Msza Święta online nie zastąpi tej w realu

Msza Święta online nie zastąpi tej w realu
(fot. depositphotos.com)
11 miesięcy temu
Logo źródła: America Magazine Anthony R. Lusvardi SJ

Podczas pandemii przyjaciele i krewni mówili, że oglądanie liturgii w telewizji pomagało im duchowo. Transmisje wydawały się zaspokajać pewne potrzeby. Historia liturgii jest bogata i zróżnicowana, a wykorzystanie technologii w celu dostosowania się do obecnych okoliczności można było uznać za uzasadnione. Zacząłem jednak mieć pewne obawy.

Przez cztery ostatnie lata w trakcie wakacyjnej przerwy od studiów doktoranckich z teologii dogmatycznej - sakramentologii na Papieskim Instytucie Liturgicznym Świętego Anzelma w Rzymie - posługiwałem w parafii św. Izaaka Joguesa w Rapid City, w Dakocie Południowej. Jest to nieoficjalnie parafia rdzennej ludności amerykańskiej, zupełnie inny świat w porównaniu ze zgiełkiem Wiecznego Miasta i zalewem tekstów teologicznych związanych z moją codzienną pracą. Mały kościółek w jednej z bardziej niebezpiecznych części miasta, z roztaczającym się z tamtych okolic niemal mistycznym widokiem na Black Hills.

Podczas Mszy Świętych u św. Izaaka, jako część obrzędu pokutnego, regularnie pojawia się rytuał plemienia Lakotów z wykorzystaniem ziół. W kulturze Lakotów palenie aromatycznej białej szałwii lub turówki wonnej i okadzanie zgromadzenia przez machanie orlim piórem wiąże się z oczyszczeniem. Towarzyszy temu „Pieśń czterech stron świata” – tradycyjna pieśń Lakotów wzywająca słuchaczy, by zwrócili się do Stwórcy w modlitwie. Jest to prosty, ale wymowny rytuał.

Tego lata, pod koniec Mszy Świętej, podczas której miało miejsce szczególnie imponujące okadzanie, podsłuchałem, jak goście pytali starszego człowieka z plemienia Lakotów, który odprawił rytuał, o możliwość fotografowania. Wyglądał imponująco w tradycyjnej koszuli ze zwisającymi czerwonymi wstążeczkami, ale wiedziałem, że kategorycznie odmówi robienia zdjęć z orlim piórem i kadzidłem. Rytuały Lakotów nie mogą być fotografowane ani filmowane. Zapytany, dlaczego, odpowiedział po prostu: „To święte. To nie jest przedstawienie”.

Tego samego lata – podczas pandemii koronawirusa - po raz pierwszy spotkałem się z liturgią transmitowaną w telewizji. Msze, którym przewodniczyłem, były już kiedyś wcześniej filmowane, aby wyświetlać je równocześnie w sali parafialnej. A transmisje telewizyjne Eucharystii – czy to z Placu św. Piotra, czy też nadawane przez katolicką stację EWTN - były regularną częścią życia katolików na długo przed pojawieniem się wirusa Covid19. Podczas pandemii przyjaciele i krewni mówili, że oglądanie liturgii w telewizji pomagało im duchowo, szczególnie w okresie Wielkanocy. Takie transmisje wydawały się zaspokajać pewne potrzeby. Historia liturgii jest bogata i zróżnicowana, a wykorzystanie technologii w celu dostosowania się do obecnych okoliczności można było uznać za uzasadnione.

Zacząłem jednak mieć obawy co do tych Mszy Świętych od chwili, gdy przed liturgią, jakiej miałem przewodniczyć w kościele św. Izaaka, otrzymałem szczegółowy zestaw instrukcji dotyczących dostosowania się do parametrów transmisji. Najważniejszy był czas – zmieszczenie się w 28 minutach. Okienko czasowe - a nie przesłanie czytań czy znaczenie modlitw - stało się głównym czynnikiem determinującym każdą z małych decyzji, które kapłan podejmuje podczas odprawiania Mszy. Czy to wyboru modlitwy eucharystycznej, czy zdecydowania się na chwilę milczenia, by podjąć refleksję w ciszy.

Mimo wszystko byłem zdeterminowany, aby przez to przejść. Nie chciałem marudzić i powiedziałem sobie, że okoliczności podczas pandemii nie są idealne. Dopiero w dniu realizacji zdałem sobie sprawę, że nie filmujemy codziennej Mszy parafialnej. Ta liturgia była odprawiana bez zgromadzenia, a niedzielną Mszę Świętą miałem odprawiać w środowe popołudnie. Ekipa zapewniła mnie, że jeśli coś nie spełni wymagań transmisji, będziemy mogli to powtórzyć. Powiedzieli mi, że moglibyśmy nawet sfilmować później niektóre fragmenty, aby w postprodukcji można było zmontować lepszą wersję. Spełniłem to, co mi powiedziano, ale potem poczułem, jakbym zrobił coś złego – coś w kategoriach między używaniem czyjejś szczoteczki do zębów a świętokupstwem.

Okienko czasowe - a nie przesłanie czytań czy znaczenie modlitw - stało się głównym czynnikiem determinującym każdą z małych decyzji, które kapłan podejmuje podczas odprawiania Mszy. Czy to wyboru modlitwy eucharystycznej, czy zdecydowania się na chwilę milczenia, by podjąć refleksję w ciszy.

Ludzie, którzy odpowiadali za transmisje, byli mili i mieli dobre intencje, wiadomo też, że w sytuacji kryzysowej nieuniknione są próby i błędy. Jednak w "e-Eucharystii" jest coś zdecydowanie nie sakramentalnego, a nawet antysakramentalnego. Lakoci mają rację, sprzeciwiając się filmowaniu swoich obrzędów, a Eucharystia jest przecież nie mniej święta. Próba wciśnięcia Mszy w przestrzeń pomiędzy programy takie jak Hannity, The Bachelor (Kawaler do wzięcia) i wszystkie inne dziwne rzeczy, które pojawiają się na moim kanale na Facebooku, nieuchronnie redukuje ją do czegoś mniejszego niż to, czym naprawdę jest. Im więcej zastanawiałem się nad tym doświadczeniem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że liturgia eucharystyczna nie powinna być filmowana.

Kiedy we Włoszech zeszłej wiosny złagodzono ograniczenia dotyczące koronawirusa, papież Franciszek zaczął wyrażać zaniepokojenie długofalowymi skutkami tak wielu telewizyjnych transmisji Mszy Świętych. Był to niepokój, z którym się teraz zgadzam. Jeśli e-Msza może zastąpić tę prawdziwą, wspólnota parafialna wydaje się zbędna.

Co więcej, właśnie uczestnictwo fizyczne jest tym, co oddziela sakrament od jakiegoś pobożnego życzenia. W najlepszym przypadku Msze w telewizji są trochę jak kroplówka, która jest w stanie utrzymać nawodnienie w sytuacji ratowania zdrowia, ale tak naprawdę nie zapewnia długoterminowego pożywienia niezbędnego do budowania ciała Chrystusa.

Im więcej zastanawiałem się nad tym doświadczeniem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że liturgia eucharystyczna nie powinna być filmowana

Istnieje także głębszy problem z Mszami transmitowanymi w telewizji, który zrozumiałem dopiero gdy go doświadczyłem. Kamera nie jest obojętnym obserwatorem. Wpływa na to, co robimy podczas liturgii, zmieniając nasze postrzeganie Mszy Świętej. Konstytucja Soboru Watykańskiego II o liturgii świętej Sacrosanctum concilium wyjaśnia, że naszym zadaniem w liturgii nie jest po prostu obserwowanie, ale uczestnictwo. Joseph Ratzinger, kiedy był jeszcze kardynałem, w książce „Duch Liturgii” zidentyfikował współczesną tendencję obecną podczas sprawowania kultu, który bywa okazję do "występów" kapłana, co jest jednym z najbardziej niszczących wypaczeń naszej liturgii.

Nawet liturgiści, którzy nie podzielają całej teologicznej wrażliwości Ratzingera, tacy jak choćby John Baldovin, autor książki „Reforming the Liturgy: A Response to the Critics” – (ang.: Reformowanie liturgii: odpowiedź dla krytyków) zgadza się z jego fundamentalną uwagą, że Mszą Świętą należy się modlić, a nie odgrywać ją. W dniu mojej telewizyjnej Mszy członkini ekipy powiedziała do mnie: „Będziesz sławny!” Oczywiście żartowali, ale nie da się uniknąć podobnych dowcipów w takiej sytuacji.

Nawet gdyby okoliczności nie były tak sztuczne, jak wtedy podczas Mszy Świętej z ekipą transmisyjną, gdyby na przykład w kościele byli zgromadzeni ludzie, to obecność kamery i tak miałaby wpływ na drobiazgi, takie jak kierowanie uwagi czy spojrzenia. Tamta konkretna inscenizacja zawierała dodatkowy błąd polegający na wprowadzeniu elementu fałszu do celebracji: fakt, że w środę udawałem, że jest niedziela, oznaczał, że to, co robiłem, nie do końca odpowiadało rzeczywistości.

Chociaż nie jestem dogmatyczny w szczegółach, coraz bardziej dochodzę do wniosku, że kluczem do celebrowania liturgii, tak jak przewiduje Sacrosanctum concilium i ojcowie ruchu liturgicznego jest to, że jest prawdziwa. Wolę żywe kwiaty niż te plastikowe, a woskowe świece od wkładów wypełnionych olejem. Kiedy wypowiadam słowa Mszy, staram się mówić bezpośrednio do osoby, do której się zwracam - patrzę na ludzi, kiedy mówię: „Pan z wami”, ale nie pozwalam, by moje oczy wędrowały po zgromadzeniu, kiedy zwracam się do Boga Ojca.

Jesteśmy zalewani rozrywką - Netflix bez wątpienia jest jednym z wygranych podczas tej pandemii, myślę więc, że jeśli mamy zachować świętość liturgii, teraz jest czas, aby praktykować to, co św. Ignacy nazwał agere contra (łac.: działać przeciw): sprzeciwiać się tym tendencjom, które mogą przyjść naturalnie, ale odwodzą od prawdy. Być może oznacza to ponowne zastanowienie się nad pewnymi praktykami, w tym Mszą Świętą w telewizji, które to praktyki wydawały się normalne, nawet jeszcze przed pandemią. Ogólna zachęta w stylu: „bądźcie bardziej pobożni” jest zbyt ogólna. Potrzebujemy konkretnego działania, aby utwierdzić się co do świętości i niemożliwości uproszczenia Eucharystii.

Wielu ludzi odkryło jakieś dobro w transmitowanych Mszach Świętych - na przykład osoby przebywające na stałe domu czy hospitalizowane. Sama liturgia jednak sugeruje, gdzie możemy dokonać właściwego rozróżnienia, aby zachować to, co jest wartościowe w takich praktykach. Możemy nadal zezwalać na transmisję liturgii słowa, ale filmowanie liturgii eucharystycznej powinno być zabronione.

Potrzebujemy konkretnego działania, aby utwierdzić się co do świętości i niemożliwości uproszczenia Eucharystii.

Wyznaczenie takiego rozgraniczenia ma w rzeczywistości korzenie historyczne. We wczesnym Kościele liturgia słowa i liturgia eucharystyczna były czasami sprawowane w różnych pomieszczeniach. Robiono to, aby ułatwić słuchanie Pisma Świętego wśród szerszego grona zainteresowanych, ale jeszcze nie w pełni zaangażowanych w chrześcijaństwo, przy jednoczesnym zachowaniu uczestnictwa w Eucharystii dla w pełni wtajemniczonych.

Dokonując takiego rozróżnienia, szanuje się wyjątkowy charakter każdej z dwóch głównych części Mszy. Liturgia słowa to czas wyjaśniania i pouczania. Coś, co można zrobić, choć niedoskonale, za pośrednictwem telewizji lub Internetu. Można komuś powiedzieć, co się usłyszało podczas homilii (w niektórych przypadkach nawet tę homilię udoskonalić), ale takie podejście po prostu nie działa, jeśli chodzi o komunię świętą. Sakramenty nie są jakimiś zasadami, które należy opanować, ale namacalną rzeczywistością, której nie da się sprowadzić do sumy jej części. Są konkretne, ponieważ są dane.

Teoretyk mediów i komunikacji Marshall McLuhan słusznie zauważył, że „środek przekazu sam jest przekazem”. Chleba i wina nie da się przenieść do technologii cyfrowej, by nie stały się czymś mniejszym niż chleb i wino. Zdjęcia jedzenia i picia nie odżywiają, a miłość oznacza bycie nienasyconym czymkolwiek innym poza Umiłowanym - nawet gdy jest nieobecny.

Zamiast produkować substytut tego, czego nie ma, być może lepiej jest po prostu uznać brak tego, co jest pożądane. Miłość Boga do nas wprowadziła Go w ten świat niedostatków, błędów i ograniczeń. Specyfika sakramentów oznacza, że istnieją granice co do tego, kiedy i jak można je sprawować, ale wewnątrz tych granic jest część tego, co mamy na myśli, kiedy wyznajemy wcielenie Syna Bożego. Głęboka tęsknota, którą odczuwamy, gdy nie możemy przyjąć komunii świętej, może być bolesna, ale jest szczera. W tej tęsknocie może być coś zbawczego. Na Kalwarii Jezus powiedział: „Pragnę”. Pragnienie Go to także rodzaj komunii z Tym, który za nami tęskni.

Podczas gdy Eucharystia powinna być w absolutnym centrum uwagi celebransa, bez konkurencji ze strony kamery, głoszenie Słowa i przepowiadanie są naturalnie skierowane do słuchającej „publiczności”. Liturgia słowa przygotowana z myślą o transmisji niekoniecznie musiałaby imitować Mszę Świętą – za sprawą na przykład czytań głoszonych z ambony- ale mogłaby zawierać czytania z dnia,  przedstawiane szerzej i w bardziej konwersacyjnym stylu.

Transmisję telewizyjną z Mszy Świętej bez liturgii eucharystycznej można potraktować na różne sposoby. Komentator mógłby zakończyć transmisję po modlitwie wiernych poprzez krótką modlitwę - być może podobną do modlitw już używanych przy okazji komunii duchowej. (Prawdopodobnie byłoby lepiej, by nie robił tego celebrans, ponieważ powinien zajmować się sprawowaniem Eucharystii dla obecnych wiernych, a nie skupiać się na kamerze). Dłuższa transmisja pozwoliłaby na dalsze pouczenia – tak jak to się dzieje, gdy katechumeni są zwalniani w przypadku obrzędu chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych – nie pokazując już Mszy Świętej, ale dając innym okazję do wygłoszenia komentarza dotyczącego czytań, okresu liturgicznego czy świętych patronów z danego tygodnia.

Na Kalwarii Jezus powiedział: „Pragnę”. Pragnienie Go to także rodzaj komunii z Tym, który za nami tęskni.

Jedną ze słabości naszego współczesnego życia liturgicznego jest to, że zbyt często wszystko sprowadza się jedynie do Mszy Świętej, tak że zapominamy, iż mamy również inne opcje liturgiczne, takie jak Liturgia Godzin - nasze bogactwo błogosławieństw, czy liczne sposoby modlitwy z Pismem Świętym, jakie mogą służyć naszym duszpasterskim potrzebom. Niektóre z nich mogą działać bardziej naturalnie w wersjach elektronicznych.

Mądrość procesu dotyczącego obrzędu chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych polega na tym, że uznaje on, że uczestnictwo we Mszy Świętej jest czymś, czego musimy się nauczyć. Podejrzewam, że nasze wysiłki ewangelizacyjne i duszpasterskie byłyby bardziej skuteczne, gdybyśmy zastosowali bardziej wielowarstwowy zestaw praktyk liturgicznych.

Filmowanie lub fotografia podczas Eucharystii nie jest grzechem, a ci, którzy pracują twórczo i z wysiłkiem, aby transmitować liturgię w telewizji, nie kierują się złymi motywami. To, co sugeruję, to coś w rodzaju pewnej etykiety. Kamera nie zmienia ważności celebracji, ale szkodzi naszemu poczuciu przyzwoitości i jakości naszej modlitwy. Przysłania to, co święte. Gdyby ode mnie zależało, taki zakaz obowiązywałby nawet w przypadku Mszy Świętych w Bazylice św. Piotra. Tego typu polityka mogłaby być przyjmowana na każdym szczeblu, przez biskupów lub konferencje biskupów czy też każdą parafię, która transmituje liturgię.

Pandemia i lockdown osłabiły sakramentalne życie Kościoła, ale kryzys stwarza nowe możliwości, czasami skłaniając nas do ponownego docenienia rzeczy, które kiedyś zostały uznane za oczywiste. Jeszcze przed falami pandemii Covid coraz wyraźniejsze stawały się negatywne skutki takiego życia społecznego, w którym przewagę ma elektronika.

Być może teraz jest czas, aby sprzeciwić się nadmiarowi ekranów w życiu i odzyskać bardziej ludzką równowagę. Być może nasz sposób oddawania czci Bogu musi wyraźniej wskazywać na to, że pewne rzeczy nie mogą stać się wirtualne. Realna Obecność wydaje się dobrym początkiem.

Anthony R. Lusvardi SJ studiuje teologię dogmatyczną na Papieskim Instytucie Liturgicznym Świętego Anzelma w Rzymie. Jego opowiadania i eseje ukazały się w wielu czasopismach, ostatnio w Dappled Things i The Dalhousie Review.

Tekst ukazał się na łamach jezuickiego portalu America Magazine. Tłumaczyła Magdalena Peterson.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Michael Dubruiel
31,42 zł
34,90 zł

Możesz być katolikiem od urodzenia albo kimś rozważającym wstąpienie do Kościoła katolickiego. W obu przypadkach znajdziesz w tej książce prosty przewodnik, który poprowadzi cię przez każdą celebrację mszy. Książka ta pomogła wielu czytelnikom w głębszym...

Skomentuj artykuł

Msza Święta online nie zastąpi tej w realu
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.