Czy można mówić o sztuce spowiadania?

Czy można mówić o sztuce spowiadania?
(fot. sxc.hu)
10 lat temu
Logo źródła: Życie Duchowe Cezary Sękalski

Z Elżbietą Sujak, psychiatrą, i Józefem Augustynem SJ rozmawia Cezary Sękalski

Czy można mówić o "sztuce spowiadania". Efekt spowiedzi nie zależy przecież od spowiednika, tylko od Boga, który udziela rozgrzeszenia. Spowiedź jest darem łaski Bożej. Czy zatem domaga się jakiegoś kunsztu?

Józef Augustyn SJ: Gdyby wszystko zależało jedynie od Boga, nie potrzebowalibyśmy ani Kościoła, ani księży, ani konfesjonałów. Spowiedź jest działaniem Bosko-ludzkim. Duchowość chrześcijańska, duchowość Wcielenia, prowadzi do integracji wymiaru duchowego i ludzkiego. Sztuka spowiadania zakłada z jednej strony łaskę Bożego przebaczenia, ale z drugiej zakłada także umiejętność dialogowania księdza z penitentem, sztukę rozeznawania duchowego, zdolność wnikania w ludzkie sumienia. Nazwanie spowiadania sztuką wydaje się uzasadnione także dlatego, że jest to spotkanie zwykle bardzo krótkie. Zazwyczaj nie trwa ono dłużej niż pięć minut. W tym czasie trzeba rozeznać bardzo trudne nieraz problemy penitenta i starać się, by odszedł od konfesjonału zwyczajnie i po ludzku zadowolony ze spotkania.

W czasie rekolekcji dla księży i alumnów mówię prosto: zranienie penitenta przez księdza w konfesjonale bywa nieraz wielkim grzechem. Niektórzy penitenci bowiem, po takim przykrym doświadczeniu, przez wiele lat nie przystępują do spowiedzi. Chodzą wprawdzie na Mszę świętą, ale nie do spowiedzi. Sakrament pokuty wymaga - jak mówił Jan Paweł II -talentu psychologicznego. Wymaga także wielkiej wiary. Sztuki spowiadania uczymy się całymi latami. Aby ją posiąść, kapłan musi jej bardzo pragnąć. Choć wielu księży spowiada pobożnie i solidnie, to jednak prawdziwi mistrzowie konfesjonału są raczej rzadkością.

Elżbieta Sujak: Z punktu widzenia penitentki muszę powiedzieć, że do sztuki spowiadania należy dar pedagogiczny. Nie chodzi tylko o to, żeby mocą Jezusa Chrystusa uwolnić człowieka od ciążącej na nim winy, ale by mu ukazać perspektywę rozwojową: uświadomić, w jakim punkcie się znalazł i jak będzie mógł odnowić swój kontakt z Panem Bogiem. W tym kontekście sztuka spowiadania rzeczywiście wymaga przygotowania i doświadczenia.

Wszyscy pamiętamy, że czasami "odpukano" nas w konfesjonale. Zostaliśmy uwolnieni od splamienia grzechem, ale nie naznaczono owej perspektywy rozwojowej. Czy nie brakowało nam wtedy mądrego pouczenia?

Bardzo mnie zainteresowało kryterium dobrej spowiedzi, które wymienił Ojciec - zadowolenie penitenta. Jakiego rodzaju ma to być zadowolenie?

Józef Augustyn SJ: Poruszamy się w obszarze życia duchowego. Nie mówimy więc o zadowoleniu natury uczuciowo-zmysłowej, ale o zadowoleniu wewnętrznym, zadowoleniu duchowym. W spowiedzi ważne są motywy i okoliczności, dla których penitent przychodzi do kapłana. Gdy słyszę: "Ostatni raz byłem u spowiedzi tyle a tyle lat temu", pytam o motywację, dla której penitent powraca do konfesjonału. Jeżeli ktoś odpowiada, że namówiła go żona, a on sam nie jest do końca przekonany, trudno nawiązać wówczas głębszą rozmowę. Jeśli jednak penitent wyznaje, że powodem jego spowiedzi jest na przykład śmierć bliskiej mu osoby lub jakieś inne tragiczne zdarzenie, wtedy jako spowiednik mogę pomóc penitentowi otworzyć się na Boga jako Ojca, który jednakowo otacza swoją opieką żywych i zmarłych.

Elżbieta Sujak: Dzięki zaangażowaniu spowiednika penitent odkrywa nowy wymiar tego, co wyznał. Może zobaczyć całe swoje życie albo jakiś czyn, bolesny dla niego albo obciążający go fakt w nowym świetle. Wtedy otwiera się na nową perspektywę postrzegania siebie, Pana Boga, własnego postępowania.

Dlaczego zatem spowiedź kojarzy się nam bardziej z salą sądową niż z kliniką, w której jesteśmy uzdrawiani i oczyszczani z tego, co w nas negatywne? Dlaczego ciągle towarzyszy nam lęk?

Elżbieta Sujak: Moim zdaniem "aspekt sądowy", o którym pan wspomniał, jeżeli nie dominuje w podejściu do tego sakramentu, jest bardzo pożyteczny. Uważam, że dobrodziejstwo sakramentu pojednania polega także na tym, że stwarza człowiekowi jedyną okazję, by stał się prokuratorem w stosunku do samego siebie. Na co dzień żyjemy bowiem mechanizmami obronnymi. Wciąż się usprawiedliwiamy, tłumaczymy, że mamy dobrą wolę. Bronimy się przed jakimkolwiek oskarżeniem z zewnątrz. I tu nagle - szukając kontaktu z Bogiem - musimy przyjąć wobec siebie rolę prokuratora. Ten sakrament zmusza mnie do uznania siebie za istotę winną. A to nieraz jest niezwykle oczyszczające.

Jak należy rozumieć leczniczy wymiar sakramentu pojednania?

Józef Augustyn SJ: Katolicy podkreślają wymiar sądowy konfesjonału, prawosławni zaś wymiar leczniczy. Jezus mówi: "Nie przyszedłem do zdrowych, ale do tych, którzy się źle mają", do chorych. Leczenie w konfesjonale nie ma jednak jakiegoś magicznego charakteru. Jezus mówi do człowieka, którego uzdrowił: Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło (J 5, 14). Zapominamy nieraz o ścisłym związku istniejącym pomiędzy naszymi grzechami a cierpieniami, jakie z nich wypływają. Spojrzenie na człowieka i jego zranienie zostało dzisiaj zatrute psychologią, psychoanalizą. Objawia się to w myśleniu: "Cierpię, ponieważ inni mnie krzywdzą. Bliźni są winni mojego nieszczęścia". Prawda jest jednak taka, że często cierpimy, ponieważ buntujemy się przeciwko Bogu i usiłujemy żyć bez Niego.

 

Leczenie w konfesjonale polega tak naprawdę na nauce dźwigania krzyża, dźwigania własnej słabości. Jezus mówi: Błogosławieni ubodzy, cisi, płaczący, prześladowani, skrzywdzeni… To, co z punktu psychologicznego wydaje się tylko przeszkodą do szczęścia, z punktu widzenia duchowego może stawać się jego źródłem.

Elżbieta Sujak: Moim zdaniem lecznicze działanie sakramentu pojednania ma całkiem inny wymiar niż w psychologii. W jego trakcie zostają odpuszczone nasze grzechy. Psychologia tego dać nie może. Spowiednik dysponuje łaską, której Pan Bóg udzielił mu z miłości dla niego i dla mnie, a to jest zupełnie inny rodzaj leczenia niż łagodzenie bólu czy pocieszanie.

Tak naprawdę element złagodzenia bólu nie jest tutaj najważniejszy. Pamięć o bólu powinna zostać. Ona bowiem chroni mnie przed powrotem do grzechu. Moim zdaniem istotne jest odnalezienie siebie w prawdzie i w swoim prawdziwym kształcie, w takim, w jakim spogląda na mnie miłość Boża, z perspektywą rozwojową, z przebaczeniem idącym wstecz, wobec tego, czego się dopuściłam. Tego się nie da przełożyć na język psychologii ani na język medycyny.

Psychologia, psychoterapia bardzo często starają się zdiagnozować stan człowieka, nazwać pewne jego emocje, a przez to określić jego osobowość. Czy spowiedź podobnie ukazuje całościową wizję człowieka?

Józef Augustyn SJ: Psychologia i psychoterapia nie ukazuje całościowej wizji człowieka, ale jedynie pewien wycinek. Kiedy wycinek ten zostaje zabsolutyzowany, mamy do czynienia z redukcjonizmem, w tym przypadku z redukcjonizmem psychologicznym. O ile możliwe są opisy psychologiczne człowieka, które nie uwzględniają religii, o tyle nie ma religijnego i duchowego opisu człowieka, który nie uwzględniałby psychologii. Prawdziwa religia i autentyczna duchowość nigdy nie rozbijają człowieka na części, nie redukują go do jednego wymiaru, ale integrują i scalają wewnętrznie. Choć religia zajmuje się przede wszystkim duchowym i moralnym wymiarem człowieka, uwzględnia jednak w swoich rozważaniach jego psychiczność i somatyczność.

Nierzadko zdarza się, że penitentowi potrzeba nie tylko spowiedzi, ale także psychoterapii, jednak tym wymiarem kapłan się nie zajmuje. Sztuka spowiadania polega między innymi i na tym, by rozróżnić, gdzie potrzebny jest lekarz, a gdzie ksiądz.

Elżbieta Sujak: Oddzielanie psychologii i życia duchowego nie jest łatwe, ponieważ te dziedziny posługują się różnymi językami. I czasem to samo wydarzenie, ten sam fakt, ten sam czyn ma kilka twarzy. Uczciwość terapeuty wymaga jednak, by w razie wątpliwości, czy dany problem ma podłoże duchowe, poinformować o tym pacjenta.

Zatrzymajmy się na moment na rzeczywistości nazywanej krzyżem spowiednika. Dla kapłana bardzo bolesne może być stwierdzenie, że penitent nie zauważa swojego grzechu ani jego rozmiaru, że nie jest w stanie żałować ani poprawić się...

Józef Augustyn SJ: Jeżeli ksiądz sam jest dobrym i ofiarnym penitentem, łatwiej jest mu nieść krzyż spowiednika. Sztuka spowiadania wiernych zaczyna się od sztuki spowiadania siebie. Jan Paweł II przemawiając do księży, mocno podkreślał, że tylko dobry ksiądz - penitent może być dobrym spowiednikiem. Krzyż spowiednika polega na "dźwiganiu" zła, którego penitent sam nie chce widzieć, nie chce uznać i nie chce dźwigać. Czasami chodzi o bardzo trudne ludzkie sytuacje: wielkie krzywdy czy nawet zagrożenie ludzkiego życia. Na rozmowę o tym z penitentem ma ksiądz niekiedy tylko kilka minut. Trzeba wówczas pozwolić przede wszystkim działać Duchowi Świętemu. Bez Jego światła takich sytuacji nie da się rozwiązać.

Czy krzyż spowiednika można porównać z ciężarem terapeuty?

Elżbieta Sujak: Czasem tak, ale rzadko. Zakres odpowiedzialności terapeuty jest inny aniżeli zakres odpowiedzialności szafarza sakramentów. Terapeuta ma większą swobodę działania. Może tak poprowadzić rozmowę, by pokazać problem z innej strony. Posłużę się przykładem. Kiedyś pacjentka mnie - jako terapeutce - zwierzyła się, że zamierza zamordować swojego męża. Opowiadała, że pierwsza próba się nie udała, ale następnym razem lepiej sobie poradzi. Postawa zupełnie amoralna. Znalazłam się w kłopotliwej sytuacji. Prawo wymagało ode mnie, abym zawiadomiła organy ścigania o zamierzonym przestępstwie. Z drugiej strony, leżało mi na sercu dobro mojej pacjentki. W tym momencie gorąco modliłam się o światło Ducha Świętego, jak dalej poprowadzić rozmowę. Przyszło światło: "Dobrze, wyobraźmy sobie, co się stanie. Jak to zrobisz?". Powiedziała, co zamierza. Ja na to: "I co potem?". "On umrze". "I co potem zrobisz?". "Odbędzie się pogrzeb…". Ja na to: "Jak to? Silny mężczyzna wrócił z pracy i nagle umarł? Policja zarządzi sekcję zwłok i stwierdzi zabójstwo. Ciebie aresztują i zamkną w więzieniu, a dziecko oddadzą do domu dziecka". Na te słowa moja pacjentka otrzeźwiała. Miała jedno dziecko, pięcioletnią córkę, a sama była wychowanką domu dziecka. "Co?! Moje dziecko do domu dziecka? Mowy nie ma. Nie zabiję go".

Mówię o tym, by pokazać, że czasem można zadziałać także przez wyobraźnię. Udało mi się trafić w miłość macierzyńską, jedyną, którą ta osoba w sobie miała. Nie było bowiem czasu na odwoływanie się do sumienia, które nie zostało obudzone w procesie wychowania. Taką możliwość ma jednak tylko psycholog.

 

Mówiliśmy o krzyżu spowiednika. Chciałbym porozmawiać także o krzyżu penitenta. Nie o tym, który polega na przyznaniu się do swojego grzechu, co nie jest zbyt komfortowe, ale o tym, który pojawia się, kiedy w konfesjonale jesteśmy źle przyjęci.

Józef Augustyn SJ: To jest nadzwyczaj trudny temat. Wielu penitentów źle potraktowanych w konfesjonale nie przyznaje się do tego, ponieważ musieliby opowiadać o swoich grzechach. A któż chce publicznie o nich mówić? Czasami udajemy więc, że nic się nie stało. Tymczasem stało się. Co w takiej sytuacji robić? Trzeba bardzo uważnie rozeznać zaistniały konflikt. Być może porozmawiać o nim z innym kapłanem, bardziej doświadczonym. Są bowiem sytuacje, kiedy rzeczywiście możemy powiedzieć, że nic się nie stało. Gdy na przykład kapłan spowiada wiele godzin i jest bardzo zmęczony psychicznie, jego słowa i reakcje mogą być mało uważne i nieco schematyczne. Penitenci bardziej wrażliwi mogą czuć się potraktowani powierzchownie, niegrzecznie. Jeżeli jednak w konfesjonale rzeczywiście padły jakieś raniące i niesprawiedliwe słowa, winniśmy reagować. Trzeba o tym powiedzieć Kościołowi: iść do przełożonego danego kapłana. Takie raniące sytuacje nie mogą się powtarzać. One są bowiem przeciwko godności sakramentu pojednania.

Zdarza się, że spowiedź jest łączona z kierownictwem duchowym -z dialogiem i umiejętnością diagnozowania tego, co człowiek przeżywa. Pani Doktor posługuje jako kierownik duchowy w Centrum Duchowości w Częstochowie. Proszę podzielić się swoimi spostrzeżeniami na ten temat.

Elżbieta Sujak: Moja droga prowadziła od psychiatrii do kierownictwa duchowego. Kierownictwo duchowe praktycznie polega na towarzyszeniu. Kierownik duchowy po prostu jest, słucha, pomaga szukać brodu w zbyt głębokiej rzece. Czasem służy jako prom do przeprowadzenia człowieka na drugi brzeg, ponieważ znajduje sposób pokonania jakiejś przeszkody. To jest bardzo piękna rola, która przywraca wiarę w ustawiczne działanie Pana Boga w człowieku. Niewiele osób ma przywilej posługiwania w ten sposób, a jest to szczególnie piękne zadanie. Oczywiście, czasami boli mnie, że wysłuchuję prawie tyle co spowiednik, a nie mogę udzielić rozgrzeszenia. Mogę za to prosić Pana Boga o łaskę dobrej spowiedzi dla człowieka, którego ja tylko wysłuchałam. To często pomaga. Takie jest moje doświadczenie. Szczególnie mogę pomóc ludziom, którzy bardzo się boją spowiedzi albo doznali jakiegoś urazu i chcą o tym mówić, przepracować tę sytuację. Mogę pomóc ją zobaczyć z innej strony i jakoś utorować drogę do kontynuacji życia sakramentalnego albo nawet do podjęcia jakichś bardzo ważnych decyzji życiowych.

Czy zgodzi się Ojciec z tezą, że sztuka spowiedzi jest mistrzostwem wtedy, gdy jest połączona z kierownictwem duchowym?

Józef Augustyn SJ: Takie połączenie jest idealnym rozwiązaniem, zwłaszcza jeśli spowiedź odbywa się w trakcie duchowego dialogu. Można wtedy wypowiedzieć swoje słabości, ludzkie ułomności, grzechy oraz wszystkie sprawy, które wewnętrznie nas trapią. W mojej osobistej praktyce łączę te dwie rzeczywistości. Nie jest to jednak rozwiązanie uniwersalne dla wszystkich. Są ludzie, którzy wolą oddzielać spowiedź i kierownictwo duchowe. Wybór trzeba zostawić człowiekowi.

W moim odczuciu "wyznanie" w spowiedzi nie powinno ograniczać się jedynie do grzechów, ale winno obejmować także nasze wątpliwości, myśli pełne naszych lęków, poczucia krzywdy, wyniosłości, zmysłowości. W czasie rekolekcji zachęcam, by przy okazji spowiedzi wypowiadać wszystko to, co nas wewnętrznie męczy. Jeśli spowiednik powie nam, że to nie jest grzech i nie trzeba o tym mówić w konfesjonale, trzeba go zwyczajnie poprosić, by nas zechciał cierpliwie wysłuchać do końca. Kiedy człowieka dręczą wątpliwości moralne, ważne jest, by ich nie zagrzebać i nie usypiać. Wątpliwości moralne są ważne dla rozwoju człowieka. Dzięki nim uczy się on zaufania Bogu.

Ksiądz nie musi w konfesjonale udzielać jakichś niezwykle mądrych rad. Nie one są najważniejsze. Najważniejsza jest "spowiedź", czyli wypowiedzenie przed kapłanem tego, co dręczy nasze sumienie. Nawet jeżeli nie usłyszymy oczekiwanych przez nas kilku mądrych i ciepłych słów kapłana, spowiedź jest ważna i dobra.

Elżbieta Sujak: Ks. Krzysztof Grzywocz, jeden z autorów publikujących na łamach "Życia Duchowego", powiedział kiedyś, że każdy człowiek pragnie być wysłuchany. Każdy chce mieć możność powiedzenia o sobie jak najwięcej. Ponoć najwięcej zwierzeń wysłuchują barmani. Podchmielony człowiek zaczyna mówić, mówić i mówić… Oczywiście to jest przerysowany obraz i nie o to chodzi. Człowiek potrzebuje wypowiedzenia się, ponieważ dopiero wtedy to, co zostało wypowiedziane, staje się naprawdę jego własnością. Przykładem mogą być uczucia. Często martwimy się swoimi uczuciami, mylą się nam z grzechem, ze złem. Negatywne czy obronne uczucia tak długo gnębią nas, dopóki nie nauczymy się ich nazywać i mówić o nich komuś. Wtedy dopiero mamy nad nimi władzę. Uczucia nienazwane i niewypowiedziane bywają groźnym paliwem do impulsywnych czynów i działań. Natomiast uczucia nazwane, wypowiedziane, powierzone komuś zostają rozbrojone. Nie panujemy nad tym, jakie uczucia się w nas budzą, jakich emocji doznajemy. Aby nad nimi zapanować, trzeba je nazwać. Najlepszą okazję do nazywania swoich uczuć daje obecność i osoba powiernika, któremu można o nich powiedzieć.

W tym wymiarze kierownictwo duchowe jest czymś bardzo ważnym, ponieważ służy ono właśnie temu, żeby rozmawiać z człowiekiem, którego wybiera się samemu, na temat swoich uczuć, motywów działania, życia modlitwy, trudności, wątpliwości.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Czy można mówić o sztuce spowiadania?
Komentarze (13)
10 grudnia 2009, 07:37
Tereso - kierownictwo duchowe jest ważną pomocą i cennym doświadczeniem. To prawda. I faktycznie chyba trzeba szukać kierownika i prosić Boga o takiego. Z "renomowanymi" kierownikami duchowymi jest jeden problem - to, że dany kapłan "przemawia" do jednej osoby, wcale nie znaczy, że i drugiej będzie odpowiadał (to trochę podobnie jak z kazaniami - jednym pasują, innym nie). W gruncie rzeczy chyba chodzi o kogoś przez kogo Bóg chce do mnie mówić. Jakiś czas temu usłyszałam zdanie, które wlało nadzieję w moje serce. Jeden z księży Jezuitów komentując pewną "modę" na "posiadanie" kierownika duchowego zaznaczył, że to prawda, że trzeba szukać, ale jeśli będziemy troszczyć się o swoje życie duchowe to Pan Bóg da nam pomoc, nie zostawi nas samymi. Czyli pierwszeństwo ma walka o życie duchowe, o swój wewnętrzny rozwój a pomoc zostanie nam dana (to nie eliminuje szukania itd. ale ustawia sprawę w innych proporcjach). W moim życiu to się "sprawdza". Pomoc dana nam z Wysoka może być zupełnie inna od naszych wyobrażeń - dlatego ja osobiście stawiam na otwartość i staram się nie nastawiać. A co do zapominania... ja sobie pomagam tak, że w spowiedzi i w rachunku sumienia idę po tym samym kluczu - dziesięciu przykazań czy grzechów głównych, czy innym... A że i tak zdarza się coś zapomnieć - jak pamiętam, że "coś jeszcze było" to po prostu otwarcie mówię że coś jeszcze było i nie pamiętam - odpowiedź potrafi zadziwić - bo tu przecież działa Duch Święty.
J
jola
9 grudnia 2009, 23:08
Tak, dobry spowidnik jest rzadkością, ale najpierw może chodzi tu o takie jego podstawowe człowieczeństwo(potem wykształcenie), dzięki któremu penitent , odzyska nadzieję i szacunek do samego siebie.
Jurek
Jurek
9 grudnia 2009, 22:31
Czy można mówić o "sztuce spowiadania"? - Oj można, można. I trzeba. Myślę, że trzeba mówić o sztuce spowiadania i sztuce spowiadania się. Po tak dobrym tekście pani Elżbiety i ojca Augustyna zostaje nam się modlić o dobrych spowiedników no i samemu "przyłozyć się" do dobrego przygotowania do spowiedzi. Chociaż i ja miewałem takie pragnienia jak teresa. I jeszcze jeden komentarz, który nasuwa mi się po przeczytaniu tego artykułu - jakość naszego zycia religijnego jest też pochodną dobrej spowiedzi. I powinni na to zwrócić uwagę duszpasterze. Ale jak to zrobić gdy (własnie nadchodzi ten czas) w czasie rekolekcji odbywa się to taśmowo?
J
jaga
9 grudnia 2009, 22:21
Chciałabym Joan, żeby tu gdzie mieszkam, było tak, jak  tam, gdzie Ty mieszkasz. Ale czegoś takiego nie ma w całej diecezji( ełckiej), sprawdziłam telefonujac po tamtej przykrej przygodzie do kurii - nie ma stałego konfesjonału, są Msze do tego celu. Z całą pewnością nie jest normalna sytuacja, kiedy w czasie Mszy są puste konfesjonały. Trudno jest zwłaszcza, gdy ktoś tak, jak ja mieszka na wsi, nie ma żadnego wyboru, bo jest jeden ksiądz, jeżeli się nie chce korzystać na miejscu, to trzeba pojechać gdzieś dalej, na Mazurach odległości są duże. Czego się można dowiedzieć ze strony internetowej diecezji ełckiej na ten temat, to zajrzyj i sam się przekonaj.
J
joan
9 grudnia 2009, 21:52
Jaga, no to się sprawdza, kiedy jest spowiedź: przed Mszą, po Mszy,  "na dzwonek" do klasztoru ( jak w mojej byłej parafii) itd. A przykładowo tu gdzie teraz mieszkam, to spowiedź jest wyznaczona o konkretnej godzinie zupełnie w innym czasie niż Msze.
J
jaga
9 grudnia 2009, 21:45
 Joan - " jeżeli komuś zależy na spowiedzi, to musi się trochę przłyożyć..." o czym Ty mówisz, jakie "w ciemno z biegu" ? Co się sprawdza ? Jasne, że spowiedż w czasie Mszy to kiepski pomysł z punktu widzenia penitenta, ale okazuje się, że i to bywa zbyt dużym oczekiwaniem.
J
joan
9 grudnia 2009, 21:05
Jaga, jeżeli komuś zależy na spowiedzi, to musi się trochę przłyożyć. Nie idzie się w ciemo z biegu, tylko sprawdza kiedy w parafii spowiadają albo czy są w mieście tzw. konfesjonały stałe. Spowiedź podczas Mszy, to nie najlepszy pomysł- za głośno i trudno się skupić. Trochę przykro,że ksiądz po Mszy też nie miał czasu, ale cóż- to też człowiek i ma różne problemy, a może umówił się już wcześniej z kimś innym? Smoczyco, nieładnie sugerować, że księża zakonni (i to jescze wybranych zgromadzeń) są jacyś inni- lepsi. Jeżeli chodzi o gotowość służenia wiernym to wszystko zależy od człowieka.
J
jaga
9 grudnia 2009, 20:08
Z  DIECEZJII EŁCKIEJ : w Ełku chciałam się wyspowiadać, poszłam do kościoła, przy ołtarzu koncelebra, konfesjonały puste, pomyślałam-spróbuję w innym kościele, podjechałam szybciutko samochodem do katedry, a tam-to samo(przy ołtarzu 3 księży, konfesjonały puste), w następnym(u kanoników reg.) również koncelebra i konfesjonały puste.Wróciłam do pierwszego kościoła, kończyła się Msza, poszłam do zakrystii poprosić księdza o spowiedż, gdy powiedział, że nie ma teraz czasu -  opowiedziałam o swojej wędrówce, mówiąc, że bardzo się starałam, żeby go nie fatygować. Jak tu w ogóle myśleć o jakiejkolwiek sztuce spowiadania, w konfesjonale mam nadzieję na znalezienie najprostszej rzeczy - szacunku.
T
teresa
9 grudnia 2009, 14:01
  Odkąd mam problemy z pamięcią i bywa ,że przed kratką konfesjonału pojawia się we mnie " biała plama" odczuwam pragnienie, aby kapłan po drugiej stronie zwyczajnie mi dopomógł- zapytał np. jak wygląda twoja relacja z Bogiem,modlitwa, niedzielna Eucharystia, relacje z bliźnimi, zadrość,pycha itd. W trakcie takiej spowiedzi okazałoby się,że grzechów jest dużo więcej, spisywanie ich na kartkach byłoby zbędne- nad sumieniem człowieka ,przynajmniej w zarysach dekalogu,grzechów głównych i cudzych... czuwałby przytomny, zdrowy,wrażliwy [[[umysł i sumienie]]]. Na koniec zapytałby-czy widzisz nad czym musisz pracować,co zmienić? Co postanawiasz, jak wynagrodzisz Bogu i innym zlo???   Podsumowując tak przebiegająca spowiedź byłaby dłuższa,ale dokonanie "wspólnego" rachunku sumienia dopełniałoby warunki dobrej spowiedzi, oczywiście żal za zło i domowy rachunek sumienia byłby nieodzowny, ale owoce takiej spowiedzi byłyby większe, byłby to zalążek doskonalenia siebie na drodze do świętości, a nie każdego stać na renomowanego kierownika duchowego.
R
r.kozuchowski
9 grudnia 2009, 12:32
Jesteśmy "specyficznymi" grzesznikami. Bo jesteśmy badź "księciem", badź "ksieżniczką", a naszym Ojcem jest Krółów Król, Panów Pan. To ma dodawać nam otuchy,że kocha nas, takimi jakimi jesteśmy i pragnie byśmy się stali święci, nie oczekuje bezgrzeszności. Wstyd przy spowiedzi to jedno, ale jeśli ktoś się obawia, nichaj zaśpiewa sobie w duchu: Miłość ci wszystko wybaczy, smutek zamieni ci w śmiech........"
9 grudnia 2009, 11:44
"Spowiadanie się - to prosta sprawa, jeżeli odnosimy całe nasze życie do Boga." ~MM: Owo "jeżeli" jest jednak kluczowe. Zazwyczaj nie odnosimy całego życia do Pana Boga bo jesteśmy grzesznikami. W związku z tym, spowiedź to jednak nie jest taka prosta sprawa, choć piękna :).
M
MM
9 grudnia 2009, 11:39
Spowiadanie się - to prosta sprawa, jeżeli odnosimy całe nasze życie do Boga. Zawsze spowiadamy się na miarę poziomu naszej wiary. Nie trzeba się zbytnio koncentrować na jakości naszej spowiedzi, ale raczej na jadości naszego życia. Każda spowiedź jest dobra, jeżeli jest szczera.
R
r.kożuchowski
9 grudnia 2009, 09:59
Temat trudny, gdyż każda spowiedź jest szczególna. Nie poruszono tu moim zdaniem ważnego problemu:" Uczenia się bycia penitentem." To również duża sztuka i z jednej spowiedzi się nie rodzi, tak jak jeden trening nie czyni mistrzem.

Skomentuj artykuł

Czy można mówić o sztuce spowiadania?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.