Pusty grób to nie finał historii
Zdarza się nam czasem, że słuchamy kogoś bardzo uważnie, ze zrozumieniem kiwamy głową, ale potem, gdy przychodzi co do czego, stoimy jak wryci, zupełnie nie wiedząc, o co temu człowiekowi chodziło. To jest dokładnie właśnie ten moment, w którym znaleźli się uczniowie w poranek wielkanocny. Przecież Jezus im o tym mówił. Powtarzał im wielokrotnie, że Syn Człowieczy musi cierpieć, zostać zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie. Słyszeli to, ale ich serca i umysły nie były w stanie tego pomieścić. Kiedy więc Maria Magdalena przybiega z wiadomością, że zabrano Pana z grobu, reakcją nie jest radosne „no przecież mówił!”, ale lęk i dezorientacja. Piotr i „ów drugi uczeń”, o którym czytamy w Ewangelii Jana, biegną do grobu. Ten bieg jest fascynujący – to nie jest dostojna procesja, to jest sprint człowieka, któremu na Golgocie zawalił się świat i który desperacko szuka jakiegokolwiek punktu oparcia.
Gdy docierają na miejsce, widzą płótna i chustę. Ewangelista notuje: „Ujrzał i uwierzył” (J 20,8). Ale co on tak naprawdę zobaczył? Pustkę. Nie było aniołów grających na harfach, nie było fajerwerków. Był tylko porządek wewnątrz skalnej groty. I ten porządek staje się kluczem: „Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu” (J 20,6-7). Właśnie wtedy, tego poranka, zaczyna im się w głowie wszystko układać. Nagle te wszystkie „dziwne” słowa Jezusa o zbliżającej się śmierci, które wcześniej może tylko puszczali mimo uszu, nabierają sensu. Zaczynają rozumieć, a przede wszystkim wierzyć, że na ich oczach spełnia się obietnica, która wydawała się zbyt piękna, by mogła być prawdziwa. To jest moment przejścia od teorii do relacji, od słuchania o Bogu do spotkania z Bogiem, który pokonał śmierć.
My dziś stoimy w tym samym miejscu. Możemy patrzeć na zmartwychwstanie jak na wydarzenie z przeszłości, jak na datę w kalendarzu historycznym, która ma dla nas tyle samo znaczenia, co bitwa pod Grunwaldem. Albo, co gorsza, możemy sprowadzić to wszystko do ładnej, mitologicznej opowieści. Taki „plastikowy” Jezus z memów, który wychodzi z grobu, żeby nam powiedzieć, że po śmierci jakoś to będzie, więc teraz mamy grzecznie znosić wszystkie niedogodności życia i… nie zapomnieć na święta umyć okien!
Jeśli tak podejdziemy do wiary, to faktycznie sprowadzimy ją do poziomu folkloru. Wtedy ważniejsza od Żyjącego Pana staje się święconka, estetyka pisanek i to, czy zajączek przyniósł prezenty. Naszą jedyną Paschą staje się wtedy wielkanocne ciasto o tej samej nazwie, które pieczemy z tradycji, a nie z potrzeby serca. Jeśli to jest wszystko, co rozumiemy pod hasłem „Wielkanoc”, to znaczy, że w ogóle nie przyszliśmy do pustego grobu. Zostaliśmy w kuchni, zajęci dekorowaniem życia, które w środku wciąż pozostaje martwe. Chrystus zmartwychwstał nie po to, żebyśmy mieli jeden dodatkowy dzień wolny od pracy i zjedli rodzinne śniadanie. On zmartwychwstał, żebyśmy i my mogli żyć wiecznie. I to „wiecznie” nie zaczyna się dopiero po pogrzebie – ono zaczyna się teraz. Zmartwychwstanie to nie jest fakt archiwalny sprzed wieków, to jest rzeczywistość, która pulsuje pod powierzchnią naszej codzienności. Pascha Jezusa to przejście ze śmierci do życia, w którym każdy z nas ma realny udział tutaj i teraz.
Warto więc w tę Wielkanoc, między jednym kęsem mazurka a drugim, pomyśleć o swoich własnych „śmierciach”. To mogą być nasze stare urazy, które pielęgnujemy jak najcenniejsze skarby. To mogą być nasze relacje, które uschły, bo zabrakło w nich wybaczenia. To mogą być nasze nałogi, lęki i przekonanie, że już nic dobrego nas nie spotka, że „taki już jestem i nic się nie zmieni”. To są właśnie te miejsca we mnie, w których śmierć odniosła zwycięstwo. Spróbujmy wyobrazić sobie, że to właśnie my wchodzimy dzisiaj do pustego grobu Jezusa. Stoimy tam, wdychamy chłodne powietrze poranka i co dalej z tym faktem robimy? Czy wyjdziemy stamtąd z radosną nowiną, czy raczej wzruszymy ramionami i wrócimy do swoich starych nawyków, jakby nic się nie stało? Deklarujemy, że jesteśmy osobami wierzącymi – ale co to właściwie oznacza w praktyce? Jaki to ma wpływ na to, jak traktuję innych ludzi?
Paweł Apostoł pisze wprost: „Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga” (Kol 3,1). To nie jest wezwanie do bujania w obłokach, lecz do konkretnego stylu życia. Bo zmartwychwstaję zawsze wtedy, gdy idę wbrew śmierci tego świata. Kiedy zamiast kolejnego złośliwego komentarza wybieram milczenie albo dobre słowo. Kiedy decyduję się na trudny dialog zamiast cichych dni. Kiedy jestem Jezusem dla kogoś, kto czuje się nikim. To jest świadectwo wiary. A może jest tak, że wcale nie świadczę o niej, bo sam nie jestem do końca przekonany? Wierzę, bo tak mnie nauczono, bo tak wypada, bo tak było zawsze w moim domu. Ale jeśli nie ma w tym głębi, jeśli nie ma żywej relacji z Bogiem, to moja wiara jest jak pusta wydmuszka – ładna na zewnątrz, ale nic nie waży.
Pusty grób to nie jest meta, to nie jest finał historii Jezusa z Nazaretu. To jest dopiero początek historii głoszenia Dobrej Nowiny przez ludzi, którzy dzięki Chrystusowi sami zmartwychwstali do nowego życia. W tym grobie nie wolno nam się zatrzymać. Mamy tam zajrzeć, zobaczyć, że Go tam nie ma, uwierzyć i biec dalej. Biec do innych, żeby podzielić się tą radością: „Bóg wskrzesił Go trzeciego dnia i pozwolił Mu ukazać się nie całemu ludowi, ale nam, wybranym uprzednio przez Boga na świadków, którzyśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu” (Dz 10,40-41). My jesteśmy tymi świadkami. My z Nim jemy i pijemy w każdej Eucharystii. Nie jesteśmy tylko widzami dramatu, jesteśmy uczestnikami uczty życia.
Zmartwychwstanie dzieje się w moim życiu zawsze wtedy, gdy dobro odnosi zwycięstwo nad złem, kiedy miłość okazuje się silniejsza od nienawiści, a życie – to Boże życie w nas – triumfuje nad duchową śmiercią. Przypomnijmy sobie takie momenty, w których byliśmy zaskoczeni działaniem Pana. Może to była nagła siła do wybaczenia komuś, komu obiecaliśmy nigdy nie wybaczyć? Może to była niespodziewana pokora, by przyznać się do błędu? To były nasze małe poranki wielkanocne. Bóg nie chce, żebyśmy tylko o tym marzyli. On chce, żebyśmy tym żyli. Nie czekajmy więc na lepsze jutro, na moment, w którym będziemy „bardziej gotowi”. Pascha Chrystusa trwa w nas – to proces, to ciągłe przechodzenie przez śmierć do życia.
„Kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym. Stało się to przez Pana i cudem jest w naszych oczach” (Ps 118,22-23). To, co w moim życiu uznałem za niepotrzebne, za błąd, za porażkę – Bóg może uczynić fundamentem czegoś nowego. „Alleluja!” to nie tylko radosny okrzyk, lecz sposób patrzenia na świat. To pewność, że ostatnie słowo nie należy do grobu, ale do Miłości. Niech inni w naszych oczach zobaczą blask tego poranka, w którym śmierć przestała mieć jakąkolwiek władzę. Bo On żyje.
Mateusz Tarczyński


Skomentuj artykuł