"Kiedy duchowni zajmują za dużo miejsca w Kościele, to taki Kościół przestaje żyć"

"Kiedy duchowni zajmują za dużo miejsca w Kościele, to taki Kościół przestaje żyć"
(fot. Fundacja Służby Rzeczypospolitej / youtube.com)
3 tygodnie temu
ks. Alfred Wierzbicki

"Uważam, że powinny być strefy wyjęte spod jakichkolwiek manifestacji politycznych i tak jak mnie wkurza uprawianie polityki w kościele z ambony, tak też jeśli ktoś nawet wkurzony tym uprawianiem polityki dokonuje wtargnięcia do kościoła, to po prostu narusza strefę, która powinna być nienaruszalna" - twierdzi ks. Alfred Wierzbicki.

Karol Kleczka: Niedawno czytałem jeden z księdza ostatnich wierszy pod tytułem Adwentowe zorze. Pojawia się tam bardzo mocna konkluzja, taka wręcz publicystyczna: trzeba być z tymi, których biją. Wiersz powstał na fali ostatnich protestów?

ks. Alfred Wierzbicki: Akurat ten wiersz napisałem rok temu, podczas Adwentu w 2019 roku.

Nieźle się ksiądz wstrzelił.

Może to jest jakiś ślad tego, czym jest myślenie poetyckie, bo ono przewiduje pewne sytuacje, jakoś je wyprzedza. To też jest siła wizji, ale faktycznie ten wiersz teraz mocno zaczął żyć, bo takie sceny dzisiaj się zdarzają.

Wcześniej się nie zdarzały?

W moim życiu ludzie byli wiele razy bici na ulicach. Pamiętam rok 1968 i pobitych studentów. Do robotników strzelano w 1970 roku, a potem w stanie wojennym. Dramaty z kopalni Wujek bolą do dzisiaj. W lipcu 2019 roku pobito uczestników Parady Równości na ulicach Białegostoku i to wywołało moje najgorsze wspomnienia.

Proszę tego nie wziąć do siebie, nie jestem specem od poezji, ale konkluzja, by być z tymi, których biją, to jest dość oczywisty postulat. Tak się wychowuje dzieci, żeby broniły słabszych przed tymi, którzy atakują.

Ufam, że chodzi o coś więcej, a mianowicie o to, czy kieruje nami konformizm. No gdzieś tam kogoś biją, ale czy to moja sprawa?

Identyfikuje się ksiądz z manifestującymi w sprawie wyroku Trybunału Konstytucyjnego?

Gdy patrzę na te właśnie manifestacje, widzę zasadniczy problem. Kompromis w sprawie aborcji czy, widząc to z nieco innego punktu widzenia, w sprawie ochrony życia, chyba został już nieodwołalnie zburzony. Napawa mnie to goryczą. Ale bardzo się cieszę z przebudzenia najmłodszego pokolenia, doceniam jego obywatelski zryw.

W tych protestach nie chodzi jednak tylko o konflikt pokoleniowy czy sympatie partyjne. Zaczęło się od sprawy aborcji, po czym szybko pojawił się antyklerykalny wydźwięk protestów. Nie miał ksiądz problemów z tym, że protestujący pisali po kościołach wulgarne hasła?

Oczywiście, że miałem problem. Nie tylko dlatego, że mi się to nie podobało, moje problemy były dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, zacząłem się obawiać, że to może doprowadzić do starć bezpośrednio w kościołach, w świątyniach. Tym się bardzo martwiłem, a po wtóre, sądziłem, że gdyby do takich zamieszek doszło, gdyby zaogniła się przemoc, to byłby strzał w stopę dla uczestników tych protestów. Po trzecie, uważam, że powinny być strefy wyjęte spod jakichkolwiek manifestacji politycznych i tak jak mnie wkurza uprawianie polityki w kościele z ambony, tak też jeśli ktoś nawet wkurzony tym uprawianiem polityki dokonuje wtargnięcia do kościoła, to po prostu narusza strefę, która powinna być nienaruszalna. Na szczęście to się okazało tylko chwilowe i być może, paradoksalnie, wezwanie ze strony Jarosława Kaczyńskiego do obrony kościołów postawiło tamę atakom na Kościół, bo już nikt nie chciał zaogniać sytuacji właśnie na tym odcinku.

Pojawiły się też takie głosy, że kierowanie uwagi na Kościół jest odwracaniem jej od właściwego sedna problemu.

To było wszczynanie zupełnie innej wojny.

Powiedział ksiądz, że sześć lat temu księdza sytuacja na uczelni zaczęła się komplikować. Po podpisaniu listu intencyjnego w sprawie Margot jeszcze bardziej się zaogniła. Nie żałuje ksiądz dzisiaj tego podpisu?

Absolutnie nie żałuję. Kiedy zacząłem otrzymywać maile, w których mnie besztano, powoływano się na jej bluzgi, mieszano wręcz z błotem, pytając, jak mogłem poręczyć, publicznie napisałem, że ani przez chwilę nie żałowałem. To nie byłoby poważne z mojej strony, bo mam zbyt wiele szacunku do siebie, żeby czegoś takiego żałować. A sama sytuacja? Nie wiem, czy się zaognia. W tej chwili doświadczam czegoś, co też mnie może uśpić. Wiele osób mnie chwali, piszą wręcz laurki i laudacje.

Jest coś na rzeczy, bo nawet w notce na temat księdza w Wikipedii jest wlepka z Lublina „Wierzbicki jest #KUL”.

Tego jeszcze nie widziałem! Ale w tym wpisie pojawiają się różne rzeczy, dopisują insynuacje na temat mojej własnej orientacji. W Wikipedii są różne wlepki (śmiech).

Niemniej uczelnia wytoczyła w stosunku do księdza postępowanie wyjaśniające, czyli, jak rozumiem, mogą się pojawić sankcje. Jak się ksiądz z taką groźbą czuje?

Każdy, kto ma władzę i odpowiednie paragrafy, może ich używać. Owszem, przeżywam osobistą przykrość, gdy mi się zarzuca, że moja działalność jest sprzeczna z misją KUL-u, ale naprawdę bardziej mnie niepokoi sytuacja, w jakiej znalazł się KUL wskutek bardzo pochopnej decyzji rektora. To naprawdę szkodzi mojej uczelni, izoluje ją od wielu poważnych instytucji akademickich w kraju, a nawet za granicą. Wspomniał pan o tych wezwaniach na dywanik przez poprzedniego rektora. Nie było to dla mnie miłe, ale nie niszczyło etosu akademickiego. Doceniam umiejętność rządzenia uniwersytetem przez księdza profesora Antoniego Dębińskiego, który unikał eskalacji. Gdy otrzymywał protesty biskupów czy polityków dotyczące moich wypowiedzi, rozmawialiśmy, wymienialiśmy argumenty, a nawet trochę się kłóciliśmy. Nie ulegał jednak nigdy zewnętrznej presji, rozumiał, znowu powiem z patosem, powagę uniwersytetu, jego niezależność, dobrodziejstwo różnicy zdań.

Uwaga manifestantów i manifestantek Strajku Kobiet na kościoły skierowała się nieprzypadkowo. Są osoby, które twierdzą, że protesty zogniskowały się na kościołach, bo zmiana, do której doszło, jest ustępstwem tronu na rzecz ołtarza. Tak na przykład twierdzi Rafał Matyja i nie jest osamotniony w takiej diagnozie.

Myślę, że jesteśmy dopiero na początku bardzo ważnej kulturowej batalii o Kościół w Polsce.

Ciekawe, o wojnie kulturowej mówi raczej prawica.

Czepia się pan słówek, ale sprawa jest bardzo poważna, bo stoimy w obliczu potężnego kryzysu Kościoła i co gorsza, moim zdaniem na rozwiązanie go przez Kościół hierarchiczny nie ma już co liczyć.

Może ksiądz rozwinąć tę myśl?

To oczywiste na poziomie refleksji socjologicznej oraz teologicznej. Socjologicznie za kryzys odpowiedzialna jest hierarchia, potrzebuje pomocy ze strony świeckich. Teologicznie patrząc, klerykalizm jest rakiem Kościoła, jak mówi papież Franciszek, powoduje jego chorobę, nie da się więc uleczyć Kościoła, zajmując się tylko duchowieństwem. Musimy dojrzeć prawdziwą strukturę Kościoła – tworzą ją wszyscy ochrzczeni. Podział na duchownych i świeckich jest wtórny, a kiedy duchowni zajmują za dużo miejsca w Kościele, to taki Kościół przestaje żyć jako wspólnota.

To kto może uratować Kościół?

Świeccy. Myślę, że w Polsce przyspieszenie tego społecznego konfliktu, w którym Kościół jest ważnym agentem, jest tak wielkie, że konieczna byłaby droga synodalna. To jest moje wielkie marzenie.

Fragment pochodzi z książki "Bóg nie wyklucza". Więcej znajdziesz tutaj >>

Redaktor i publicysta DEON.pl, pracuje nad doktoratem z metafizyki na UJ, współpracuje z Magazynem Kontakt, pisze również w "Tygodniku Powszechnym"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
ks. Alfred Wierzbicki, Karol Kleczka
27,93 zł
39,90 zł

Wiara, która nie boi się Innego

Czy Kościół może być wspólnotą, która nikogo nie wyklucza? Czy chrześcijanin zawsze powinien stawać po stronie atakowanego, bez względu na jego poglądy? Co najbardziej szkodzi wiarygodności Kościoła? 

Ksiądz...

Skomentuj artykuł

"Kiedy duchowni zajmują za dużo miejsca w Kościele, to taki Kościół przestaje żyć"
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.