Kościół, wspólnota głoszenia

Kościół, wspólnota głoszenia
Wnętrze kościoła Sagrada Familia w Barcelonie (fot. depositphotos.com)

Kryzys w Kościele, bieg jałowy w jaki weszliśmy, a także uciekanie przed jego świadomością skłania pewną część ludzi wierzących do odejścia z Kościoła. Wierzę w Boga, nie w Kościół - mówią. Do mojej wiary nie jest potrzebna instytucja - dodają. I nie odnosząc się do ich osobistej relacji z Bogiem, trudno nie wskazać, że Kościół jest instytucją konieczną do zbawienia.

I nie chodzi mi o jakąś wąsko rozumianą zasadę „poza Kościołem nie ma zbawienia”, ani o określanie egzystencjalnych czy instytucjonalnych granic działania Bożej łaski. Bóg może, i głęboko wierzę, że zbawia ludzi także poza Kościołem. Miłosierdzie Boże jest nieskończone, a On sam nieustannie szuka człowieka, przychodzi do niego na tysiące możliwych i niemożliwych sposobów. Poza instytucjami, poza schematami. To wszystko jest prawda. Kościół jest jednak potrzebny, i to także jest prawda.

Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Istotą wiary chrześcijańskiej jest prawda o życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, w którym w całej pełni objawił się Bóg. Ten przekaz nie istnieje sam w sobie, ale dzięki wspólnocie, która została ukształtowana wokół rabbiego z Nazaretu, a później umocniona przez doświadczenie pustego grobu i spotkań ze Zmartwychwstałym. Spotkania te, warto przypomnieć, nie dokonywały się poza wspólnotą. Jezus objawiał się (poza Szawłem) tylko uczniom, i tylko oni są świadkami tego wydarzenia, które jest ostatecznie fundamentem wiary chrześcijan i źródłem jedynej nadziei. „A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15,14) - wskazuje św. Paweł. Kościół jest więc powołany do zwiastowania tej nowiny, z pokolenia w pokolenie. Nowy Testament ukształtował się przecież już w jego wnętrzu, i bez owej wspólnoty by go nie było. Jeśli prawda o rabbim z Nazaretu, jego nauczaniu, śmierci i zmartwychwstaniu, o pustym grobie i spotkaniach z Nim dotarła do nas, to tylko dzięki temu, że istniała ta wspólnota. To głoszenie Dobrej Nowiny wyrażane jest także przez rytuały, które mają tamte wydarzenia uobecniać, które mają się stawać dla nas źródłem łaski. One pomagają uformować życie, pomagają w zapamiętaniu i przekazaniu dalej tego, co jest doświadczeniem pierwotnej wspólnoty Kościoła.

Czy oznacza to, że Kościół jest instytucją idealną, pozbawioną grzechów i niedoskonałości? Taka sakralizacja wspólnoty byłaby nie tylko niezgodna z tym, co wiemy z Ewangelii, Dziejów Apostolskich czy Listów Pawłowych, ale także z głęboką prawdą antropologiczną ukrytą w Księdze Rodzaju i opowieści o upadku pierwszych ludzi. To właśnie głęboko przemyślana prawda o grzechu pierworodnym sprawia, że odrzucone musi być marzenie o instytucji doskonałej, świętej, pozbawionej grzechu (względnie grzesznej tylko grzechem ludzkim). Takie ludzkie wspólnoty nie istnieją. Każda - także Kościół - poza pięknem i mocą, ma także słabość, rewersem każdej doskonałości jest jakiś brak. Wszystko, co ludzkie ma także swoją ciemną stronę, i to niekiedy będącą ceną za to, co skądinąd dobre. Reforma Kościoła dlatego jest konieczna, że wciąż pewne rzeczy wymagają udoskonalenia, a to, co naprawione niekiedy rodzi ciemną stronę, która ponownie wymaga naprawy. Świętość czy doskonałość w jednym kwestiach rodzi braki i ciemność w innych. Jednak, i to jest fundament, nie da się przekazywać wiary i objawienia, których istotnym elementem jest jej zakorzenienie w historii, bez wspólnoty, która jest jej nośnikiem, która niesie prawdę o pustym grobie, ale też o grzechu pierworodnym, który naznacza przecież także ją samą.

Instytucja ta, i o tym może szczególnie trzeba pamiętać dzisiaj, nie jest powołana dla siebie samej, nie jest istotna tylko dla ludzi, którzy w niej są, ale dla wszystkich. Wierzący i zaangażowani katolicy nie mają żadnego powodu do pychy, że w niej są, bo są w niej tylko ze względu i dla innych. To zadanie, a nie powód do chwały. Szczególnie, że członkowie Kościoła też potrzebują niewierzących. Świetnie pokazuje to Joseph Ratzinger w programowym tekście „Neopoganie i Kościół”. Niemiecki teolog i późniejszy papież wskazuje, że człowiek wierzący spoglądając na ludzi niewierzących (określonych w tym tekście „współczesnymi poganami”) „może  upatrywać ich zbawienie w Bożej łasce”, a „ich niewiara może być dla niego silniejszą zachętą do pełniejszej wiary”. Zachęta ta nie ma jednak wynikać z przekonania, że jako wierzący może zbawić się łatwiej, albo tym bardziej, że jako wierzący ma monopol na zbawienie, ale ze świadomości, że zbawienie niewierzących jest powiązane ze zbawieniem i życiem wierzących. „Mamy najpierw trudny i ciążący tekst, w którym szczególnie wyraźnie wspomina się o przeciwieństwie wielu i niewielu: «Wielu jest powołanych, ale niewielu wybranych» (Mt 22,14). Co nam mówi? Na pewno nie to, że wielu zostanie odrzuconych, jak zwykle się go interpretuje, lecz jedynie, że występują dwie różne formy boskiego wyboru. Jeszcze dokładniej: stwierdza, że mamy do czynienia z dwoma różnymi aktami Boga mającymi oba wybrania za cel, lecz nie daje jasności, czy oba go osiągną. Rozważając jednak rozwój historii zbawienia, tak jak ją interpretuje Nowy Testament, znajdujemy ilustrację powyższych słów Zbawiciela: ze statycznego «obok siebie» narodu wybranego i niewybranych ludów w Chrystusie powstaje dynamiczna relacja, tak że poganie właśnie przez swoje nie-wybranie stają się wybranymi, i oczywiście przez wybór pogan do godności swojego wybrania powracają również Żydzi. Te słowa mogą być dla nas ważną nauką” - wskazuje późniejszy papież.

A dalej rozwija swoją myśl. „Drugi tekst traktuje o wielkiej uczcie (Łk 14,16-24), która to Ewangelia jest radosną nowiną w bardzo radykalnym sensie, gdyż opowiada, że na końcu niebo zapełni się wszystkimi, których jakoś uda się przyciągnąć: ludźmi całkowicie niegodnymi, gdyż w relacji do niebios będącymi niewidomymi, głuchymi, chromymi i ubogimi. A więc radykalny akt łaski. A któż by chciał zakwestionować, że wszyscy nasi współcześni europejscy poganie nie mogliby w ten sposób dostać się do nieba. W tym miejscu każdy ma powód do żywienia nadziei, choć z drugiej strony zagrożenie pozostaje. Będzie grupa takich, którzy na zawsze zostaną odrzuceni. Kto wie, czy pośród nich nie znalazł się taki, kto sądził, że wolno mu się uważać za dobrego katolika, a wcale takim nie był? Kto wie, czy odwrotnie, pomiędzy tymi, którzy nie przyjęli zaproszenia, nie znaleźli się także ci Europejczycy, którym zaoferowano chrześcijaństwo, a oni nim wzgardzili?” - podkreśla. Trudno o mniej sekciarskie myślenie, trudno o mocniejsze podkreślenie, że potrzebujemy - my wierzący i my niewierzący - siebie nawzajem. Trudno wreszcie o mocniejsze wskazanie, po co nam Kościół.

Doktor filozofii, publicysta Telewizji Republika i felietonista Plusa Minusa, autor wielu książek, a prywatnie mąż i ojciec.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Joseph Ratzinger

Człowiek pragnie czegoś większego. Odczuwa głód wielkiej miłości, nieskończonego ukojenia, głód Boga. Jeśli nie zostanie on zaspokojony, człowiek na dłuższą metę nie może żyć, bo nie znajduje odpowiedzi na to, co najbardziej istotne.

Nieznane oblicze...

Skomentuj artykuł

Kościół, wspólnota głoszenia
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.