Kto nie zasługuje na moją miłość?
Największym zagrożeniem dla Kościoła nie jest moralny upadek niektórych księży, lecz bluźniercza teologia rozwijająca się w coraz liczniejszych środowiskach katolickich promujących przemoc i obojętność na ludzką krzywdę. Najwięksi szkodnicy czają się w łonie samego Kościoła. Są obecni w przestrzeni medialnej i mówią, kogo nie należy kochać: Żydów, uchodźców, homoseksualistów, wyznawców islamu…
Jeśli uważamy, że ktoś nie zasługuje na naszą miłość, patrzymy na niego lub na nią oczami wroga rodzaju ludzkiego. Nie muszę chyba przypominać, kogo Biblia tak nazywa. U progu Nowego Roku, chcę stanowczo i z przekonaniem oświadczyć, że ta bluźniercza ideologia nie przejdzie.
Pewnemu znawcy prawa opowiedział Jezus przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, którą wszyscy dobrze znamy. Opowiedział ją w odpowiedzi na pytanie pobożnego człowieka, któremu trudno było zrozumieć, że znienawidzony przez niego Samarytanin mógł uczynić coś dobrego. Na koniec Jezus pyta go: Kto twoim zdaniem okazał się bliźnim wobec tego biedaka pozostawionego na drodze? Znawca prawa, uchodzący w Izraelu za autorytet, nie odpowiada: Samarytanin! Nie jest w stanie wymówić słowa, które kojarzy mu się z ohydnymi heretykami, jakimi byli w jego oczach Samarytanie. Mówi więc: „Ten, który okazał mu miłosierdzie”. Jest szansa, że morał przypowieści dotarł do niego: Idź i czyń podobnie. Stań się bliźnim wobec każdej osoby, która jest w potrzebie. Czy do dzisiejszych przemądrzałych katolików to dotrze? Napisałem „przemądrzałych”, bo mam na myśli tych, którzy uważają, że wiedzą lepiej niż papież.
Ks. Andrzej Draguła w swojej najnowszej książce „Ekstaza miłosiernego Samarytanina” rozprawia się z koronnym argumentem zwolenników pomagania tylko „swoim”, „bliskim” i w żadnym wypadku obcym. Powołują się oni na ordo caritatis (porządek miłości) dla uzasadnienia odmowy udzielenia pomocy potrzebującym tylko dlatego, że są nietutejsi lub wyznają inne religie.
„To jasne, że nie da się pomóc wszystkim w takim samym zakresie i w tym samym momencie – pisze ks. Draguła. Może się zdarzyć, że w kolejce po moją miłość stanie cały szereg osób nie tylko w różnym stopniu bliskości, ale również o różnej skali potrzeb. Co więcej, ten stojący najbliżej mnie może wcale nie być tym najbardziej potrzebującym. Kogo wybrać? Jakimi kryteriami się kierować?” Czy ostatecznym kryterium decydującym o pierwszeństwie udzielenia komuś pomocy są więzy krwi?
Św. Augustyn, od którego św. Tomasz z Akwinu zaczerpnął ideę „porządku miłości”, oprócz kryterium bliskości „wprowadza drugie kryterium, jakim jest skala potrzeb”. Jego zdaniem trzeba brać pod uwagę oba kryteria. Również św. Tomasz uzupełnił swoją koncepcję o to drugie kryterium i pisze, że są sytuacje, gdy „bardziej należy pomóc obcemu, znajdującemu się w wielkiej potrzebie, niż własnemu ojcu, nie będącemu w tak wielkiej potrzebie” (Suma teologiczna, t. 16: Miłość, II-II qu. 31, art. 3, dz. Cyt., s. 142n). Krążąca więc w mediach interpretacja „porządku miłości” jest wielce zmanipulowana na potrzeby polityczne.
Papież Franciszek wielokrotnie przypominał, że chrześcijańska miłość nie może być ograniczona wyłącznie do „swoich”. „Ordo caritatis nie rozgrzesza z egoizmu” – pisał w lutym zeszłego roku w Tygodniku Powszechnym ks. Adam Boniecki. Idea św. Tomasza nie usprawiedliwia braku solidarności z cierpiącymi, nawet jeśli żyją za siedmioma górami i za siedmioma lasami. W zglobalizowanym świecie coraz łatwiej okazać taką solidarność. Nawoływanie do obojętności wobec potrzebujących, którzy nie są Polakami ani katolikami, bo my też mamy swoje potrzeby, nie mieści się w chrześcijańskim podejściu do życia.
Miłość nie potrzebuje żadnych uzasadnień narodowych, czy racji religijnych, o czym przypomniał również papież Leon XIV w swojej katechezie na temat przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Miłość jest większa nie tylko od więzi narodowych, ale nawet od wiary (por. 1 Kor 13,13). I oby nikt nie uzurpował sobie nigdy prawa do decydowania, kto zasługuje, a kto nie zasługuje na miłość. Każdy pragnie być kochany i każdemu się miłość należy. Pozwólmy się kochać i kochajmy. Tego sobie i wszystkim czytelnikom życzę w Nowym 2026 roku.
Skomentuj artykuł