Po kazaniu miałam iść do zakrystii i powiedzieć, co myślę. Wtedy usłyszałam: ale ten ksiądz niesamowicie spowiadał

Po kazaniu miałam iść do zakrystii i powiedzieć, co myślę. Wtedy usłyszałam: ale ten ksiądz niesamowicie spowiadał
Fot. Christian Harb / Unsplash

Wrzesień jest często miesiącem nowych ludzi. Nowa wychowawczyni, nowy katecheta, nowy trener, a w wielu parafiach po wakacyjnych przeniesieniach - także nowy wikary. Wszyscy oni przez najbliższe tygodnie będą w naszych głowach jakoś oceniani na podstawie kilkunastominutowych próbek.

Kilka tygodni temu przy okazji wakacyjnych wojaży byliśmy całą rodziną na Mszy w przypadkowej parafii, którą napotkaliśmy na naszym szlaku. Ewangelia była tego dnia o chodzeniu po jeziorze - na pewno kojarzycie: łódź daleko od brzegu, przeciwny wiatr, ciemna noc i uczniowie, którzy ze strachu krzyczą, bo biorą Jezusa za zjawę. No i to jedno zdanie, do którego tak często wracam w swojej codzienności i traktuję nierzadko jak ostatnią deskę ratunku: „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!" (Mt 14, 27).

DEON.PL POLECA


Kazanie trwało trzynaście minut. Wiem, bo w pewnym momencie zaczęłam liczyć. Przez te trzynaście minut ani razu nie usłyszałam słowa “Jezus” ani „odwagi", za to dość dokładnie, kogo i czego mam się dzisiaj bać (w telegraficznym skrócie: “ruskich”, uchodźców i - tu zaskoczenie - polityków). Wyszłam z tej Eucharystii bez pokoju w sercu, za to z podniesionym ciśnieniem.

Usiadłam w samochodzie na parkingu i biłam się z myślami. Zakrystia była kilkanaście metrów dalej. Miałam gotowe zdania, ułożone w kolejności, uprzejme mniej więcej w takim stopniu, w jakim potrafię być uprzejma po trzynastu minutach straszenia i podsycania stereotypów w kościele. Ale nie poszłam. Powstrzymała mnie ewangelia - dokładnie ta, która wybrzmiała w minioną niedzielę (Mt 18, 15-19). “Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie…” - słyszałam w serduchu. Brat.

W tamtym momencie, w tamtej parafii ten ksiądz nie był dla mnie bratem - zalana sosem irytacji nie potrafiłam dostrzec żadnej relacji, która nas łączy. I od strony bardzo ludzkiej, życiowej - tej relacji rzeczywiście nie było i najpewniej nigdy nie będzie. Nie znam tego kapłana i najpewniej nigdy więcej nie poznam. Nie wiedziałam, skąd jest, co go ukształtowało, czego się boi ani kto go tak nauczył mówić do ludzi. Wiedziałam o nim dokładnie tyle, ile można wiedzieć o kimś, kogo się słuchało kwadrans. I dlatego niemal na pewno nie udałoby mi się powiedzieć mu tego, co myślę, tak, żeby w moim słowie wybrzmiała miłość.

To słówko “brat” zawsze jakoś skutecznie stawia mnie do pionu. Przypomina mi, że upominać z miłością dam radę tylko tych, których naprawdę kocham i z którymi jestem blisko. Na tyle blisko, że mam świadomość, że “jutro” znowu siądę z nimi przy rodzinnym stole. Wtedy „brat" nie jest “jakimś tam” człowiekiem. Ma konkretną twarz, historię, wady i zalety. Wiem, w którym miejscu jest miękki i którego zdania nie udźwignie. Wiem, do kogo i jak mogę się zwrócić, żeby go zbudować. Wiem, że i on mnie zna i razem meblujemy nasz kawałek ziemi.

W tej Ewangelii pada też jasne stwierdzenie, że jeśli upomniany w cztery oczy człowiek cię posłucha, to “pozyskasz” brata. Cel jest zatem jasny: upominanie ma prowadzić do zbudowania, umocnienia, do czegoś twórczego. Przypomina mi to badanie, o którym dawno temu czytałam na studiach. Zespół Davida Yeagera i Geoffreya Cohena dał nastolatkom krytyczne uwagi do wypracowań. Wszystkim tę samą krytykę, tak samo szczegółową i tak samo niewygodną. Części uczniów dołożono do niej jedno zdanie: “daję ci te uwagi, bo mam wysokie wymagania i wiem, że jesteś w stanie im sprostać”. To jedno zdanie zmieniało wyniki. Krytyka była w obu grupach identyczna, ale sygnał “relacji” doklejony do krytyki - informacja, że mówi to ktoś, kto trzyma twoją stronę - działał budująco i rozwijająco dla nastolatka.

Fakt jednak jest taki, że zdanie oparte na relacji jest prawdziwe (weryfikowalne) tylko wtedy, gdy taka relacja rzeczywiście jest. Można je dołączyć do uwagi dla swojego dziecka, przyjaciółki, męża, kogoś ze wspólnoty, z kim się siedzi na spotkaniach od pięciu lat. Niekoniecznie do przypadkowego księdza, dla którego jestem obcą twarzą w tłumie i który nie ma powodu sądzić, że to, co mu mówię, mówię po to, bo wierzę, że jest w stanie głosić kazania o dobrej nowinie, a nie o strachu.

Do zakrystii zatem nie poszłam, ale kiedy dzieci zapakowały się do auta, byłam już gotowa do matczynego komentarza. Miałam zamiar sprostować kazanie - właściwie wygłosić własny komentarz do Ewangelii - po swojemu, żeby usłyszały tego dnia choć trochę dobrej nowiny. Jednak ledwo ruszyliśmy spod kościoła, gdy jedno z starszych odezwało się z tylnego siedzenia:

- Jejku, ten ksiądz, co mówił kazanie, to niesamowicie spowiadał.

Zamknęłam buzię w ciup i nastawiłam uszu.
- No naprawdę z taką uwagą to mnie dotąd żaden ksiądz nie słuchał! I nawet mi naukę powiedział, a nie zwykłe: zmów zdrowaśkę i idź! Takie fajne rzeczy mi powiedział, że w sumie to było zaskakujące, że można tak na Pana Jezusa patrzeć, wiecie?

Dość szybko okazało się, że w konfesjonale ten sam kapłan, który przez trzynaście minut straszył ludźmi, pozwolił naszemu dziecku spotkać się z Jezusem czułym, miłosiernym i bliskim. Tym, o którym z ambony nie powiedział ani słowa.

Wrzesień jest często miesiącem nowych ludzi. Nowa wychowawczyni, nowy katecheta, nowy trener, a w wielu parafiach po wakacyjnych przeniesieniach - także nowy wikary. Wszyscy oni przez najbliższe tygodnie będą w naszych głowach jakoś oceniani na podstawie kilkunastominutowych próbek - pierwszego zebrania, pierwszej katechezy, pierwszego kazania.

Staram się raz po raz upominać samą siebie, że lista ludzi, których mogę albo powinnam upominać i obdarzyć trudniejszym słowem, jest zawsze krótsza, niż mi się wydaje. Nie ma na niej ani jednego przypadkowego księdza z przypadkowej parafii, nie ma na niej polityków, których wypowiedzi czytam, ani kobiety z parkingu przed szkołą, która zaparkowała, jak zaparkowała. Zajęło mi trochę czasu, zanim przestałam odbierać tę listę jako ograniczenie. To raczej ulga, że nie muszę mieć zdania gotowego do wygłoszenia na temat wszystkich. I siła, bo słowo, które wypada z moich ust czy spod moich palców na klawiaturze - ma moc budować, wzmacniać, rozwijać w drugim miłość i dobro. I to nie jest tekst o tym, że mamy milczeć, gdy widzimy zło. To jest o tym, by patrzeć na świat oczami Jezusa, który każdemu z nas w intymności raz po raz mówi “i ja ciebie nie potępiam” (J 8,11).

DEON.PL POLECA

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Monika Szubrycht

To, że jesteśmy mniejsi, nie oznacza, że nasze problemy również takie są.

Dzieci. Doświadczają odrzucenia, chorują na depresję, zaburzenia lękowe, samookaleczają się, targają się na własne życie. One równie mocno, co dorośli, doświadczają kryzysów psychicznych....

Skomentuj artykuł

Po kazaniu miałam iść do zakrystii i powiedzieć, co myślę. Wtedy usłyszałam: ale ten ksiądz niesamowicie spowiadał
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.