Słuchać zamiast potępiać – czy Kościół potrafi rozmawiać o aborcji?
W debacie sejmowej powrócił temat aborcji. Bolesny spór, dotyczący ludzkiego życia, został rozstrzygnięty głosami większości. Jeśli prezydent to podpisze, to nie zawsze pomoc w przerwaniu ciąży będzie karana i nie zawsze aborcja będzie czynem ściganym z mocy prawa. Co na to Kościół katolicki?
W Kościele nie ma miejsca na kompromis w kwestii ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Przedstawiciele Kościoła argumentują, że zniesienie sankcji karnych lub dopuszczenie aborcji z powodu wad płodu osłabia prawną ochronę najsłabszych i jest niezgodne z art. 38. Konstytucji RP, gwarantującym każdemu człowiekowi prawną ochronę życia.
Odpowiedzią Kościoła na decyzję sejmowej większości jest wezwanie do modlitwy, postu oraz wspierania inicjatyw obywatelskich na rzecz opieki nad matkami i dziećmi z niepełnosprawnościami. Pasterze podkreślają, że prawo państwowe nie zwalnia katolika z odpowiedzialności sumienia. Nawet jeśli ustawodawca dopuszcza wyjątki pozwalające na aborcję, eutanazję czy karę śmierci, to w świetle moralności chrześcijańskiej będzie to zawsze czyn zły, niegodny człowieka.
Trudno nie mieć wrażenia, że przedstawiciele Kościoła i zwolennicy aborcji mówią całkowicie różnymi językami. Co więcej, okopują się na swoich pozycjach i obrzucają coraz cięższymi kamieniami. Pytanie o to, czy Kościół potrafi rozmawiać z tymi, których zamierza przekonać, to pytanie o głęboki kryzys komunikacji. Brakuje nam przede wszystkim umiejętności słuchania.
Więcej słuchać
Wokół sporu o aborcję kościelna narracja zbyt często startuje z pozycji tonu dyrektywnego. Wierni urządzają demonstracje. Przedstawiciele Kościoła wchodzą na ambonę lub do studia telewizyjnego z gotowym zestawem dogmatów i pewnością moralną. Zapominają, że po drugiej stronie nie siedzi abstrakcyjny "wróg cywilizacji życia", lecz konkretny człowiek: kobieta w dramatycznej sytuacji życiowej, młody człowiek wychowany w świecie płynnych wartości czy osoba, dla której katolickie rozumienie "prawa naturalnego" jest po prostu niezrozumiałe. Jeśli rozmowa polega wyłącznie na recytowaniu katechizmu, przestaje być dialogiem, a staje się monologiem władzy.
Przykład jak rozmawiać daje nam w tych dniach bp Artur Ważny: „Z ogromną troską, szacunkiem i empatią pochylam się nad każdą kobietą przeżywającą dramatyczny lęk przed narodzinami swego chorego lub niechcianego dziecka. Stanowcza obrona życia najmniejszych nie oznacza znieczulicy na Wasz ból”. I gorąco apeluje do wiernych, aby „zamiast eskalować napięcie na ulicach, skierujmy naszą wspólną energię na konkretną, racjonalną pomoc dla kobiet i mężczyzn, którzy z przerażeniem stają w obliczu tragicznej diagnozy”. Ksiądz biskup zamiast wymachiwać katechizmem, podkreśla, że „musimy nieść realny ratunek zalęknionym matkom, ufając głęboko, że każdy może kiedyś zmienić swoje zdanie o aborcji”. Zapewnia jednocześnie, że modli się za wszystkie strony tego sporu. Prosi „o wzajemny szacunek, jedność i język przepełniony miłością w artykułowaniu szlachetnych postulatów. Tylko prawda głoszona z miłością ma siłę przekonywania”.
Czytając te słowa powiedziałem sobie: „To jest to! Tego nam potrzeba!” Dziękuję księże biskupie za tę wrażliwość i ewangeliczną mądrość.
Leon XIV stanowczo przeciw aborcji i dzieciobójstwu: dziecko to najwspanialszy dar https://t.co/pMnTeVsQvU
— Vatican News PL (@VaticanNewsPL) October 21, 2026
Słowa jak granat rzucony w tłum
Zbyt łatwo księża i wierni świeccy posługują się ciężkimi słowami-kluczami: „cywilizacja śmierci”, „grzech”, „morderstwo”. To jak rzucony w tłum granat, który uruchamia mechanizm obronny, zamyka dyskusję i utwierdza naszego rozmówcę w przekonaniu, że ma do czynienia z bezdusznym rygoryzmem.
W tym miejscu dochodzimy do absolutnego fundamentu każdej debaty – do wiarygodności. Jaką moc ma wiarygodność w sporze moralnym? Fundamentalną. Każda wygłaszana prawda, nawet najbardziej szlachetna, przestaje być przekonująca, gdy wypowiada ją autorytet, który stracił społeczne zaufanie. Wystarczy wspomnieć skandale obyczajowe, ukrywanie nadużyć czy zbyt bliskie alianse hierarchów z władzą polityczną. Gdy księża zabierają głos w sprawach moralności, godności i ochrony słabszych w kontekście aborcji, odbiorca nakłada na te słowa filtr grzechów instytucji. Zamiast słyszeć ewangeliczne wołanie o bezbronne życie, słyszy hipokryzję. Wiarygodności nie buduje się oświadczeniami, lecz spójnością – troską o życie wszystkich ludzi. Nie tylko dziecka poczętego. Bycie pro-life to również ochrona tych, którzy się narodzili i zmagają się z cierpieniem, samotnością, wykluczeniem, niepełnosprawnością. To troska o samotne matki szukające wsparcia, ludzi terminalnie chorych, rodziny uciekające przed wojną, a także przestępców odbywających karę więzienia, których niektórzy woleliby widzieć na krześle elektrycznym.
Kształtować sumienia i spieszyć z pomocą
Sprowadzanie troski o życie wyłącznie do upominania się o wprowadzenie zakazów prawnych sprawia wrażenie, że Kościół chce narzucić swoje racje siłą państwowego aparatu przymusu, zamiast kształtować sumienia.
Etykietowanie zwolenników opinii przeciwnej, czy sprowadzanie motywacji osób o odmiennych poglądach do złej woli i egoizmu, nie są żadnymi argumentami w dyskusji. Abp Adrian Galbas powiedział przed rokiem, że jeśli rodzice decydują się na aborcję to „nie świadczy to o tym, że są współczesnymi Herodami lub innymi zbrodniarzami. Częściej świadczy to po prostu o bezradności i poczuciu, że życie ich przerosło”.
Bardziej niż wieców sprzeciwu potrzebujemy zaangażowania katolików w budowanie hospicjów, domów samotnej matki, wspieranie dzieci z niepełnosprawnościami. Nie potrzeba tu wielkich słów. Służebna rola Kościoła jest najlepszą odpowiedzią na ludzkie dramaty, również dramaty kobiet, który decydują się na dokonanie aborcji.
Czas, w którym Kościół mógł dyktować warunki debaty moralnej z pozycji niekwestionowanego autorytetu, bezpowrotnie minął. Jeśli chcemy przekonać ludzi do głoszonej przez nas wizji świata, musimy zejść z cokołu i nauczyć się sztuki cichej, cierpliwej i pełnej szacunku rozmowy. Wykazać zrozumienie dla tragizmu niektórych ludzkich wyborów. I przede wszystkim nie zostawiać ludzi samych z ich lękiem i bólem. Zamiast wołać na wiecach „będziesz się smażyła w piekle”, bądźmy gotowi na szczere zobowiązanie: „jesteśmy tu, aby pomóc ci unieść ten ciężar”.


Skomentuj artykuł