko wychowuje go do samodzielności. Na tym polega sztuka kierownictwa duchowego, czy też towarzyszenia duchowego. Inaczej to jest ręczne sterowanie, rodzi się poważne niebezpieczeństwo wykrzywienia i ubezwłasnowolnienie. Dobre kierownictwo duchowe to jest stwarzanie warunków do tego, żeby kandydat rozkwitł. Właśnie w tym, co pani powiedziała: w zdolnościach, talentach – niech rozkwitnie na boży sposób.

To teraz pytanie o przyszłość. Ilość powołań spada ostatnio co roku o dwadzieścia procent. Nie jesteśmy już w stanie zastąpić nawet tych księży, którzy zmarli tylko w zeszłym roku. Maleje wśród młodzieży ogólna chęć do bycia w Kościele: w grupie 18-24 lata liczba wierzących spadła do 23 procent. Mężczyźni stanowią w niej mniejszość, do tego absolutnie nie są zachęcani do bycia księdzem przez opinię społeczną, bo, delikatnie mówiąc, mamy mało prestiżowy obraz kapłana w mediach. Do tego mamy za mało mistrzów duchowych. Czy jest jeszcze jakaś nadzieja?

- Nie jestem zwolennikiem spiskowej teorii dziejów. Absolutnie też nie usprawiedliwiam przestępstw: jest przestępstwo, jest odpowiedzialność. I na pewno przestępstwo zostawia bardzo negatywne obrazy, nikt nie chce być identyfikowany z przestępcą. Inna sprawa, jak media kształtują ten wizerunek i niekiedy dość celowo go podtrzymują… Ale mimo to cały czas wychodzę z tezą, że nie przestaje działać łaska i na to są liczne dowody. Tyle, że niepokojący jest sposób odpowiedzi na tę łaskę. Nie jest to nowa teza: mamy kryzys powołanych.

Czyli nie jest tak, że nie ma nowych powołań, tylko powołani nie chcą powołania przyjmować?

- Niekiedy jest albo jest to ucieczka, albo w ogóle nie podjęcie refleksji nad taką drogą. Nie wiem, czy dzisiaj jest jakieś rozwiązanie techniczne, socjotechniczne. Powiedziałem w wywiadzie dla KAI, że potrzebna nam jest formacja, a nie agitacja. Myślę, że jest troszkę tak, jak w ratownictwie – panikowanie jest tutaj niedobre, bo może zabić i tego, kogo się ratuje, i ratownika. Patrząc od strony ewangelicznej, myślę, że Pan Bóg daje tyle powołań, na ile jest zapotrzebowanie. Poza tym Pan Bóg nie działa wbrew naturze człowieka. Nie można nikogo zmusić. Nie miałaby pani żadnej możliwości, żeby mnie zmusić do wywiadu, gdybym nie chciał go udzielić.

Mogłabym tylko poprosić.

- Tak, a ja jeszcze bym powiedział: no nie, Deon? Dajcie spokój! (śmiech). Ale szczerze – nie wiem, czy to bardzo modne dziś tworzenie programów naprawczych to jest wyjście. Jest nam raczej potrzebne co innego: mądra i pogłębiona praca z młodzieżą. Dlatego najbardziej przygotowaną osobą do pracy w seminarium powinien być ojciec duchowny, który powinien mieć znakomitą wiedzę teologiczną, znakomite przygotowanie z zakresu duchowości, psychologii, pedagogiki, antropologii i eklezjologii.

A jak jest?

- Różnie... Zresztą to jest jasne i ja tego nie wykluczam: potrzebna nam jest diagnoza i terapia – ale ona nie załatwi wszystkiego. Rozwiąże problem na poziomie umysłu, ale nie wypełni serca.

Co może wypełnić serce tych młodych, którzy teraz się zastanawiają nad powołaniem i boją się podjąć decyzję?

- To bardzo trudne pytanie…

Na pewno bardzo ważne jest szczere i otwarte powiedzenie prawdy o tym, na czym polega życie kapłańskie, zamiast tworzenia wyidealizowanych wyobrażeń. Dalej: pokazanie młodym fascynacji Chrystusem, Ewangelią. Tym najgłębszym sensem. Mając trzydzieści dwa lata kapłaństwa, naprawdę widziałem dużo. Czasem ktoś mówi mi: słuchaj, skoro tyle wiesz, to nie jesteś tym zgorszony? Wtedy odpowiadam: nie, nie jestem zgorszony, jestem przerażony tym, do czego jest zdolny człowiek w Kościele, ale ja przyszedłem do Kościoła, bo oddałem swoje życie dla Chrystusa i tak chcę żyć. Służyć Mu w ludziach, których spotykam.

Jest też tak, jak mówił o tym Jan Paweł II: że to jest szaleństwo powołania. Pan Bóg jest kreatywny i nieprzewidywalny, może zrobić ze mną to, co Jemu się podoba. I trzeba w tym obecnym bardzo zimnym, wykalkulowanym sposobie wychowania młodego człowieka sprawić, żeby on się odważył na spontaniczność, żeby się wyłamywał z tych schematów, w które tak chętnie wchodzi.

***

Ks. prof. dr hab. Marek Tatar (ur. 1963), od 2014 roku krajowy duszpasterz powołań KEP i konsultant Komisji Episkopatu ds. Duchowieństwa. Jest prodziekanem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, a także kierownikiem Katedry Mistyki Chrześcijańskiej i kierownikiem studiów doktoranckich. Należy m. in. do Polskiego Stowarzyszenia Teologów Duchowości. Jest autorem wielu artykułów i wystąpień z zakresu duchowości chrześcijańskiej. Przez lata uprawiał wspinaczkę wysokogórską. Pochodzi z Radomia.

Zobacz także: Pięć punktów do reformy seminariów

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Poza pisaniem ogarnia innym ludziom ich teksty i książki. Na swoim Instagramie organizuje warsztatowe zabawy dla piszących. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem. Jest żoną i matką. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając dobrych historii. W Wydawnictwie WAM opublikowała podlaski kryminał z podtekstem - "Ciało i krew"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

"Seminarium nie jest po to, by klerycy osiągnęli dobrostan" [WYWIAD]
Komentarze (3)
GM
~Gerard Makowski
7 czerwca 2022, 16:15
Brak szacunku dla księży po święceniach... Pomiatanie przez proboszczów i biskupów... Młodzi księża wpadają w nałogi... Depresje... Powiedz KS profesorze ile jest samobójstw w kapłaństwie.... Mówisz kryzys w rodzinach??? A czemu nie ma kleryków z rodzin Domowego Kościoła..tej.elity rodzin katolickich????
ME
~Mac ezk
17 stycznia 2022, 15:33
pewne minimum dobrostanu typu 1osobowe pokoje w seminarium powinno jednak semianrium klerykom zapewnic.....klerycy msuza sie nauczyc tez obchodzic z samotnoscia, wychodzic na pustynie wlasnego serce by sie spotakc ze Stworca
DU
~Dziecko Uksw
17 stycznia 2022, 13:49
Znam ks. Dr Marka Tatara osobiście jako Profesora na uczelni, to niezwykle mądry, pokorny i roztropny kapłan i z poczuciem humoru. Jako studenci,bardzo go kochamy i dziękujemy za ten wywiad :)