Skolim nie jest dla dzieci! Nie umiem zrozumieć dorosłych, którzy nie widzą w tym problemu

Skolim nie jest dla dzieci! Nie umiem zrozumieć dorosłych, którzy nie widzą w tym problemu
Fot. Depositphotos.com

Kiedy Państwowa Komisja do spraw przeciwdziałania pedofilii pisze o zachowaniach seksualizujących relacje społeczne, nie chodzi o jedno nagranie z festynu z udziałem Skolima. Chodzi o to, że dziecko przebywa wśród ludzi, którzy słuchają, tolerują, akceptują i swoim zaangażowaniem (np. śpiewaniem) dają mu znać: to jest dobre, to jest wartościowe, właśnie tak warto żyć. I złoszczą mnie ludzie, którzy nie rozumieją, że dziecko, które z każdej strony słyszy "utwór" o “robieniu jej na ladzie, bo lubi rzeczy po**bane", nasiąka jak gąbka zwykłym szambem. A chłopiec, który od małego słyszy, jak się rozkłada nogi dziewczyny na blacie, dostaje bardzo precyzyjną informację o tym, do czego dziewczyna służy. Nie umiem zrozumieć dorosłych, którzy nie widzą w tym problemu.

Minęły wakacje. Przez te dwa miesiące moje dzieci - te, które czytają już samodzielnie - przeczytały razem 40 książek, wybudowały w lesie małą wioskę, wydawały pisany ręcznie dziennik dziecięcy, przeprowadziły olimpiadę, grywały dla rodziny liczne koncerty z autorskim repertuarem i dzielnie (co nie znaczy “z ochotą”) pełniły dyżury: sprzątania, zmywania, gotowania, pomocy przy domowych pracach porządkowych i w opiece nad najmłodszym rodzeństwem. Piszę o tym nie tyle, by się chwalić (choć - dla jasności - jestem z naszych dzieci bardzo dumna i z zachwytem obserwuję, na jak kapitalnych młodych ludzi wyrastają), ale przede wszystkim dlatego, że przez całe wakacje raz po raz słyszałam jedno pytanie. Zadawali je znajomi, sąsiedzi i ludzie napotkani przypadkiem na trasie podczas naszych rodzinnych eskapad: jak wy to robicie, że wasze dzieci są takie kreatywne i kulturalne? I pewna “akcja” z minionego tygodnia sprowokowała mnie, by wreszcie na to pytanie postawić jednoznaczną odpowiedzieć.

Bo tak naprawdę wcale nie potrzeba wiele, by tak wychować dzieci. Nie mam złudzeń, że posiadam jakiś genialny patent na wychowanie. Nie posiadam. To, jakie nasze dzieci są, jest wypadkową wielu rozmaitych czynników. Są jednak rzeczy, które w naszej rodzinie ewidentnie się sprawdzają i które - uważam - mają zasadniczy wpływ na to, że głowy naszych dzieciaków są pełne pomysłów, a ich zachowanie społeczne budujące. Po pierwsze, żadne z naszych dzieci nie ma własnego smartfona ani swobodnego dostępu do internetu. Po drugie, jako rodzice dokładamy wszelkich starań, żeby nasze dzieci otaczało to, co piękne, mądre i szlachetne.

Zaznaczę przy tym rzecz, która w tym tekście będzie ważna: nasze dzieci chodzą do placówek publicznych. Mają tam aż nadto okazji, żeby nasłuchać się wulgaryzmów, prościutkich bitów typowych dla współczesnej muzyki popularnej i tekstów, od których więdną uszy. Wiem, z jakimi paskudnymi treściami obcują i wiem, jaką nieraz toczą walkę, żeby pewnych słów nie używać, choć im się cisną na usta. Wiem też bardzo dobrze, ile dziś trzeba rodzicielskiej determinacji i wysiłku, żeby w dziecku zaszczepić chęć do czytania, słuchania czy oglądania wartościowych rzeczy. To, co wartościowe, nie działa przecież jak landrynka wrzucona do buzi - nie daje nagrody w trzy sekundy. W przeciwieństwie do zdecydowanej większości treści, które bombardują dziś dziecięce zmysły. A te treści bywają doprawdy rozmaite…

Najświeższa jest w tym temacie afera ze Skolimem. Najpierw sieć obiegły nagrania z letnich imprez plenerowych, na których Skolim - czyli Konrad Skolimowski, nazywany „królem latino" - wykonywał w otoczeniu dzieci na scenie utwór „Kamikaze". Utwór o piciu shotów i o tym, co zrobi kobiecie na blacie. Wokalista w otoczeniu dzieci zachęcał je do śpiewania swojego hitu, wysilać się nie musiał, bo dzieci jego hit znały na pamięć i z uciechą wyśpiewywały na scenie do mikrofonu. Na relacje z tych wydarzeń zareagowali niektórzy psychologowie, psychiatrzy i ludzie kultury. Potem Kancelaria Prezydenta ogłosiła, że Skolim wystąpi w Juracie na wydarzeniu „Przyszłość.pl" - dwudniowym spotkaniu prezydenta z młodymi ludźmi w wieku od 18 do 26 lat, zaplanowanym na końcówkę sierpnia.

Z apelem o odwołanie tego koncertu wystąpili Anna i Adam Weberowie, wykształceni muzycy, twórcy aplikacji Pomelody, rodzice trzech synów. Do apelu przyłączyła się Państwowa Komisja do spraw przeciwdziałania pedofilii, pisząc o legitymizowaniu zachowań seksualizujących relacje społeczne. Sekretarz stanu w Kancelarii odpowiedział jednak, że młodzi ludzie lubią czasem muzykę rozrywkową, „być może lekko pikantną". Koncert się odbył, a nagrania z niego trafiły już na oficjalny profil prezydenta. Skolim wystąpił przed dorosłymi ludźmi i w tym momencie to jest już rozmowa o wizerunku urzędu, nie o wychowaniu.

Chcę natomiast odnieść się - z pozycji kobiety i matki - do kilku argumentów, które w tej dyskusji pojawiały się notorycznie, a uważam je za wyjątkowo szkodliwe.

„Przecież ja też śpiewałam mydełko Fa, kiedy byłam dzieckiem". To jest argument, który w różnych dyskusjach na temat muzyki puszczanej dzieciom, jakie toczę w przedszkolu i szkole, słyszę bardzo często. “Kto z nas nie śpiewał za dzieciaka Mydełka Fa?! Jak miałam sześć lat, to śpiewałam i proszę, nic mi się złego nie stało”. Krótko mówiąc, nie ma co przesadzać, kilkulatek i tak nie analizuje tekstu. Jako matka czwórki dzieci z całą pewnością mogę powiedzieć: no, moje dzieci analizują. Nawet całkiem dogłębnie. A nawet jeśli w trakcie śpiewania piosenki dziecko nie poświęca godzin namysłu nad refleksją dotyczącą podmiotu lirycznego w danej piosence, to nucąc ją dzień po dniu nasiąka bardzo konkretnym słownictwem i bardzo konkretnymi przekonaniami. Rzecz też w tym, że kiedy ja dziecięciem byłam, owo słynne „Mydełko Fa" docierało do mnie na festynie raz na jakiś czas i obijało się o uszy w jednym programie w TV, który oglądała babcia.

Ale dziś dzieciaki zewsząd otacza huk brain rotów, a dostęp do treści, które jeszcze dwadzieścia lat temu uważaliśmy za “tylko dla dorosłych” jest - nomen omen - dziecinnie prosty. Problem z argumentem “za moich czasów” jest więc taki, że owszem, ja też śpiewałam “mydełko fa”, ale jednocześnie w domu, w kościele, w telewizji, w kinie obcowałam z kulturą i sztuką wysoką. Wymagano ode mnie wysiłku jej rozumienia i oczekiwano (społecznie!), że będę Mickiewicza przynajmniej znać i próbować zrozumieć.

Dziś zmienił się drastycznie zasięg ekspozycji i dawkowanie, jakim bombarduje się młodych ludzi treściami, które nie wymagają od nich nic oprócz biernego chłonięcia, a przyzwyczajają do papki, wulgarności i obsceniczności. Proste przekazy płyną bez przerwy, wprost do ucha, w słuchawkach, o dowolnej porze, a wielu rodziców wciąż nawet nie próbuje weryfikować, co dziecko czyta czy ogląda w internetach. Z prezentowanego w Sejmie raportu „Internet dzieci 2026", przygotowanego przez Fundację Instytut Cyfrowego Obywatelstwa razem z Gemiusem i Polskimi Badaniami Internetu, wynika na przykład, że do najpopularniejszych kanałów, jakie odwiedzają kilkulatki, należy serwis pornograficzny. Badanie to oparto nie na ankietach, tylko na ruchu rejestrowanym bezpośrednio na urządzeniach! Krótko mówiąc, nikt tam niczego o sobie nie deklarował i nie było miejsca na wstydliwe zaniżanie odpowiedzi.

Dostaliśmy twardą statystykę, z której wynika, że serwis pornograficzny zajął drugie miejsce zaraz po wyszukiwarce Google wśród stron najczęściej odwiedzanych przez dzieci w wieku od 7 do 14 lat na telefonach.Wyżej niż Librus. Wyżej niż YouTube. Te same dzieci spędzają w sieci średnio cztery godziny i dwadzieścia pięć minut. Dziennie! (I dla jasności - udział treści edukacyjnych w tym czasie wynosi 1%).

Kiedy więc Państwowa Komisja do spraw przeciwdziałania pedofilii pisze o zachowaniach seksualizujących relacje społeczne, nie chodzi o jedno nagranie z festynu z udziałem Skolima. Chodzi o to, że dziecko przebywa wśród ludzi, którzy słuchają, tolerują, akceptują i swoim zaangażowaniem (np. śpiewaniem) dają mu znać: to jest dobre, to jest wartościowe, właśnie tak warto żyć. I przyznam, że złości mnie, gdy czytam wypowiedzi tego typu padające z ust osób, które własnych dzieci nie mają. Nie rozumieją, że dziś dziecko o “robieniu jej na ladzie, bo lubi rzeczy pojebane” słyszy nie raz na festynie. Słyszy to dzień w dzień w szkole, gdzie śpiewają lub puszczają to młodzi fani Skolima i innych tego typu “twórców”, słyszy to w środkach komunikacji miejskiej, w strumieniu dźwięków w uszach i na koncertach u prezydenta. Wpada na to raz po raz w internetach, potyka się w tzw. książkach dla młodzieży, które w dużej mierze pełne są seksu i przedmiotowego traktowania drugiego człowieka (a kategoria “young adult” spokojnie trafia w ręce 10-latek). Te czytadła polecają na TikTokach znani i lubiani influencerzy, a jak nawet dziecko ich nie czyta, to spokojnie, na pewno na Netfliksie jakiś “pikantny” serial “dla młodych” znajdzie. A że ten młody ma 7 lat i umysł jak gąbka - to nasiąka. Bardzo szybko nasiąka szambem.

Psychologowie opisują od dawna efekt ekspozycji. Im częściej coś słyszymy, tym bardziej wydaje się nam naturalne - tak właśnie działa to w praktyce. Co więc dziś słyszy nagminnie dziecko? Że warto się uczyć? Że warto ciężko pracować? Że warto kochać bliźniego? Że warto być wiernym, uczciwym, odpowiedzialnym? Nie. Czy młodzi ludzie marzą o karierze naukowej, służbie innym, zakładaniu rodzin? Nie. Dzieci marzą, by być influencerami, zwiedzać świat i zarabiać bajońskie sumy. W Wielkiej Brytanii nabiera właśnie tempa inna afera: znana z treści pornograficznych platforma ruszyła z ofensywą medialną skierowaną m.in. do młodych kobiet. Czy zachęcają w spotach i na billboardach do rozbierania się? Nieee. Skądże. Tylko pokazują, że “nie musisz harować w biurze 9 godzin; wystarczy, że założysz u nas kanał i jako twórczyni szybko zarobisz na spełnianie marzeń”. Krew mnie zalewa na taką perfidię! Ale skoro w Polsce kilkuletnie dzieci śpiewają przy niedzielnym festynie “Łapię Cię za biodra, jakbyś była moja/ Odłóż do torebki już tego iPhone'a/ Czemu jestem królem? Zaraz się przekonasz/ Pozycje przeróżnе i nie będzie to misjonarz” - i ani rodzice tych dzieci, ani autor tego przekazu, ani Kancelaria Prezydenta nie widzą w tym problemu, to wybaczcie, myślę, że niejedna trzynastolatka uzna influencerską karierę na pornograficznym kanale za szczyt swoich marzeń. Przecież taką mamy normę, przecież “wszyscy tak robią”, prawda

W dyskusjach wokół twórczości promowanej przez Skolima padało też sakramentalne: przecież on nie tworzy dla dzieci. To muzyka dla dorosłych, a jeśli dzieci trafiają na jego koncerty, to wina rodziców. Naprawdę nie tworzy dla dzieci? Wy tak serio myślicie, że te kilkulatki to nie jego “target”? Hmmm… Wejdźmy więc na stronę oficjalnego sklepu tego artysty. Nie tworzy rzekomo dla najmłodszych, ale - dziwne! -  znajdziemy tam i zakładkę dla dzieci, i zakładkę „Artykuły szkolne". W niej: kredki ołówkowe cedrowe, plastelina, farby plakatowe, gumki do ścierania, ołówki. Jest zeszyt 60-kartkowy w kratkę, z tytułem „Kamikaze" na okładce, a jakże, i plecak szkolny „Kamikaze" za jedyne 119 zł. Tuż pod nim stringi i bokserki męskie z napisem “Wejdę/wyjdę”. Przypadek? Nie sądzę.

Przyznam, że nie wiem, jak zareaguję, gdy zobaczę jakieś dziecko, które wnosi na plecach do szkoły nazwę piosenki o blacie. Wiem jednak, co powiem własnym dzieciom - trzymajcie się od tej osoby z daleka. Bo chłopiec, który od małego słyszy, jak się rozkłada nogi dziewczyny na blacie, dostaje bardzo precyzyjną informację o tym, do czego dziewczyna służy. Dziewczynka, która to samo wyśpiewuje ze sceny do mikrofonu, dostaje informację o tym, do czego służy ona. Obawiam się, że dziecko, które od małego nasiąka tym przekazem, wyrasta na “zdobywcę" albo "rzecz” - na kogoś który jest przekonany, że ciało drugiej osoby ma mu służyć i kogoś, kto jest przekonany, że to jego ciało ma służyć. Więc nie pozostaje mi nic innego, jak ostrzegać swoje dzieci - ten młody, ta młoda rośnie z zakrzywionym obrazem relacji.

Nie umiem zrozumieć dorosłych, którzy nie widzą w tym problemu. Naprawdę nie umiem - i to jest zdanie o mojej bezradności i frustracji.

Ostatni argument, który najczęściej podnoszony jest w obronie Skolima: że to dobry człowiek, angażuje się charytatywnie i przyznaje się do wiary w Pana Boga. Dla jasności podkreślę: nie znam pana Skolimowskiego. Przyznaję, że nie znam też dobrze jego twórczości poza tym, co do mnie dotarło z owych niesławnych festynowych nagrań, i - chcę to zaznaczyć wyraźnie, choć wiem, że i tak zostanę nazwana świętoszkowatą - w żadnym stopniu nie oceniam ani jego wiary, ani jego intencji. Nie przekonuje mnie jednak argumentacja, że skoro w jego sklepie można kupić koszulkę z wizerunkiem Jezusa i napisem „Boże chroń Króla Latino", to jest to coś, co powinno zamknąć usta chrześcijańskim krytykom jego twórczości.

Proponuję za to zrobić sobie w głowie eksperyment. Wyobraźmy sobie sympatycznego księdza - powiedzmy, szefa jakiegoś lokalnego Caritasu, człowieka realnie zasłużonego, który wyremontował świetlicę, wspiera potrzebujących i wozi żywność do piętnastu wsi. Na festynie parafialnym ów ksiądz zaprasza na scenę dzieci, daje im mikrofon i śpiewa z nimi o tym, co się robi kobiecie na blacie.

Jak zareagujemy? Nie mam wątpliwości, jak. I pytanie brzmi: dlaczego świeckiemu człowiekowi sukcesu uchodzi to, za co ksiądz zostałby natychmiast wywieziony na taczkach? Ach, no tak. Bo to świecki. Świecki facet może sobie na to spokojnie pozwolić, bo przecież on w życiu nie skrzywdziłby dziewczynki, którą zachęca do śpiewania o seksie “nie na misjonarza”. Zwłaszcza, że jest bogaty i angażuje się w leczenie chorych dzieci. White/Greenwashing (wybielanie się) to znane zjawisko w świecie wielkiego biznesu. Przecież nie będziemy wymagać czegokolwiek od tych, którzy hojnie dzielą się z nami swoimi pieniędzmi!

W mojej macierzyńskiej przygodzie staram się trzymać wskazówki wyczytanej w Księdze Izajasza. Proroctwo dotyczy Emmanuela i mówi: „Śmietanę i miód spożywać będzie, aż się nauczy odrzucać zło, a wybierać dobro" (Iz 7,15). To zdanie mi przypomina, że umiejętność wybierania dobra, a odrzucania zła nie spływa na dziecko w dniu osiemnastych urodzin. Ona kształtuje się w procesie, wyrasta z tego, czym dziecko się karmi przez lata. Ja chcę być dla moich dzieci tą, która im będzie podawać na stół śmietanę i miód. Dlatego nie jest mi obojętne, co moje dzieci słuchają ani jakie wzorce promowane są w społeczeństwie. Dlatego nie pozwalam potomstwu na niekontrolowany dostęp do huku dzisiejszego świata. Dlatego uważam, że jako rodzice przez pewien okres czasu mamy największy wpływ na kształtowanie się gustu naszych pociech i staram się ten czas wykorzystać do cna - podsuwam wartościowe książki, zabieram na koncerty, ciągam po muzeach. Dlatego jestem przekonana, że czytanie, rozumienie sztuk pięknych, granie na instrumentach to kompetencje, które realnie chronią serce moich dzieci i wzmacniają ich dobrostan.

Natomiast byłoby mi dużo, dużo łatwiej, jako mamie, gdybym w swoich wysiłkach czuła realne wsparcie instytucji publicznych i systemu edukacyjnego. Tak, by zarówno od siebie, jak i od moich dzieci wymagali ogłady i wkładania wysiłku w pracę, a nie tolerowania wulgarności i przekazów wątpliwej jakości społecznej. Czy nowy rok szkolny przyniesie mi pod tym kątem jakieś miłe zaskoczenia?

DEON.PL POLECA

DEON.PL POLECA


Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Skolim nie jest dla dzieci! Nie umiem zrozumieć dorosłych, którzy nie widzą w tym problemu
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.