Powołaniowa epopeja

Powołaniowa epopeja
(fot. Lawrence OP/flickr.com/CC)
Rafał Szymkowiak OFM Cap

Nigdy nie myślałem, że Pan Bóg z elektryka zrobi zakonnika. To przyszło na mnie jak grom z jasnego nieba. Jedna chwila i już wiedziałem, że będzie inaczej.

Kiedy byłem małym dzieckiem, zachorowałem na zapalenie płuc. To było trudne doświadczenie dla moich rodziców. Wiem, że bardzo się za mnie modlili, ale dopiero na kilka dni przed prymicjami dowiedziałem się, że w najbardziej krytycznym momencie choroby mama zawarła z Bogiem dziwną umowę: "Jeśli go uzdrowisz, będzie Twój". Taki mały interesik. O dziwo wyzdrowiałem i w ten sposób zabiłem klina medycynie! Lekarze powiedzieli, że nie ma dla mnie ratunku, a później już nie wiedzieli, co powiedzieć. Gdy dziś o tym myślę, przypominają mi się słowa z księgi proroka Izajasza: "Powołał Mnie Pan już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię". Jesteśmy wszyscy ukryci w sercu Boga, a On, kochając nas do szaleństwa, przeznaczył każdemu z nas wspaniały plan, który z dokładnością do najmniejszego szczegółu się realizuje. Pewnie ta choroba bardziej potrzebna była mamie i tacie niż mojemu powołaniu. Bóg pokazał, że potrafi zadbać o swoich wybranych i okazał swą moc. Później rosłem jak na drożdżach! I nie jest to zbyt duża przenośnia, ponieważ idąc do Pierwszej Komunii, miałem swoje kilogramy. Dopiero gdy miałem czternaście lat, zacząłem myśleć o tym, aby trochę lepiej wyglądać. Przeprowadziłem się do innego miasta, poznałem nowych kolegów i nowe koleżanki. Szczególnie te ostatnie uświadomiły mi, że muszę o siebie zadbać. Mogę z przymrużeniem oka napisać, iż później nastał czas mojej grzesznej młodości. Oj, działo się, działo. Może to nie były akcje wyciągnięte z filmów przygodowych, ale pomysłów miałem co niemiara: od wkładania siarki do tatowych papierosów aż do pojedynków na pięści w czasie dużych przerw w szkole. Następnie zdobyłem zawód i wcale nie dlatego, że interesowałem się elektrycznością, ale dlatego, że nie zdałem do szkoły średniej. Nie będę pisał dlaczego, ponieważ moja wewnętrzna cenzura nie pozwala mi pisać dalej!

Nigdy nie myślałem, że Pan Bóg z elektryka zrobi zakonnika. To przyszło na mnie jak grom z jasnego nieba. Jedna chwila i już wiedziałem, że będzie inaczej. Czy podobały mi się dziewczyny? No jasne! Nawet jedna powiedziała mi, że byłbym dobrym ojcem. Gdy dziś idę na katechezę do gimnazjum i myślę o wychowywaniu tych "grzecznych dzieci", mam wątpliwości, czy wiedziała, o czym mówi, ale wtedy było mi miło. Często na różnych spotkaniach pytają mnie, jak to się stało, że odkryłem powołanie zakonne. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie i dlatego najczęściej mówię: "A powiedz mi, jak to się stało, że na sto procent wiedziałeś, że to będzie twoja żona?". Nie wiadomo, dlaczego ktoś wybiera akurat tę dziewczynę, gdy wokół niego kręci się tysiące innych. Jeden z chłopaków powiedział mi, że ona miała to "coś", jednak gdy zapytałem, co to jest to "coś", nie potrafił odpowiedzieć. W historii mego powołania także było to "coś". Nie umiem odpowiedzieć, czy to było ubóstwo i radość świętego Franciszka, a może umiłowanie Kościoła, które widziałem w historii jego życia. Dzisiaj, patrząc z perspektywy prawie dwudziestu lat życia zakonnego, wydaje mi się, że na początku każdego powołania jest miłość. Generalnie można powiedzieć, że Bóg powołuje do miłości. Nieraz spotykam młodych ludzi pytających mnie o wolę Pana Boga. Jedna z dziewczyn z żarem w oczach powiedziała: "Chcę w swoim życiu w najmniejszym szczególe wypełniać wolę Boga, ale w największym wyborze nie wiem co zrobić". Wielu młodych nie wie, do czego ich Bóg powołuje. Przez lata stoją na rozdrożu i nie potrafią podjąć jakiejkolwiek decyzji. Najczęściej jest to pytanie o to, czy wybrać życie dla Boga, czy małżeństwo. Oczywiście życie w małżeństwie też jest na służbę Bogu, ale inaczej. Wielu ludzi zastanawia się, jaką drogą iść, a stojąc w miejscu, przeżywa katusze. Przypominają oni owego osiołka, któremu w żłoby dano. Takim najczęściej odpowiadam, aby starali się kochać. Można powiedzieć, że ten jest Jezusowym bratem, siostrą i matką, kto wypełnia w swoim życiu nakaz miłości. Jan Apostoł w swojej Ewangelii pisze: "To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół". Zacznij kochać, a natężenie tej miłości pokaże Bogu, jakimi drogami możesz iść. To trochę tak jak z gotowością sportowca, który przygotowuje się do olimpiady. Trener wie, kto i kiedy jest gotów, aby pojechać na te wielkie zawody. Bóg ma rozeznanie, kto jest gotów, aby pójść za Nim, a kto nie. On ma całkiem inny sposób patrzenia i dlatego wybiera według klucza, który dla nas wydaje się dziwny. Paweł Apostoł w liście do Kościoła w Koryncie pisał: "Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga". Jak patrzę na siebie, widzę, jak bardzo prawdziwe są te słowa. Syn kowala, po zawodówce, z mnóstwem wad i grzechów... Takiego mnie powołał i nie zniechęca się mimo tego, że już wiele razy dałem popis swojej głupoty. Bóg wybiera ludzi słabych, aby nie przypisywali sobie zasług. Chce mieć w swojej drużynie takich, którzy w pokorze będą dobrymi narzędziami do działania. Dlatego każdy powołany człowiek musi mieć na tyle pokory, aby usłyszeć, zrozumieć, a przede wszystkim zrealizować zamiar Boga. Nie chodzi tutaj o realizowanie siebie. Każdy, kto realizuje siebie, prędzej czy później doświadczy pustki i zabraknie mu sił. Ziarno musi obumrzeć, aby wydało plon dla Boga, który nie patrzy na nasze życie przez pryzmat ludzkich kryteriów. Karol de Foucauld, francuski zakonnik i misjonarz, eremita przebywający przez wiele lat wśród muzułmańskich Tuaregów, jest doskonałym tego przykładem. Patrząc po ludzku: niczego nie osiągnął. Nic mu się nie udawało. Marzył o założeniu wspólnoty, zmarł samotny jak palec, pisząc dramatyczne słowa: "Ziarno umiera, nie przynosząc owocu. Ja, który tylko potrafię marzyć, niczego w życiu nie osiągnąłem". To nie ja mam osiągnąć swój cel, ale to Bóg ma przez posługę powołanego osiągnąć cel. Po śmierci Karola (został zastrzelony przez przedstawiciela muzułmańskiej sekty)jak grzyby po deszczu wyrastają wspólnoty.

Proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym został zamknięty 4 marca 2003 roku w Mediolanie, a beatyfikacja odbyła się 13 listopada 2005 roku w Rzymie. Nasze życie ma być pieśnią ku czci Boga. To przecież nie instrumentowi oddaje się chwałę w czasie koncertu, ale osobie, która na nim gra. Pamiętam, jak odjeżdżałem do zakonu, jeden z moich przyjaciół podarował mi na drogę Psalm 127:

"Jeżeli Pan domu nie zbuduje,

Na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą.

Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże,

Strażnik czuwa daremnie.

Daremnym dla was wstawać przed świtem,

Wysiadywać do późna.

Dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko; Tyle daje On i we śnie tym, których miłuje".

Wiele razy wracałem do tego tekstu, który zawsze pokazywał mi, że to Bóg jest najważniejszy w powołaniu i do Niego należy inicjatywa. Dlaczego mnie? Wybrał Piotra, który się go zaparł, Judasza, który Go zdradził, i mnie, Rafała, który im jest starszy, tym bardziej czuje się niegodny tego wyboru. Kiedyś czytałem życiorys świętego Pawła i uderzyły mnie jego słowa: "W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi". Mądrzy ludzie badający Biblię mówią, że Paweł napisał tak, ponieważ nie czuł się godny wybrania. Uważał, że jako prześladowca chrześcijan nie może być stawiany na równi z innymi apostołami. Takie było patrzenie Pawła, ale Bóg widział to inaczej i pod Damaszkiem ukazał mu się, i w ten sposób zaczęła się jego apostolska epopeja. Ważne jest to, aby pamiętać, że to od Boga pochodzi ów impuls. Bywa, że spotykam ludzi, którzy już od dziecka byli ministrantami, chodzili na pielgrzymki i wszyscy byli przekonani, że ten syn naszej parafii zostanie księdzem, a oni wybierają inne drogi. Bo to Bóg powołuje, a nie starsze panie siedzące w kościele! Nigdy nie byłem ministrantem i nigdy nie myślałem w dzieciństwie, że zostanę zakonnikiem, i to jeszcze w zakonie, o którym nie miałem zielonego pojęcia. Najbliższy klasztor kapucyński jest 120 kilometrów od mojego rodzinnego miasta. A jednak się stało!

Nie chciałem, aby wszyscy wiedzieli, że idę do zakonu. Ktoś kiedyś mi powiedział, że jeśli człowiek chce stracić swoje powołanie, to niech mówi o tym ludziom. Nie wiem, czy to jest prawda, ale z całą pewnością powołanie to rzeczywistość rozgrywająca się między powołanym a Bogiem. W ciszy serca człowiek podejmuje decyzję i musi to być tylko jego wybór, a nie przyjaciół czy rodziców. Kiedy zdecydowałem się, że pojadę do Krakowa złożyć papiery, poszedłem poprosić ojca o pieniądze na wyjazd. Nie było to takie proste, ponieważ przed kilkoma dniami wróciłem właśnie z Krakowa. Musiałem mu wszystko powiedzieć. Ojciec zapalił papierosa i rzekł: "Jak masz iść i wrócić, to nie idź wcale". Tata wiedział, co znaczy raz dane słowo, i przez swoje słowa chciał podkreślić, że kto bierze pług do rąk, nie może się oglądać za siebie. Oczywiście, gdybym wrócił, pewnie by mnie przyjął z otwartymi rękoma. Przecież mieliśmy otworzyć razem malutki biznes. Matka dowiedziała się, jak już pojechałem. Potem słyszałem od moich koleżanek, że kiedy już po moim wyjeździe przyszły zapytać, gdzie jestem, to ze łzami wyznała, że pojechałem do rodziny.

Zastanawiały się, co to za rodzina, skoro matka płacze na wspomnienie o synu. A rodzina była nietęga! Na dzień dobry okazało się, że mam ponad 50 braci, którzy chcą podobnie jak ja rozpocząć życie zakonne. Liczba ta jednak topniała w zastraszającym tempie i już po roku zostało nas niewiele ponad 30 chłopa. Pamiętam, jak na dzień dobry w nowicjacie, czyli pierwszym roku chodzenia w habicie, podszedł do mnie przełożony i zapytał, czy byłem ministrantem. Odpowiedziałem, że nigdy nie służyłem przy ołtarzu, i dowiedziałem się, że wobec tego mój przełożony (zacny ojciec z siwą brodą) mnie tutaj nie chce i że mam się pakować i wyjechać. Wtedy uświadomiłem sobie, że nawet gdyby cały świat mnie nie chciał, to Bóg mnie chce i basta. Bynajmniej tak to odczytywałem. Kiedy to powiedziałem ojcu magistrowi, uśmiechnął się tylko i odszedł. Później dowiadywałem się, jak różne próby musieli przejść powołani, aby potwierdzić swój wybór nie tylko słowami, ale i czynami. Ojciec Honorat Koźmiński, też kapucyn, gdy przyszedł do zakonu, musiał zdjąć białą koszulę i pościerać kurze. Co było dla niego trudne, ponieważ pochodził z bardzo zamożnej rodziny. Wiele razy słyszałem później z ust przełożonego: "To wy musicie udowodnić, że chcecie być w zakonie, i odpowiedzieć na wołanie Boga konkretną postawą". Żyjąc w zakonie, miałem możliwość doświadczać, jak trudno jest mówić Bogu "kocham Cię" przez konkretne czyny, które wymagają "śmierci na żywca".

W opisie biblijnych powołań Bóg zaprasza człowieka do kroczenia Jego drogą, a jednocześnie widać tam, że powołuje do konkretnego działania. Kiedy patrzymy na historię biblijnych powołań, możemy zauważyć, że Bóg tym, których powołuje, zmienia imiona. To właśnie nowe imię jest zaszyfrowaną instrukcją tego, jak dany powołany ma działać. Przykładem może być Abram, któremu Bóg daje imię Abraham, co znaczy w języku hebrajskim "ojciec mnóstwa". Bóg powołuje go do tego, aby był ojcem Narodu Wybranego. Zresztą obiecuje mu, choć on i jego żona byli posunięci w latach, że jego potomstwo będzie jak gwiazdy na niebie. Może dlatego na początku życia zakonnego winno się zmieniać imiona? Pamiętam, że kiedy otrzymaliśmy habity, magister powiedział nam, że nie zmieniamy imion, ale mamy sobie wybrać z Litanii do Świętego Franciszka jedno wezwanie, które będzie wezwaniem do naśladowania św. Franciszka. Śmiechu było co niemiara, ponieważ w całej swojej powadze jeden z braci powiedział, że będzie czytał, a inni, którzy byli ustawieni według starszeństwa (od najstarszego do najmłodszego), mieli z namaszczeniem przyjmować wezwanie. Zapomniał, że każda litania zaczyna się od słów Kyrie eleison, co znaczy "Panie, zmiłuj się!". Wyszło na to, że pierwszy z braci jest taki, że Bóg musi się zmiłować. Wszystko prysło, a chłopy - jak to chłopy - zaczęły boki zrywać ze śmiechu.

Człowiek na początku zadaje sobie pytanie: "Gdzie?". Moja odpowiedź była jasna! Jeżeli, Boże, chcesz, abym był zakonnikiem, to niech się tak stanie. Nie było łatwo, ale przecież z Bogiem nie będę walczył, i zostałem kapucynem. Jednak za tym pytaniem idzie drugie Jak?". I powiem szczerze - tutaj było trudno! Nawet w najbardziej fantastycznych wizjach nie przypuszczałem, że będę pracował z młodzieżą alternatywną. Jednak Bóg taką przeznaczył mi drogę. Myślę, że ci, którzy do mnie przychodzą, mogą nosić miano współczesnych trędowatych. Cieszę się, że są obecni w moim życiu, ale są chwile, kiedy już nie mam sił. Najcięższe są okresy, gdy "nie świeci słońce". Mówię to nie tylko w przenośni. Kiedy pada deszcz i jest niekorzystny biomet, wielu ludzi zaczyna "przeżywać doła". Wtedy zaczynają się myśli samobójcze, bardzo niekorzystne bilansowanie życia i wszystko jawi się w ciemnych kolorach. Jedni przychodzą natychmiast, inni najpierw starają się uciekać w alkohol, narkotyki, seks i dopiero kiedy uderzą głową w mur, pojawiają się, nie wiedzą, co robić, i szukają pomocy. Nieraz zastanawiam się, czy moim powołaniem jest być "śmietnikiem młodych". Mam takie dni, że przychodzi 10 osób z różnymi problemami. Bywa, że bracia furtiani śmieją się, bo mam gości w dwóch, a nawet w trzech pokojach. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo!

Kiedy spotykam się z ludźmi, często słyszę: "Nie żałuje brat swojego wyboru?" albo "Czy jest brat szczęśliwy?". Z uśmiechem odpowiadam: "Co zmieniłby żal, jeśli już wybrałem?". A po drugie pytam sam siebie: "Czy Jezus na krzyżu był szczęśliwy?". Przecież w życiu nie chodzi o to, aby było przyjemnie i bez trudu. Jezus sam mówi, że szeroka jest droga tych, którzy idą na zatracenie. Wiem, że moja droga nie jest łatwa, ale czy rodzinie wychowującej piątkę dzieci jest łatwo? Kiedy miałem prymicję, w pewnym momencie wniesiono wielki tort ze świeczkami. Wszyscy zaczęli krzyczeć, abym przed ich zdmuchnięciem pomyślał sobie jedno życzenie, i pomyślałem: "Boże, proszę Cię, abym mógł umrzeć w habicie i w nim został pochowany". Liczę, że Pan Bóg spełni owo życzenie i będzie dla mnie łaskawy. Wierzę, że Miłość, która mnie powołała, da mi siłę, abym wytrwał w dobrym do końca, bo przecież wiara przeminie, nadzieja się spełni i zostanie tylko miłość.

Powołaniowa epopeja - zdjęcie w treści artykułu

Więcej w książce: Ale faza! Życie pod napięciem

Książka pokazuje, że życie ideałami chrześcijańskimi jest możliwe i to nie tylko dla zakonnika, ale także dla ojca rodziny.

Autorzy dowodzą, że życie z Bogiem daje niesamowitego "kopa" może nawet większego niż porażenie prądem. Dochodzą do wniosku, że jako wierzący w Boga, tylko wtedy nie będziemy "kopciuchami", gdy odkryjemy jak wielkie bogactwo kryje się w chrześcijaństwie. Książka, którą trzymasz w ręku jest próbą podzielenia się doświadczeniem zdobytym w czasie życiowych zmagań. Znajdziesz w niej odpowiedzi na pytanie o powołanie, modlitwę, spowiedź i o inne ważne elementy życia chrześcijańskiego. Niech to będzie dla ciebie świadectwo dwóch elektryków, którzy nie lubią marazmu życiowego i starają się wykorzystać każdą sekundę życia.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Powołaniowa epopeja
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.