Żyjemy w złych czasach, bo źle żyjemy
„Czasy są złe, mówią ludzie. Żyjmy dobrze, a czasy będą dobre. My jesteśmy tymi czasami” – pisał św. Augustyn 1600 lat temu, gdy upadało rzymskie imperium. Jakże aktualne są te słowa. Żyjmy dobrze, a nowa epoka będzie warta zapamiętania i nasi potomkowie będą wspominali wielkich ludzi. To my tworzymy epokę, w której żyjemy, a nie bezosobowe fakty.
Czy rzeczywiście jesteśmy bezsilni wobec otaczającego nas świata i pozostało nam jedynie narzekanie i szukanie winnych? „Nie ma takich ludzi, którzy sami nie byliby winni” – pisał Lew Tołstoj w powieści „Zmartwychwstanie”. A jednak łatwiej nam przypisywać innym zło niż zrobić porządek we własnym życiu. Łatwiej przychodzi nam oskarżać niż prosić o przebaczenie.
Pozory jedności i brak ponadpartyjnych relacji
Największym wyzwaniem obecnych czasów jest jedność. Nie najlepiej nam ona wychodzi. Może dlatego, że od wieków jednoczymy się w obliczu wspólnych wrogów. Taka jedność ma krótkie nogi. Gdy zabraknie wroga, szybko wymyślamy kolejnych nieprzyjaciół, by podziały nas nie zabiły. Taka jedność jest tylko pozorem autentycznej wspólnoty, zamykaniem oczu na trudności w relacjach, chowaniem głowy w piasek. Dlaczego nie potrafimy jednoczyć się wokół wspólnego celu, który wykracza poza granice naszych plemiennych sporów i partyjnych sympatii?
W 2017 roku media relacjonowały piękny gest sportowca, który pomógł opadającemu z sił rywalowi dobiec do mety. Rob Gomez biegnąc na dystansie 10 kilometrów zauważył, że biegnący obok niego zawodnik słabnie. Zanim jego konkurent upadł na ziemię, Gomez chwycił go mocno pod ramię i zawołał: „Ukończysz ten bieg!” Pomógł mu dobiec do mety i razem stanęli na podium. Ta wzruszająca scena obiegła internet i stała się ilustracją życzliwości względem przeciwnika.
Ambicjonalne przepychanki i stawianie na swoim nie budują dobrych relacji. To oczywiste. W imię czego gardzimy ludźmi, którzy nie zgadzają się z nami? Dlaczego nasze poglądy kochamy bardziej niż ludzi? Czy to takie trudne, by życzliwie uśmiechnąć się do kogoś, kto się z nami spiera. Poczęstować go filiżanką kawy i pomodlić się w duchu: „Boże spraw, bym pomógł mu ukończyć zwycięsko ten bieg”.
Zamknięci w bańkach prawomyślności
Gdy Jezus modlił się o to, abyśmy stanowili jedno, nie miał na myśli sojuszu opartego na strachu przed zewnętrznym zagrożeniem. Chodziło Mu o jedność serc, która rodzi się z wzajemnej miłości, a nie z nienawiści do wspólnego wroga. Nie zbudujemy trwałych mostów, gdy ściskając w dłoni kamień, będziemy gotowi uderzyć każdego, kto myśli inaczej. Nie pojednamy się bez opuszczenia bańki, w której zamknęło nas przekonanie, że to my wiemy najlepiej.
Dzisiejsze media społecznościowe, zamiast jednoczyć ludzi, stały się fabrykami polaryzacji. Łatwiej nam warknąć złowrogo pod postem ideologicznego przeciwnika niż spróbować zrozumieć jego racje i podjąć cywilizowany dialog. Staliśmy się ekspertami od wytykania cudzych błędów, zapominając o Tołstojowskim wezwaniu do zajrzenia we własne sumienie. Narzekamy na „złe czasy”, na polityków, na system… Zapominamy, że system to suma naszych codziennych wyborów, konsekwencja również naszych decyzji.
Prawdziwa wspólnota nie wymaga jednomyślności we wszystkim, lecz szacunku do drugiego człowieka, troski o jego dobro. Jeśli chcemy, aby nadchodząca epoka była warta zapamiętania, musimy zmienić wektor naszego działania – zamiast jednoczyć się „przeciw komuś”, zacznijmy jednoczyć się wokół naprawiania relacji w najbliższym otoczeniu.
Powróćmy do słów św. Augustyna. Jeśli to my jesteśmy tymi czasami, to od nas zależy, jakie nadamy oblicze współczesnemu światu. Zamiast czekać na liderów z bajki, sami stańmy się zmianą, której pragniemy. Każdy gest życzliwości, każda próba porozumienia i każde wypowiedziane „przepraszam” to mały krok do tego, by nasza epoka wyszła cało z toczącej się na wielu frontach „wojny w kawałkach”.
Skomentuj artykuł