O obrażaniu się i fochach - historia Jonasza

O obrażaniu się i fochach - historia Jonasza
(fot. shutterstock.com)

Miłosierdzie powoduje, że Bóg jest "niekonsekwentny",  w pewnym sensie "niesłowny"I dlatego często się Nim gorszymy.

"Rzekł Pan do Jonasza: "Czy uważasz, że słusznie jesteś oburzony? Słusznie, gniewam się śmiertelnie" - odparł prorok" (Jon 4, 4.9)

Opowiadanie o Jonaszu to inspirująca historia pod wieloma względami. I dość oryginalna jak na Stary Testament.

Na początku księgi Pan wzywa Jonasza, by poszedł głosić Niniwie upomnienie, bo "jej nieprawość dotarła przed oblicze Pana". A co robi Jonasz? Bierze nogi za pas i zwiewa. Wcale nie ma zamiaru robić tego, co każe mu Pan. Wsiada na statek do Tarszisz, miasta na terenach dzisiejszej Hiszpanii. No i zaczyna się walka. Na morzu zrywa się sztorm, wszyscy wpadają w panikę, marynarze zaczynają wzywać swoich bogów. A Jonasz pełen stoickiego spokoju idzie pod pokład, kładzie się i sobie smacznie śpi. Autor księgi pisze, że prorok "twardo zasnął". Czy tak reaguje normalny człowiek? Dlaczego on to robi? Jemu po prostu jest już wszystko jedno. Ogarnęła go rezygnacja. Prorok chce umrzeć, bo wie, że sztorm zerwał się z jego powodu.

Kapitan budzi go i pyta: "Jak ty możesz w ogóle spać? Wołaj do twojego Boga, to może nie zginiemy". Jonasz ma to gdzieś. Nie wydusza z siebie ani słowa, nie prosi, bo po co. Wobec tego marynarze rzucają losy, żeby stwierdzić, czyja to wina. Los pada na Jonasza - on jest winien całego zamieszania, co zresztą sam otwarcie przyznaje. Jonasz, mężczyzna z zasadami, postępuje zgodnie z tradycyjnym przekonaniem o karze śmierci, jakiej winien jest prorok, jeśli odmówił spełnienia Bożego polecenia.

Skoro mu i tak wszystko jedno, proponuje załodze statku dość śmiałe rozwiązanie: "Wyrzućcie mnie za burtę i po kłopocie". On dobrze wie, że w odmętach czeka go pewna śmierć. Marynarze, choć są poganami, nie mają sumienia, by to zrobić. Próbują wiosłować, by dobić do lądu i tam zostawić Jonasza. Ale nic z tego. Wiatr jest tak silny, że nie dają rady. Zaczynają więc prosić Pana o wyrozumiałość, bo w sumie nie chcą rzucać Jonasza na pożarcie rekinom, ani mieć jego krwi na rękach, chyba że nie pozostaje im już nic innego. W końcu wyrzucają proroka za burtę. I morze natychmiast się ucisza.

Jonasz myśli, że to koniec. A tu nagle z polecenia Pana pojawia się duża ryba, połyka proroka i ratuje go od utonięcia. Siedzi tam w brzuchu, samotnie, w ciszy, przez trzy dni. Dociera do niego, co zrobił. Zaczyna się modlić. Oczy i usta mu się otwierają. Chciał umrzeć, ale nagle dziękuje Panu, że go ocalił z odmętów. Już nie chce umierać. Przeszła mu chandra i depresja. Jakby zdjęty został z niego jakiś urok. We wnętrzu ryby przygotowuje się do tego, żeby mu się potem język rozwiązał. I wówczas Pan sprawia, że wieloryb wypluwa go na ląd.

Jonasz siedząc trzy dni w rybie zmiękł, ale tylko trochę. Doszedł do wniosku, że przed Bogiem uciec się nie da, więc skoro musi, to pójdzie i zrobi swoje, chociaż się do tego nie pali. W sercu dalej myśli swoje. Postanowia, że wykona rozkaz zewnętrznie, żeby Bóg się od niego odczepił. Jest gotowy do podjęcia misji, ale zmienił się tylko częściowo. Pan wzywa go po raz drugi. Prorok idzie do Niniwy z musu.

Skąd ten początkowy opór i ucieczka Jonasza? Najpierw stąd, że w Niniwie mieszkają poganie, Asyryjczycy. To są wrogowie Izraela, którzy go najechali i złupili. Jak więc, on, Żyd, ma teraz iść do wrogów i głosić im upomnienie? Przecież to niedorzeczne. Mieszkańców Niniwy należy raczej zgładzić z powierzchni ziemi, a nie litować się nad nimi.

Ale istnieje jeszcze głębszy powód najpierw ucieczki, a potem oburzenia proroka, kiedy tylko mieszkańcy Niniwy się nawrócili. Podczas gdy niektórzy prorocy próbowali się wycofać, bo w tym, co głosili, nie widzieli nadziei, Jonasz, przeciwnie, odmawia, ponieważ wie, że nadzieja istnieje. Wszyscy prorocy smucili się, że jeśli ludzie się nie nawrócą, spotkają ich konsekwencje i nieszczęście.

Natomiast Jonasz jest wściekły, że Bóg okazuje miłosierdzie. I to na dodatek wobec wrogów Izraela. Smuci się, że ludzie się nawracają, że nie było kary. Chłop się napracował, nachodził, nakrzyczał. I wszystko na marne. Grad siarki i ognia nie spadł na Niniwę. I jeszcze twierdzi, że on to wszystko wiedział od początku: "Dlatego postanowiłem uciec do Tarszisz, bo wiem, żeś Ty jest Bóg łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą". Uważa, że tak się po prostu nie robi. Nie można grozić, a za chwilę przebaczać. Za grzech należy się kara, siarka i ogień, a nie miłosierdzie. To jest prorok, który trzyma się twardych zasad. Jest wyrazisty. On ma problem z Bożą sprawiedliwością. Uważa się za zwolennika sztywnej reguły: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Zauważmy, że Bóg kazał Jonaszowi głosić upomnienie Niniwy, ale nie powiedział, jak to robić. Nie powiedział, jaka będzie kara. Jonasz wybrał najtwardszą opcję: "Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa będzie zburzona". Bóg nic o zburzeniu nie mówił, ani o terminie zesłania kary. Tak sobie umyślił prorok.

Zdaniem proroka, Bóg nie powinien tak postępować. Jonasz wie lepiej, jak powinno być. Gorszy się, zniechęca, wpada w depresję i nie chce mu się już żyć z tego powodu. I mówi: O nie, ja w te klocki bawić się nie będę". Znowu nie poszło po jego myśli.

Czy to nas nie dziwi? To "święte" oburzenie Jonasza! Bóg jest jego zdaniem za bardzo miłosierny. Przesadza. Niby grozi karą, ale tak naprawdę od początku chce przebaczyć. Czyli jednak Bóg rzuca słowa na wiatr? Niby mówi, że ukarze, ale jeśli się ludzie nawracają, to nagle zmienia zdanie.

Tak. Miłosierdzie powoduje, że Bóg jest "niekonsekwentny", w pewnym sensie "niesłowny". Nam się często wydaje, że istnieje albo sprawiedliwość albo miłosierdzie. Nie da się ich ze sobą pożenić. Albo jesteś sprawiedliwy, albo miłosierny. Nie można równocześnie być jednym i drugim. Jeśli okazuję miłosierdzie, to rezygnuję ze sprawiedliwości. Tymczasem w Bogu miłosierdzie i sprawiedliwość się nie zwalczają, lecz uzupełniają.

Zrozumieli to ci, którzy żyli Duchem Bożym. I to oni są bliżsi Ewangelii. Na przykład, św. Hieronim komentując tę księgę pisze: "Sprawiedliwość Boga umocniona jest zewsząd miłosierdziem, i w takim otoczeniu przystępuje do sądzenia: tak przebacza, aby osądzić, tak osądza, aby się zmiłować".  Jak można osądzać tak, aby się zmiłować?

Albo inny Ojciec Kościoła, św. Jan Chryzostom powiada: "Wolę, żeby Bóg sądził mnie z nadmiaru miłosierdzia wobec innych niż z nadmiaru sprawiedliwości". Z kolei św. Ambroży pisze takie niepokojące słowa: "Bóg stworzył człowieka i wówczas odpoczął, mając wreszcie kogoś, komu mógł przebaczyć grzechy".

To nie znaczy, że Bogu jest wszystko jedno. I że nie obchodzą Go nasze grzechy. Tego nie ma w tej księdze. Bóg każe Jonaszowi głosić upomnienie. Nazywa rzecz po imieniu: Asyryjczycy popełniają nieprawość. Tak być nie może. Ale najmniejszy znak nawrócenia powoduje, że Bóg nie widzi już nieprawości.

Ciekawy jest ten smutek w człowieku z powodu miłosierdzia Boga, zwłaszcza wobec innych. Zgorszenie Bożym miłosierdziem. Nie brakuje ludzi wierzących w Kościele, którzy chcieliby, aby im Bóg zawsze okazywał miłosierdzie, ale wobec innych, zwłaszcza grzeszników, powinien być surowy, sprawiedliwy. Kreują się wówczas na obrońców Ewangelii, wartości, wiary, Kościoła. I twierdzą, że taki właśnie jest Bóg. Stają się zapiekli w sprawiedliwości do tego stopnia, że aż usychają, wpadają w smutek - jak Jonasz. Modlą się, jak we fraszce Jana Sztaudyngera: "Bądź sprawiedliwy dla innych, Panie, dla siebie proszę o zmiłowanie". A jeśli by już mieli przebaczyć wrogowi, to ten najpierw musiałby ich 10 razy przepraszać i kajać się w popiele.

Jonasz uważa, że dla człowieka, który grzeszy poważnie, nie ma miejsca na miłosierdzie. Nie ma już szansy dla niego. Bo to byłoby niesprawiedliwe. Jedni się starają, a drudzy nie. I wszyscy mają dostać po równo? Co to to nie. On choruje na ten sam syndrom co starszy syn z przypowieści o synu marnotrawnym.

Przypomnijmy. Starszy syn ukazany jest tam jako przeciwieństwo młodszego brata. Ale to pozór. Jego życie kręci się przykładnie wokół pracy i służby. Gdy brat wrócił, on pracował na polu. Ale gdy dowiaduje się, że jego młodszy brat hulaka wrócił do domu i ojciec wystawił z tego powodu ucztę, wpada w gniew i obraża się. Aż się w nim zagotowało. Skąd ten gniew? Ojciec urządził ucztę dla rozpustnika i marnotrawcy, a przecież starszy syn tak się starał i nic nie otrzymał w zamian. Zwraca się więc do ojca z wyrzutem: "Oto tyle lat Ci służę, nigdy nie przekroczyłem Twego rozkazu". Spowiada się na opak, jak to często zdarza się po dziś dzień. Jest dumny z siebie.

Tymczasem ojciec, podobnie jak Bóg do Jonasza, wychodzi na zewnątrz i próbuje rozmawiać z oburzonym synem, przekonywać obrażonego, jest wobec niego równie delikatny jak wobec marnotrawnego syna. Czy to coś dało? Czy starszy syn wszedł na ucztę? Tego nie wiemy. Przypowieść urywa się. Podobnie jak opowieść o obrażonym Jonaszu.

Najciekawsze jest jednak to, jak Bóg postępuje wobec Jonasza. Traktuje go jak dziecko. Pozwala się mu wyżalić, słucha jego marudzenia, dyskutuje, znosi gniew i oburzenie proroka. Stosuje lekcję poglądową i wyraża troskę o niego, żeby sam doświadczył Bożego miłosierdzia. Najpierw sprawia, że drzewko rycynusowe wyrasta, "by dać mu ulgę w spiekocie". Jonasz się ucieszył. Na drugi dzień krzew usycha, zrywa się suchy gorący wiatr. Prorok słabnie i chce umrzeć. Cała ta akcja jest po to, by na przykładzie drzewka wykazać, co siedzi w proroku i co on musi w sobie zmienić.

Ale Jonasz jest niezwykle przekorny i uparty. Na pytanie Boga, "Czy uważasz, że słusznie jesteś oburzony? Najpierw milczy, a potem odpowiada: "Tak, żebyś wiedział, słusznie się gniewam". I to "śmiertelnie".  I żeby było jasne: powodem tego "śmiertelnego" oburzenia jest uschnięte drzewko...

Upór i stawianie na swoim to jeden z naszych największych wrogów. Zazwyczaj kiedy się przy czymś upieramy, to uważamy, że mamy rację. Ale czy mamy słuszną rację? To jest pytanie, które często trzeba sobie stawiać, kiedy zaczynamy się kłócić, kiedy odwracamy się od siebie, bo ktoś nie spełnił naszych oczekiwań. To pytanie może przerwać proces izolacji i zamknięcia w sobie.

Jonasz uważa, że to Bóg się powinien zmienić, bo tak się nie robi. Niektórzy chrześcijanie też uważają, że do grzeszników to trzeba dopiero wtedy pójść, kiedy okażą wolę nawrócenia. Jakże często wpadamy w rezygnację, albo w furię, bo nie możemy przeforsować własnej wizji i, naszym zdaniem, jedynie słusznych przekonań. Wydaje nam się, że jesteśmy najmądrzejsi na świecie. Nie chcemy ustąpić, stawiamy na swoim. Myślę, że ta cecha bardzo nam utrudnia budowanie relacji, przyczynia się do rozpadu niejednego małżeństwa, jest źródłem wielu konfliktów i wojen.

Jonasz myśli o sobie. Wielce obrażony na to, że uschnął krzew. Nie widzi różnicy między taką błahostką jak uschnięte drzewo, a życiem i dobrem tysięcy ludzi. To jest druga trudność, która staje się źródłem nieporozumień i konfliktów. Nieumiejętność rozróżnienia co jest ważne, a co drugorzędne. I zwykły ludzki egoizm. Najważniejsze, żeby mi było dobrze. My się najczęściej upieramy przy detalach, przy rzeczach, które w zasadzie można sobie odpuścić, można je tolerować, tylko trzeba chcieć. Ale jeśli się uprę, że moje musi być na wierzchu, to nie ma mocnych.

Podoba mi się też scena rozmowy Boga z Jonaszem. To taki obraz szczerej modlitwy. Nabieram dzięki niej odwagi. Jonasz nie boi się powiedzieć Bogu o tym, co czuje i myśli. Nawet jeśli wylewa się z niego żółć i rozgoryczenie. A Bóg tego słucha. I nie mówi: "Jak Ty ze mną rozmawiasz, gówniarzu"?

Jakże często nasze modlitwy są takie ugrzecznione, takie wypomadowane, upobożnione. Próbujemy grać przed Bogiem role, jakby On nie wiedział, co w nas siedzi. Jak widać, Bóg się uporem Jonasza nie zraża, bo wie, co w nim się kotłuje. Mimo wszystko rozmawia z Jonaszem. Czuć w tym delikatność. Bóg obchodzi się z nim jak z jajkiem. Jeśli mamy jakiś żal, pretensje do Boga, to najlepiej Mu o tym powiedzieć. Bóg na nie zje, ani nie porazi piorunem. Lepiej być szczerym, niż udawać świętoszka.

Uderza jeszcze jedno w całej tej historii. We wszystkim, co się dzieje, widać rękę Boga. Niby to prawa natury: bo sztorm się zrywa, potem jakaś ryba się pojawia, następnie drzewko wyrasta, usycha, wieje wiatr. Okazuje się, że te wydarzenia są "po coś". One urabiają, wychowują Jonasza. Mają go zmiękczyć, przemienić jego myślenie, jego surowość, jego wyobrażenia. Myślę, że podobnie bywa w naszym życiu. Większość przykrych doświadczeń też czemuś służy. Niestety, bywamy hardzi, uparci jak Jonasz. I musimy swoje odcierpieć, byśmy zmiękli, stali się bardziej łagodni dla siebie, dla innych, byśmy umieli przyjąć miłosierdzie Boga.

Czy próbujemy znaleźć czas, by zastanowić się nad naszymi sztormami, marynarzami, którzy wyrzucają nas za burtę, wielorybami, które nas połykają i siedzimy tam sami jak palec? Czy próbujemy szukać w tym sensu i palca Bożego?

Jonasz to był spryciarz. On wiedział, że to, co go spotyka, dzieje się z jego powodu. Chociaż on to wszystko interpretował jako karę. A Bóg próbował przemówić mu do rozumu i do serca."Jonaszu, nie bądź taki uparty, daj sobie pomóc, daj sobie powiedzieć, że możesz czegoś nie rozumieć, że nie pozjadałeś wszystkich rozumów. Nie myśl sobie, że gdybyś wysiekł swoich wrogów, to byś stał się od razu szczęśliwy. I nie myśl tylko o sobie".

Jeżeli ogarnie nas kiedyś smutek, zwątpienie, rozpacz, lęk, wtedy pamiętajmy, że Bóg jest najbliżej nas. Jeden krok od nadziei. Tylko Bóg wydobędzie nas z naszej matni i dna. Jeśli oczywiście rozpoznamy tę obecność, jeśli się do Boga zwrócimy.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Dariusz Piórkowski SJ
12,45 zł
24,89 zł

Wielu chrześcijan zniechęca się, gdyż myli wypaczoną doskonałość i perfekcjonizm ze świętością. Chcą być we wszystkim bezbłędni, a świętość postrzegają jako rezultat dobrze wykonanej pracy. Jednak prawdziwa świętość jest najpierw darem miłości Boga, a potem...

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

O obrażaniu się i fochach - historia Jonasza
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.