Nie wszyscy Izraelczycy są przeciwni Palestyńczykom. Jak wygląda podzielony Izrael?
„«Nigdy więcej» dzieje się teraz” – ogłosił Alon-Lee Green w mediach społecznościowych, a już następnego dnia stanął z workiem mąki na plecach przy autostradzie niedaleko kibucu Jad Mordechaj, nazwanego tak przez żydowskich imigrantów z Polski na cześć Mordechaja Anielewicza, bohatera powstania w getcie warszawskim. Za chwilę, w palącym sierpniowym upale, miał się tu rozpocząć marsz w kierunku granicy ze Strefą Gazy – pisze Karolina Wójcicka w książce „Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy”, której fragment publikujemy.
W ten sposób osoby związane z organizacją Standing Together, którą Alon-Lee kieruje, chciały zwrócić uwagę na głód rozprzestrzeniający się wśród Palestyńczyków. Mąka, która pobrudziła ich charakterystyczne, fioletowe koszulki – aktywiści zakładają je na wszystkie demonstracje – miała być tego symbolem.
W wyprawie, odbywającej się pośród pól i przygranicznych wiosek, towarzyszyła im jedynie niewielka grupa zwolenników – Izraelczyków, Palestyńczyków z izraelskim paszportem, ludzi młodych i starszych. Niska frekwencja nikogo nie dziwiła. Demonstracje solidarności z Gazą nie przyciągały tłumów nawet w dużym, uchodzącym za postępowy Tel Awiwie. Również atmosfera nie różniła się od tej, którą pamiętałam z podobnych wydarzeń. Większość uczestników z zakłopotaniem patrzyła na rozdawane przez wolontariuszy zdjęcia palestyńskich dzieci, których ciała wyglądały jak szkielety pokryte cienką warstwą skóry. W powietrzu unosiło się zaś poczucie wstydu. – Wszyscy ponosimy za to winę – mówili niektórzy, unosząc banery wysoko nad głowami.
Żywność była deficytowa od początku wojny, ale sytuacja w eksklawie znacząco pogorszyła się w 2025 roku. W marcu Izrael złamał kruche porozumienie o zawieszeniu broni z Hamasem. Składało się ono z trzech etapów. Pierwszy, który udało się zrealizować, był najprostszy – polegał przede wszystkim na wymianie zakładników na Palestyńczyków przetrzymywanych w izraelskich więzieniach. Kolejne etapy zakładały jednak wycofanie izraelskich wojsk z terytorium Gazy oraz trwałe zakończenie wojny – coś, na co nie chciała zgodzić się skrajna prawica, z którą premier Binjamin Netanjahu tworzył koalicję.
Okładka książki "Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy" (wyd. Mando)
Utrzymanie umowy przy życiu oznaczałoby upadek tego sojuszu i koniec rządów wieloletniego premiera. A że dla Bibiego, jak popularnie zwą tego polityka Izraelczycy, władza była najwyższym priorytetem, zdecydował się udobruchać partnerów i wznowić wojnę. W gratisie dorzucił blokadę dostaw pomocy humanitarnej do eksklawy, oficjalnie w celu zmuszenia Hamasu do zaakceptowania nowych warunków zakończenia konfliktu narzucanych przez Izrael.
Blokada humanitarna została zniesiona po jedenastu tygodniach, mimo wyraźnego sprzeciwu rządowych radykałów. Minister bezpieczeństwa wewnętrznego Itamar Ben-Gewir twierdził, że to „poważny i brzemienny w skutki błąd”. Netanjahu bronił się, tłumacząc, że decyzję podjął wyłącznie pod presją swoich zachodnich sojuszników. Wskazywał, że „najwięksi przyjaciele Izraela na świecie dali jasno do zrozumienia, że jednej rzeczy nie są w stanie zaakceptować: obrazów głodu, masowego głodu”.
Przyznał w ten sposób, że Palestyńczycy faktycznie cierpią z powodu niedożywienia, czemu wcześniej konsekwentnie zaprzeczał. – Aby odnieść zwycięstwo, musimy w jakiś sposób rozwiązać ten problem – dodał. Premier starał się jednak ustawić sprawy tak, by zadowolić obie strony: zapowiedział, że pomoc co prawda ponownie zacznie docierać do Gazy, ale będzie ona „minimalna”.
Na skutki tej pokrętnej polityki nie trzeba było długo czekać. Latem coraz więcej osób, w tym dzieci, zaczęło umierać z niedożywienia. „To są zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości. Nikomu nie zapewnią one bezpieczeństwa. Służą jedynie faszystowskiemu reżimowi Netanjahu, Ben-Gewira i Smotricza” – krzyczał Alon-Lee podczas przemarszu, a każdy krok dokładnie relacjonował w mediach społecznościowych. Trasa była stosunkowo krótka: kibuc Jad Mordechaj od przejścia granicznego w Erez dzieliło zaledwie kilka kilometrów. Aktywiści nie zdołali dojść do samej granicy.
Policja zablokowała drogę metalowymi barierkami, a funkcjonariusze, których mundury szybko pokryły się mąką, utworzyli kordon, wyzywając każdego, kto próbował zbliżyć się w stronę Gazy. Niektórych, w tym Alona-Lee odpychali, ściskając za szyję. W odpowiedzi słyszeli od części uczestników, że są współwinnymi zbrodni faszystami. Było głośno i nieprzyjemnie. Trzy osoby zostały zatrzymane, ale – jak dowiedziałam się później od pracowników Standing Together – zwolniono je po nocy na komisariacie, bez stawiania jakichkolwiek zarzutów. I tak po krótkich utarczkach, podniosłych przemowach i kilku uronionych łzach, wszyscy rozeszli się do domów. Operacja zakończyła się – jak zwykle – bez żadnego wyraźnego efektu.


Skomentuj artykuł