Tym kłamstwem zły uwielbia nas mamić
Niedziela. Słucham podsumowania minionego roku z perspektywy naszego proboszcza. Uśmiecham się w duchu, bo brzmi to w sumie jak litania wdzięczności, a przecież, jak ktoś w tej parafii żyje w środku, to wie, że trosk i trudów mu nie brakuje. W jego wypowiedzi nie ma jednak "malowania trawników", tylko bardzo ludzkie, mądre i wyrozumiałe postawienie akcentu. Słyszę w jego wypowiedzi wielkie pragnienie: "chcę, byście się czuli w tym kościele jak w domu i wiem, że proste >dziękuję< łatwiej dociera do serc niż miliony >proszę<". Od razu staje mi przed oczami bożonarodzeniowa liturgia w moich rodzinnych stronach. Dlaczego?
Przez dziesięciolecia moja rodzinna parafia - mówię to z bólem serca - była duszpasterską pustynią. Trochę taki klasyk tematu - mieliśmy szczęście do proboszczów, którzy byli sprawnymi administratorami nieruchomości, ale nie zawsze byli w stanie wykazać się talentami i/lub chęciami, by z równie zadzierżystą energią, co o fizyczne mury świątyni, dbać o serca swoich parafian. W efekcie ludzi było coraz mniej - część szukała swojego miejsca w sąsiednich kościołach, a część po prostu przestała chodzić gdziekolwiek. Aż do minionego roku, gdy proboszczem został pewien misjonarz. I chyba to jego misjonarskie doświadczenie przynosi właśnie fantastyczne efekty. Stery parafii przejął bowiem kapłan, który z całą pewnością nie jest "drugim o. Szustakiem", jeśli idzie o talenty kaznodziejskie, ale ma ogromne serce do ludzi i empatyczne podejście do nich. Słucha bliźniego z uwagą, obserwuje, serdecznie zaprasza do rozmaitych inicjatyw i jest blisko swojego stada (a przynajmniej takie opinie o nim do mnie docierają, gdy odwiedzam rodzinne strony). "To musi być właśnie to!" - pomyślałam wielokrotnie w bożonarodzeniowym okresie, gdy do komunii przystępowały niespotykane tłumy, a wśród osób klęczących ze mną przy balaskach, rozpoznawałam twarze mężczyzn, których w życiu bym się w świątyni w perspektywie najbliższej dekady nie spodziewała.
I to mi nasunęło jedną myśl. Aktualną - jak sądzę - w życiu wielu z nas. Podstępny podszept "tu już nic się nie da zrobić", "na tej glebie nic nie wyrośnie", "w moim życiu nic się nie zmieni" jest od wieków niezwykle skutecznym i powszechnym orężem złego. Jadem, który dzień w dzień sączy nam przy uchu. Skutecznym, bo bardzo często bardzo mocno osadzonym w racjonalnych przesłankach. Powszechnym, bo przejawia się w naszych rozmaitych postawach: od "nie ma co z nimi gadać", przez "i tak nie mam na to wpływu", po sakramentalne "zawsze tak było". Echa tego podszeptu niosą się szeroko i w kryzysach małżeńskich, i w chorobach, i w relacjach z dziećmi, i na polu zawodowym czy duchowym. Jejku! Ilu z nas nie ulega pokusie tej postawy, gdy myśli o swoich grzechach czy większych czy mniejszych uzależnieniach?! I tak, owszem, często obiektywnie człowiek nie ma wpływu na rozwiązanie swoich problemów. Ale ... czy my, chrześcijanie, nie jesteśmy przypadkiem wezwani do tego, by być ludźmi nadziei mimo wszystko? Do szerszego patrzenia na swoje życie? Do twórczego odkrywania jego potencjału?
Kiedy czytam Pismo Święte zawsze mnie równie zachwyca, co przeraża ta pełna paradoksów i dynamiki dobra nowina, którą przyniósł Jezus. On, ciągle w ruchu, ciągle w rozmaitych relacjach, ciągle reagujący na rozmaite potrzeby innych - jest dla mnie widocznym znakiem, że nasz Bóg jest Bogiem nieustannych zmian, afirmacji procesów i rozwiązań przekraczających wszelkie podziały i mury. Kiedy raz po raz odkrywam w sobie pokusę, by podążyć za myślą - "tutaj już nic się nie da zrobić", myślę o tych wszystkich wydarzeniach, gdy dzięki Jego prowadzeniu zmieniło się wszystko. Owszem, nie zawsze zmieniły się zewnętrzne okoliczności, ale czasem wystarczyło, że to ja zaczęłam na daną sytuację patrzeć z innej, bardziej Bożej strony.
Są takie sytuacje, że bez łaski wiary nie zobaczy się w nich ukrytych ścieżek, potencjałów i obietnic. Niemniej i tak sądzę, że wielokrotnie zbyt łatwo poddajemy się myśli: "z tym człowiekiem nic się już nie da zrobić" albo że "z tej sytuacji nie ma wyjścia". Czasem z powodu braku sił czy człowieka, który wesprze nas w zmianie podejścia, czasem, bo nie starcza nam wyobraźni, a czasem dlatego, że jest w nas, ludziach, jakaś naturalna skłonność do narzekania i do trwania w niekomfortowych warunkach. Bywa przecież i tak, że wygodnie nam jest skoncentrować się na kontemplowaniu trudnych sytuacji i oddawać "jojczeniu i ajajaniu". Potraktowanie złego z półobrotu i powiedzeniu mu, że "zawsze można coś zrobić" (ot, choćby się modlić i szukać światła Ducha Świętego w tej czarnej d...) wymaga z kolei jakiejś aktywności, decyzji i wysiłku. Zawsze. Nic co wartościowe nie dzieje się mocą inercji. Co możemy zatem robić, by nie skostnieć w naszym spojrzeniu i odkrywać w sobie siłę, by podszepty złego traktować tak, jak na to zasługują?
Chrześcijańska odpowiedź jest co najmniej tak stara jak Nowy Testament. Nawracać się. Szukać Jego twarzy, Obecności, głosu w naszej codzienności. I uparcie nie ustawać w naśladowaniu Jezusa. Zapierać się samego siebie i pamiętać, że Bóg w swej istocie jest relacją. Nie jesteśmy sami. On nam ciągle na nowo daje Siebie, ale daje też innych ludzi. Krnąbrne dzieci, upierdliwych szefów, irytujących sąsiadów. Ludzi, którzy pomagają nam być ciągle w ruchu i którzy są najskuteczniejszym Bożym narzędziem, by nas ku Sobie prowadzić, wybijając z wygodnego piekiełka egocentryzmu czy duchowej stagnacji.
Skomentuj artykuł