Adam Szustak OP: za twoimi grzechami stoi walczący o ciebie Bóg

Fot. Francisco Moreno / Unsplash
Adam Szustak OP

„Jeśli szatan uderza Cię gdzieś, to znaczy że masz w tym miejscu najważniejszy potencjał swojego życia” - mówi duszpasterz.

Imię, które Bóg dał Jakubowi po nocnej walce z Nim, jak mówi Księga Rodzaju, znaczyło „Walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś”. I to jest dla mnie hit wszechczasów. Wiesz, jak tłumaczy się dosłownie po polsku imię Izrael? „Bóg zwyciężył”. Czyli dokładnie odwrotnie. Bóg mówi: „Dam ci na imię Bóg zwyciężył, czyli ty przegrałeś, ponieważ zwyciężyłeś z Bogiem i z ludźmi”. Powstaje więc pytanie: Jak to w końcu jest? Zwyciężył czy nie zwyciężył? Otóż w tym nie do końca jasnym szczególe kryje się rzecz, która poprowadzi nas do trzeciej rzeczywistości wymagającej w nas naprawy. Pamiętasz, jak mówiłem na początku, że Pan Bóg, aby nas doprowadzić do spotkania ze sobą na pustyni, posyła nieczyste kruki, czyli mobilizuje nas do działania naszymi różnymi słabościami? O podobną rzecz chodzi również w tym fragmencie.

Wiesz, jakie było moje największe życiowe odkrycie w związku z moimi słabościami, grzechami, porażkami i nieszczęściami? W pewnym momencie zorientowałem się, że za tym wszystkim stoi Bóg. Że On jest początkiem tego wszystkiego i niejako prowodyrem, że On stoi za każdą moją wtopą. Już się tłumaczę, bo wiem, że to brzmi dość dziwnie. Nie chodzi mi tu bynajmniej o to, że jeśli grzeszę, to Bóg na mnie ten grzech wymusza. Nie. To oczywiste, że szatan mnie do tego przymusza, on ze mną walczy. Tylko jest jedno „ale”. Żeby szatan mógł to robić, Pan Bóg musi się na to zgodzić. Jednym z moich największych odkryć było dostrzeżenie, że za naszymi nieszczęściami, słabościami, grzechami, wtopami, wszystkimi najgorszymi rzeczami stoi On walczący o nas.

Przykład? Przywołam jedną sytuację z mojego życia. Gdy kilka lat temu się nawracałem, to jednym z owoców tego nawrócenia było założenie wspólnoty. Ta wspólnota funkcjonowała rok, niewiarygodnie się rozwijała, była jednym z najfajniejszych dzieł, jakie zrobiłem w życiu. W naszych strukturach zakonnych jest taka zasada, że mniej więcej po roku działania jakiejś grupy czy innej organizacji w zakonie, klasztor, przy którym to coś działa, musi to klepnąć, czyli podjąć decyzję, czy robimy to dalej, czy rozwiązujemy sprawę. Chodzi w tym o to, by zobaczyć owoce danego dzieła, jego sensowność, to, czy jest dobre i czy rzeczywiście dany klasztor chce je mieć pod opieką. Po roku działania naszej  wspólnoty, czyli de facto rok po moim nawróceniu, byłem na takim haju, że myślałem, że jestem w niebie. Działy się tam niewiarygodne rzeczy, doświadczałem w moim życiu cudu za cudem. Myślałem wtedy, że wszystko mogę, że wszystkie grzechy pokonałem, bo też rzeczywiście absolutnie wszystkie rzeczy mi wychodziły. Miałem wrażenie, że Bóg mnie nawiedził i nigdy mnie nie zostawi. Po tym roku, jak się łatwo domyślić, klasztor zlikwidował wspólnotę. Jak zgłosiliśmy ją na kapitule klasztornej, to bracia po prostu rozjechali ją walcem, całkowicie zanegowali jej sensowność, stwierdzili, że to jest w ogóle samo zło. Prowadziłem tę wspólnotę razem z takim drugim bratem, więc nas uznali za naczelnych sekciarzy świata. To było naprawdę jedno z najgorszych doświadczeń mojego życia, bo zrobili mi to bracia, których lubię, niektórych nawet kocham i ufam im, bo są moimi braćmi i żyję z nimi. I właśnie oni doprowadzili do totalnego rozwalenia tego, co zrobiliśmy. Miałem wtedy myśl, żeby w ogóle wystąpić z zakonu, bo jeśli tak ma to funkcjonować, że robię dobre rzeczy, a moi bracia mi to kasują, to to jest chore i chcę zniknąć stąd.

Co było dalej? Mniej więcej rok po tym wydarzeniu, po tym zlikwidowaniu wspólnoty, modliłem się wieczorem i miałem coś à la objawienie, tzn. nie było to prawdziwe objawienie lub jakaś mistyczna rzecz. Tylko modląc się, miałem takie przekonanie, jakbym widział twarz Pana Jezusa (chociaż oczywiście nie widziałem żadnej twarzy), która na mnie patrzy z takim mocno szelmowskim uśmiechem, lekko drwiącym, ale tak kochająco-drwiącym, z nieco delikatnym politowaniem i przymrużonym okiem i mówi: „To Ja”. A ja na to: „Co Ty?”. On: „To Ja”, ja z kolei: „Wiem, że to Ty, ale co TY?”. Jezus: „Ja to zrobiłem”. „Co zrobiłeś?”, „No Ja rozwaliłem tę wspólnotę”. Ja mówię:

„Jak rozwaliłeś? Przecież to nie Ty, to oni - ohydni, grzeszni, przebrzydli, straszni bracia, którzy wiary nie mieli, dobra w sercu i Ducha Bożego w sobie, to oni wszystko zmietli”. A Jezus: „Nie, to Ja”. To był taki moment w moim życiu, kiedy już po roku  rozpaczy i niezrozumienia byłem w fazie przebaczenia moim braciom. Nagle jednak usłyszałem, że choć jestem gotowy wszystkim przebaczyć, to okazuje się, że nie mam w ogóle komu przebaczać. Mówiłem wtedy Jezusowi: „Jak to Ty? Przecież to niemożliwe, żebyś Ty zrobił zło”. On na to: „Oczywiście, że to oni, w znaczeniu, że to była słabość tych Twoich braci. Ale Ja to wziąłem, Ja się tym posłużyłem”.

Dla mnie to wydarzenie było jednym z najbardziej uwalniających doświadczeń życia. Wtedy zrozumiałem, że cokolwiek się dzieje, stoi za tym Bóg, który próbuje mnie uratować. Gdyby bowiem tamta wspólnota się nie rozwaliła, nie byłbym dziś w tym miejscu, w którym jestem, czyli prawdopodobnie nigdy nie zostałbym wędrownym kaznodzieją, a to jest jedno z moich najgłębszych powołań. Pewnie przez następne trzydzieści lat zajmowałbym się tą wspólnotą, bo musiałbym ją budować, rozwijać i zaangażować się. Pan Bóg jednak wiedział, co jest największym pragnieniem mojego serca, że tak naprawdę pragnę być włóczęgą, wędrownym kaznodzieją. Pan Bóg mógł mnie pchnąć do takiego życia tylko dlatego, że mnie uwolnił od tej wspólnoty. Ale czy to nie stało się zbyt dużym kosztem też względem innych ludzi? Nie, ta wspólnota istnieje. Wtedy oczywiście została zamknięta, lecz odrodziła się mniej więcej po dwóch miesiącach. Działa w Krakowie, ma w tej chwili koło dwustu osób, czyli kilka razy więcej niż na początku i wszystko gra. Tylko mnie tam nie ma. I bardzo dobrze, bo ja jestem tam niepotrzebny, ponieważ moja droga jest zupełnie inna.

Po co ten przykład? Byś zobaczył, że tę walkę da się wygrać tylko wtedy, kiedy zrozumiesz, że Pan Bóg nie jest Twoim wrogiem. Jak może wiesz z moich innych konferencji czy książek, miałem taki czas, że przez kilkanaście lat byłem uwiązany w nieczystość. Przez bardzo długi czas myślałem, że Pan Bóg w związku z tym grzechem ma mnie gdzieś. Ja Go proszę, próbuję się nawrócić, chcę wyjść z tego uzależniania, a On jakby mnie w ogóle nie słuchał. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że On jest moim wrogiem, bo skoro mnie z tego nie wybawia przez kilkanaście lat, to chyba widocznie musi tak być. Dopiero dzięki tamtym doświadczeniom z rozwaleniem wspólnoty zrozumiałem, że we wszystkim, co się dzieje, czyli również w moich grzechach i wtopach, On o coś walczy we mnie. Dopiero więc wtedy, gdy zobaczysz, że za wszystkim w Twoim życiu stoi Bóg, to znaczy, we wszystkim jest Twoim sojusznikiem, że jeśli na coś się zgadza, to tylko po to, by Cię do czegoś doprowadzić, dopiero wtedy zaczniesz wygrywać.

Może jesteś strasznie uwikłany w nieczystość i mimo że żyjesz w małżeństwie, to po prostu siedzisz w Internecie i oglądasz pornografię. Może zaś jesteś tak pyszny jak Mount Everest i w ten sposób Pan Bóg próbuje Cię nauczyć pokory. I nie chodzi tu oczywiście o to, że Pan Bóg prowokuje Twoje grzechy, tylko On pozwala, żeby tak Cię kuszono. Jeśli więc masz jakieś słabości, nie zadawaj sobie pytania: Co mam zrobić, żeby ich nie mieć? Choć to pytanie jest w gruncie rzeczy sensowne i ważne. Tylko raczej zapytaj najpierw: Dlaczego mam akurat te słabości i te grzechy? Co jest we mnie takiego, że Bóg daje mi właśnie doświadczyć tej słabości? Czyli co próbuje zrobić ze mną? Ja doskonale wiem, dlaczego kiedyś pogrążyłem się w nieczystość. Wiem, z czym Bóg walczył we mnie, że pozwolił mi w to wejść. Dzięki temu On zbudował we mnie absolutnie fantastyczną rzecz, której bym prawdopodobnie nigdy nie zrobił, bo byłem za głupi i za pyszny.

Wiem, jak to brzmi. Wiem, że to trudne. Ale prawda jest taka, że wygrywasz tylko tam, gdzie w Twoich słabościach wygrywa Bóg. Na tym polega tajemnica imienia Izrael. Bóg mówi Jakubowi: „Ja cię zraniłem, zwichnąłem Ci biodro, czyli Ja doprowadziłem, że masz tę słabość, ale dzięki temu, że ty przegrałeś, Ja wygrałem, czyli ty wygrałeś”. Tu także jest odpowiedź na pytanie, dlaczego zły gryzie tam, gdzie Cię gryzie. Jeśli szatan uderza Cię gdzieś, to znaczy że masz w tym miejscu najważniejszy potencjał swojego życia. Mówiłem już o tym szerzej w książce „Garnek strachu”, że zły nigdy nie uderza w drobnostki, w nieważne rzeczy. Wbrew pozorom on bardzo pomaga nam w rozeznawaniu duchowym. Jeżeli więc szukasz w sobie tego, co cenne i ważne, zadaj sobie pytanie o to, gdzie najbardziej grzeszysz. Ponieważ zły, wiedząc, że tam są Twoje najlepsze rzeczy, właśnie tam uderza. Wie bowiem, że jak je rozwali, to zniszczy też Ciebie, bo doprowadzi do ruiny to, kim naprawdę jesteś. Tam, gdzie czujesz się mocny i pewny, zły nie uderza, co znaczy że prawdopodobnie ta przestrzeń w Tobie to rzecz absolutnie bezwartościowa wobec tego, kim jesteś. Zły uderza tam, gdzie coś ma wartość, bo jego działanie ma jeden cel: rozpieprzyć to, co Bóg stworzył jako cudowne. Jeśli chcesz rozpoznać, gdzie są w Tobie najważniejsze rzeczy, zobacz, gdzie w Ciebie uderza zły. Jeśli chcesz zobaczyć, gdzie jest Twoje największe powołanie, zadaj sobie pytanie, czego się najbardziej boisz. Zły Cię atakuje tym strachem, żebyś tego nie zrobił, bo jak się będziesz bał, to nie podejmiesz działania i nie znajdziesz tego, kim jesteś i jakie jest Twoje powołanie. Mam świadomość, że ta logika brzmi trochę pokrętnie, ale taka jest prawda. Wszystkie najlepsze rzeczy w moim życiu są zbudowane na moich największych wtopach. Właśnie tam były ukryte moje największe zdolności i dlatego zły w nie uderzał. Zwyciężasz bowiem wtedy, kiedy przegrywasz, bo wtedy zwycięża Bóg. A kiedy On zwycięża i Ty zwyciężasz. Na tym polega Izrael i w ten sposób powstał cały naród wybrany. Eliasz, stojąc przy ołtarzu ofiarnym wobec czterystu pięćdziesięciu proroków Baala, odwołuje się właśnie do tej prawdy. To nie jest scena pokazująca moc Eliasza, który chce wybić tych wszystkich pogańskich proroków. Eliasz przechodzi tę drogę, będąc wewnętrznie w nocy, nie rozumiejąc pewnie nic, wstaje i postanawia wypowiedzieć wojnę złu, wiedząc, że cała ciemność pochodzi od Boga. On wiedział, że to Bóg go w ten sposób prowokuje do tego, żeby zmierzył się z najważniejszymi rzeczami w swoim życiu. Jeśli to zrozumiesz względem Twojego życia, to ta prawda jest tak wyzwalająca, że pomoże pokonać Ci wszystkie słabości. Naprawdę da się to zrobić. Nawet jeżeli kilkanaście czy kilkadziesiąt lat jesteś w coś uwiązany, da się wszystko pokonać. Eliasz pod tym ołtarzem przeprowadził w sobie dokładnie to, co tej pamiętnej nocy dokonał w sobie Jakub, stając się Izraelem.

Tekst pochodzi z książki Adama Szustaka OP "Projekt Eliasz. czym jest męska tożsamość?">>

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Adam Szustak OP: za twoimi grzechami stoi walczący o ciebie Bóg
Komentarze (2)
AD
~Alek Dziergas
23 maja 2020, 09:52
Nic z tego nie rozumiem
AT
~Anna Tworzowska
30 maja 2020, 09:02
Tak w skrócie : tam gdzie widzisz swoją największą słabość czy grzech, to walcz z tym, wiedząc przy tym ,że Bóg Cię kocha i jest z tobą.. I czasami Bóg dopuszcza aby coś w twoim życiu runęło, by na tych ruinach zbudować coś piękniejszego :)