„Bo jak śmierć potężna jest miłość”. To właśnie o nią chodzi w życiu
Gdyby miłość nie była wieczna, nie potrafiłabym jej zaufać. Codzienne doświadczenie uczy nas przecież, że wszystko w tym płynnym, zmieniającym się świecie ma swój kres. Kończą się zapasy kawy i mąki, kończą się pieniądze na karcie i lata studiów. Kończą się wojny i okresy zawieranego po nich pokoju. Przyjaźnie i relacje urywają się z tysiąca powodów. A co z miłością?
Wierzę, że gdy Bóg mówi: „kocham cię”, a Jego stwórcza miłość powołuje w tej samej chwili człowieka do istnienia, to w tych słowach kryje się obietnica: „będę cię kochać wiecznie”, i ostatni dzień ziemskiego życia nie będzie końcem wszystkiego. Gdyby tak przecież było, Bóg byłby nieprawdomówny. Bo czy można przez całą wieczność pozostać szczęśliwym bez tego, kogo się kocha?
Miłość, która zwycięża śmierć
Od zawsze w ludzkim sercu tli się przeczucie, że istnieje Ktoś więcej – nie przestajemy szukać znaków i dowodów Bożej obecności. Najsilniejszym z nich musi być właśnie miłość. Ona jako jedyna po prostu jest i nie potrzebuje przyczyny, by zaistnieć. Tak naprawdę zawsze i we wszystkim ostatecznie chodzi o miłość, nawet jeśli wydaje się, że chodzi o coś innego. Ona trwa u podstaw wszystkiego – jako główna zasada, fundament i motywacja, jako kamień węgielny lub kamień potknięcia.
Gdyby ludzkie życie kończyło się wraz z naturalną śmiercią, jak Bóg mógłby patrzeć na nieodwracalny kres kogoś, kogo umiłował? Czy nie chciałby na wszelkie możliwe sposoby zaprosić go do wspólnoty z sobą? Skoro my, ludzie, gotowi jesteśmy przemierzyć oceany i przenosić góry, by znaleźć się blisko tych, których miłujemy, to czy Bóg nie tęskniłby za tymi, których umiłował?
Człowiek nie jest zabawką w rękach Boga
Trudno mi wyobrazić sobie sytuację, w której po latach wspólnego wędrowania krętymi drogami życia, po intensywnym rozwijaniu relacji, ktoś tak wielki jak Bóg mógłby po prostu zrezygnować z kontynuacji tej historii i pogodzić się z jej końcem. Człowiek nie jest przecież ulubioną zabawką z dzieciństwa, którą po dorośnięciu wyrzuca się na strych. Nie jest parą starych skarpet, które po znoszeniu lądują w koszu i kupuje się nowe.
Istnienie miłości jest dla mnie dowodem na wieczność, pewnością tego, że życie nie gaśnie wraz z ostatnim tchnieniem. Gdyby śmierć była końcem, byłaby zaprzeczeniem miłości, czymś nielogicznym i absurdalnym, a sama miłość, pozbawiona przymiotu wieczności, byłaby całkowicie niegodna zaufania. Bo czy można tak po prostu przestać miłować? Gdyby istniało cokolwiek, co mogłoby położyć kres miłości, oznaczałoby to, że jest ono od niej potężniejsze. Że jest większe niż sam Bóg.
A Bóg nie bawi się człowiekiem. Człowiek nie jest dla Boga igraszką, o której się zapomina, gdy się nią nacieszy. Choć my nie raz traktujemy się nawzajem użytkowo, wykorzystując innych do zaspokajania własnych potrzeb, to w głębi duszy wciąż tęsknimy za miłością bezwarunkową. Taką, która nie stawia wymagań poza jednym: całkowitym oddaniem i wzajemnością. Tęsknimy za miłością, która kocha pierwsza i ofiaruje samą siebie w bezgranicznym darze.
„Żar jej [miłości] to żar ognia, płomień Pański. Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki. Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, pogardzą nim tylko” (PnP 8,6-7).
Olena Tkaczuk


Skomentuj artykuł