Sprawa biskupa Andrzeja Jeża. Sędzia: Kościół to nie wyspa w państwie
Przed Sądem Rejonowym w Tarnowie toczy się proces, jakiego w historii polskiego Kościoła jeszcze nie było. Na ławie oskarżonych zasiadł urzędujący ordynariusz, bp Andrzej Jeż, któremu prokuratura zarzuca zbyt późne zawiadomienie organów ścigania o przypadkach pedofilii. Słowa, które padły na sali rozpraw – w tym ostre uwagi sędzi o „Kościele jako wyspie” – rzucają nowe światło na trudny proces rozliczania przeszłości i zderzenie dwóch porządków prawnych.
Sprawa biskupa tarnowskiego Andrzeja Jeża skupia na sobie uwagę opinii publicznej nie bez powodu. To pierwszy w Polsce przypadek, gdy hierarcha odpowiada karnie za niedopełnienie obowiązku niezwłocznego powiadomienia służb o molestowaniu małoletnich przez podległych mu duchownych. Chodzi o dwóch księży z diecezji tarnowskiej – Stanisława P. i Tomasza K..
Prokuratura stoi na stanowisku, że choć władze kościelne ostatecznie złożyły zawiadomienia, stało się to zbyt późno w stosunku do posiadanej wiedzy. Sam oskarżony hierarcha nie przyznaje się do winy. Argumentuje, że podjął stosowne kroki prawne w momencie, gdy zyskał „wiarygodną informację” o popełnionych przestępstwach.
Misja na Ukrainie i „rewizja życia”
W czwartek 5 marca przed sądem stanął abp senior Wiktor Skworc, który kierował diecezją tarnowską w latach 1998–2011. To właśnie do niego już w 2002 roku trafiły pierwsze sygnały o nadużyciach ks. Stanisława P. Decyzją ówczesnego ordynariusza kapłan został wysłany na urlop, a następnie na misję na Ukrainę, gdzie – jak się później okazało – ponownie krzywdził dzieci.
Abp Skworc zapewniał przed sądem, że każde zgłoszenie było traktowane poważnie. „Nie ma ukrywania pedofilii. Każdy taki przypadek to jest jeden przypadek za dużo” – zeznał hierarcha. Wyjazd duchownego na wschód tłumaczył próbą dania mu szansy na „rewizję życia”, kategorycznie zaprzeczając, by w diecezji istniała polityka „czyszczenia sytuacji” poprzez wysyłanie duchownych za granicę.
Bariera tajemnicy papieskiej
Kluczowym elementem obrony i wyjaśnień składanych przez stronę kościelną jest kontekst historyczny i ewolucja prawa. Duchowny specjalizujący się w prawie kanonicznym, który prowadził proces ks. Stanisława P. zakończony jego wydaleniem ze stanu duchownego w 2020 roku, wskazał na istotną przeszkodę prawną.
Świadek przypomniał, że aż do 2019 roku w sprawach dotyczących nadużyć seksualnych obowiązywała tajemnica papieska. Za jej złamanie groziły surowe sankcje kanoniczne, a jej uchylenie wymagało każdorazowej zgody Watykanu. To właśnie te przepisy, obok toczących się postępowań kanonicznych, miały wpływać na dynamikę przekazywania informacji organom państwowym.
Sąd: Kościół to nie wyspa
Wyjaśnienia te spotkały się z bardzo stanowczą reakcją sędzi prowadzącej proces. Wypowiedziała ona słowa, które mogą stać się symbolem tego procesu i obecnych relacji państwo-Kościół. „Kościół traktował siebie jako wyspę w państwie” – stwierdziła sędzia, odnosząc się do postawy hierarchów wobec prawa świeckiego.
Sąd podkreślił, że przepisy wprowadzone w 2017 roku, nakładające prawny obowiązek zawiadamiania o pedofilii, obowiązują wszystkich obywateli bez wyjątku. „Gdyby sprawa dotyczyła zwykłego Kowalskiego, nikt by nie miał wątpliwości, a tu mamy. Czas leci, sprawy się przedawniają, pokrzywdzeni są” – ripostowała sędzia, wskazując na dramatyczne skutki zwłoki dla ofiar.
Ciężar krzywdy i wymóg sprawiedliwości
Zeznania świadków potwierdzają, że sprawa ks. Stanisława P. była jedną z najtrudniejszych w historii diecezji ze względu na ogromną skalę krzywdy wyrządzonej małoletnim. To właśnie w tym przypadku po raz pierwszy zaczęto wymierzać najsurowsze kary kościelne. Jednak dla ofiar, z których jedna zeznawała w czwartek przy wyłączonej jawności, proces ten jest przede wszystkim walką o uznanie ich cierpienia. Moralny wymiar tego procesu wykracza poza salę sądową. Dotyka on fundamentów zaufania wiernych do instytucji Kościoła oraz pytania o to, jak skutecznie chronić najsłabszych przed krzywdą.
WP/łs


Skomentuj artykuł