O pedofilii w Kościele trzeba mówić, ale rozważnie

O pedofilii w Kościele trzeba mówić, ale rozważnie
(fot. Gisela Giraldo Fotografía / cathopic.com)

Kościół w Polsce ma problem z pedofilią. To jest fakt, którego raczej nikt przy zdrowych zmysłach już nie neguje. W ostatnich tygodniach nie było chyba dnia, by temat ten nie pojawił się w mediach. I bardzo dobrze. O takich sprawach trzeba mówić, trzeba je nagłaśniać, ale trzeba także rozwagi w formułowaniu opinii – a tych zwyczajnie brakuje.

Najpierw były informacje o zatrzymaniu księdza z diecezji płockiej, który choć przed laty został odsunięty od pracy z dziećmi i ukarany przez Kongregację Nauki Wiary wciąż dopuszczał się molestowania. Potem wyrok sądowy nakazujący kuriom wrocławskiej i bydgoskiej wypłatę 300 tys. zł odszkodowania ofierze b. już dziś księdza Pawła Kani. Dalej oskarżenia w stosunku do biskupa Jana Szkodonia i aresztowanie zakonnika z Tyńca. Do tego dochodzi jeszcze temat braku państwowej komisji ds. badania pedofilii, która miała powstać a nie powstała. I jeszcze trzyletni zakaz wykonywania zawodu dla mec. Michała Kelma, który z jednej strony występował jako obrońca księży oskarżonych o pedofilię, a z drugiej jako pełnomocnik pokrzywdzonych. A gdzieś w tle swoje prace nad filmami dotyczącymi tego tematu prowadzą bracia Sekielscy oraz Sylwester Latkowski.

Budzącą największe emocje jest oczywiście sprawa krakowskiego hierarchy. Jest to bowiem pierwszy w Polsce przypadek oskarżeń skierowanych pod adresem czynnego biskupa. Pojawiły się w tej sprawie liczne komentarze. Z większości daje się wyczytać oczekiwanie szybkiego wyjaśnienia. Ale w części komentarzy pojawił się zarzut, że Kościół działa w tej sprawie za wolno, że po raz kolejny zawiodły procedury, a sprawa zostanie zamieciona pod dywan. Tego typu opinie dało się słyszeć także od dyżurnych „czyścicieli” Kościoła, którzy na co dzień noszą sutanny. Zdaniem niektórych winę za opieszałość ponoszą polscy biskupi, którzy usiłują chronić kolegę. Sęk w tym, że nasi biskupi nic do tej sprawy nie mają, bo od początku jest ona procedowana przez urzędy watykańskie! To jednak dla owych komentatorów jest nieistotne. Polskich biskupów trzeba skrytykować dla zasady.

Nie roszczę sobie prawa do tego, by być adwokatem członków polskiego Episkopatu, bo wielu z nich ma na swoim koncie różnego rodzaju zaniedbania. W tej sprawie są jednak czyści. Zerknijmy w kalendarium tego procesu, które odtworzyli dziennikarze. W maju 2019 kobieta, która miała być molestowana przez biskupa zgłosiła się nuncjusza z listem do papieża, w którym opisała swoją historię. List trafił do Watykanu. We wrześniu zapadła decyzja o wszczęciu postępowania. Jej prowadzenie powierzono nuncjaturze. Ta poinformowała zgłaszającą w grudniu, 23 stycznia 2020 spotkała się z nią komisja w nuncjaturze, 24 stycznia przesłuchano tam biskupa i przekazano mu informację o tym, że do czasu wyjaśnienia sprawy jest odsunięty od czynności biskupich. Tego samego dnia informację otrzymuje abp Wojciech Polak (delegat ds. ochrony dzieci i młodzieży w KEP) oraz prawdopodobnie metropolita krakowski. Kilka dni później – dzień przed publikacją reportażu na ten temat w „Gazecie Wyborczej” – krakowska kuria informuje, że biskup opuścił terytorium archidiecezji krakowskiej, kuria nie zna treści zarzutów i wykonuje polecenia Stolicy Apostolskiej.

Owszem czas jaki upłynął od zgłoszenia do formalnego wszczęcia postępowania (trzy miesiące) i potem do przesłuchania osoby pokrzywdzonej oraz potencjalnego sprawcy (kolejne trzy miesiące) był długi. Winy za to w żaden sposób nie można przypisać polskim biskupom. O sprawie dowiedzieli się wtedy, gdy Watykan już ją procedował i nałożył na biskupa ograniczenia. Osobnym tematem pozostaje kwestia ich reakcji w chwili, gdy ukazały się pierwsze publikacje (ot choćby zadziwiające milczenie abp. Marka Jędraszewskiego), ale w samej procedurze wyjaśniania sprawy nie uczestniczyli. I wciąż nie uczestniczą. Winnych potencjalnego przeciągania sprawy trzeba byłoby szukać w Watykanie. Tego jednak krytykanci nie podejmują, pomijają cały ten wątek. Najważniejsze wydaje się być jeszcze solidniejsze przyszycie polskim biskupom łaty obrońcy pedofilów. A to wcale nie ułatwia walki z molestowaniem. Wydaje mi się nawet, że skutek jest odwrotny. Osoby, które zostały zranione przez duchownych, słysząc wciąż o tym, że biskupi zamiatają sprawy pod dywan nigdy się ze swoją krzywdą nie odkryją. Niektóre być może przełamią swój ból i zdobędą się na odwagę, ale wielu nie. Wspomagane przez krytykantów w sutannach (wszak oni są w środku i widzą co się dzieje) utwierdzą się w swoim przekonaniu, że Kościół tak jak pedofilów krył, tak kryje ich dalej. I na nic zdadzą się wtedy różne działania Episkopatu, jak choćby powołanie Fundacji św. Józefa, która ma pomagać pokrzywdzonym.

Na wyjaśnienie sprawy biskupa Szkodonia kilka miesięcy trzeba będzie poczekać. Pokazuje ona jednak problem strukturalny, z którym nie radzi sobie Stolica Apostolska. Bo choć z całego świata do sekcji dyscyplinarnej Kongregacji Nauki Wiary napływa coraz więcej spraw, papież nakłada na nią coraz więcej obowiązków, to jednak nie idzie za tym wzrost zatrudnienia. Robi się wąskie gardło i sprawy zaczynają się wlec. Temu zaradzić może jedynie Watykan. Polscy biskupi mogą tam zgłaszać swoje pomysły (oczywiście jeśli je mają) jak ten proces usprawnić.

O pedofilii musimy rozmawiać. Możemy i mamy prawo krytykować niektóre przyjęte przez Kościół rozwiązania, wytykać błędy. Ale musi to być krytyka rzeczowa, merytoryczna. Nie sztuka dla sztuki.

 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Adam Żak SJ
18,83 zł
26,90 zł

Rozliczenie z problemem pedofilii w polskim Kościele

Ujawnienie skali wykorzystywania seksualnego nieletnich przez osoby duchowne wstrząsnęło Kościołem w Polsce i na świecie. Reakcje hierarchów były skrajne: od lęku przed ujawnieniem długo skrywanej prawdy po chęć...

Skomentuj artykuł

O pedofilii w Kościele trzeba mówić, ale rozważnie
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.