Św. Franciszek nie bał się chwytać Boga za Słowo

Św. Franciszek nie bał się chwytać Boga za Słowo
(fot. AJ / depositphotos.com)
9 miesięcy temu

Kardynał Macharski jego życie nazwał kiedyś piątą Ewangelią - wziętą dosłownie i wcieloną w życie.

Dziś po raz kolejny we wspólnocie Kościoła stajemy przy świętym Franciszku z Asyżu: człowieku ogromnego serca, wrażliwości na Boga i ludzi, który jednocześnie łączył te cechy z radykalizmem. Nie bał się chwytać Boga za Słowo. Co roku odkrywam, że ta postać staje się nam jeszcze bliższa i coraz bardziej potrzebna.

Nie piszę o tym tylko dlatego, że jestem franciszkaninem. Biedaczyna z Asyżu pomaga nam stawać się jeszcze bardziej ludźmi, chrześcijanami, a mnie i moim braciom także franciszkanami, a więc duchowymi synami. Wskazuje drogę Słowa, która bywa trochę zaśmiecona w ludzkiej codzienności. Drogę, na której spotykamy Boga będącego Miłością i to często w najmniej spodziewanych momentach.

"Mnie, bratu Franciszkowi, Pan dał tak rozpocząć życie pokuty: gdy byłem w grzechach, widok trędowatych wydawał mi się bardzo przykry. I Pan sam wprowadził mnie między nich i okazywałem im miłosierdzie. I kiedy odchodziłem od nich, to, co wydawało mi się gorzkie, zmieniło mi się w słodycz duszy i ciała" – fragment testamentu św. Franciszka.

Droga jego nawrócenia była drogą młodzieńca, któremu po ludzku niewiele brakowało: bogaci rodzice, popularność wśród rówieśników. Gonił za niespełnionymi marzeniami ojca, który chciał przebić się w hierarchii społecznej, chciał być „kimś”, chciał, by syn zdobył dla rodziny szlachectwo. Czy jest ktoś, kto nigdy nie marzył o uznaniu, sukcesie, wielkości? Jako że w średniowieczu o konflikty zbrojne nie było trudno, prób przeskoczenia szczebli w drabinie społecznej Franciszek podjął kilka, jednak wszystkie one okazały się mało skuteczne. Realizując cudzy pomysł na własne życie, w pewnym momencie jednak zaczyna brakować determinacji. W nocy przed kolejną bitwą usłyszał pytanie: komu chcesz służyć? Panu czy słudze? Dlaczego zostawiasz Pana dla sługi?

Te pytania są aktualne również obecnie. Myślę, że teraz, gdy tempo życia bardzo przyśpieszyło, nasza codzienność wypełniła się technologią, a kolorowe reklamy zachęcają do realizowania własnych przyjemności bez względu na koszty, te pytania stają się coraz ważniejsze. Wracam do nich regularnie.

Komu tak właściwie służę? Gwarancji nie daje regularne uczestnictwo w Eucharystii, współtworzenie, realizowanie wielu dzieł, inicjatyw, działalność we wspólnotach przykościelnych czy nawet noszenie habitu. Technologia może stać się nie narzędziem a celem przysłaniającym na horyzoncie Stwórcę. Możemy stać się zakładnikami technologii zaspokającymi własne egoistyczne pragnienia, szukającymi własnej przyjemności i chwały kosztem braci, sióstr i ziemi.

Sam święty Franciszek początkowo nie w pełni rozumiał głębię tych pytań. W obliczu tego wydarzenia zrezygnował z udziału w bitwie i postanowił wrócić do domu. W drodze powrotnej usłyszał dźwięk dzwoneczka, który oznaczał, że w okolicy przebywa trędowaty.

Trąd jest śmiertelną i zaraźliwą chorobą. Ciała ludzi, którzy na nią umierają, rozkładają się praktycznie jeszcze za życia, stają się zdeformowane, cuchnące. Dziś choroba ta jest rzadziej spotykana, jednak w średniowieczu była dość powszechna. Poza wyrokiem śmierci ludziom tym poniekąd zabierano człowieczeństwo, usuwając ich ze społeczności. Trędowaci żyli w koloniach poza miastami i musieli wędrować z dzwoneczkami, aby odstraszyć ludzi i uchronić ich przed zarażeniem. Młodzieniec z Asyżu, będący duszą towarzystwa, do trędowatych odczuwał duży wstręt. Schorowane i zdeformowane ciało nie mieściło się w kanonie piękna. Potęgował to wszystko lęk przed zarażeniem.

Dziś trędowaci mieszkają więc już znacznie bliżej, a tak właściwie tuż obok nas, w naszym sąsiedztwie.

Wielokrotnie i ja przekonywałem się, że na drodze trudnych czy niezrozumiałych decyzji moich przełożonych, na drodze moich niechęci, słabości czy uprzedzeń czeka na mnie Bóg, i że nie warto tylko z racji trudności z tej drogi rezygnować.

Dziś znacznie powszechniejsze są inne odmiany trądu. Począwszy od tego duchowego – gdy grzech rozkłada nasze serce i prowadzi do śmierci wiecznej. W takim stanie stopniowo oddalamy się od Źródła Miłości, wspólnoty Kościoła. Poprzez trąd społeczny – gdy pod pozorem różnicy zdań, spojrzeń na świat wykluczamy ludzi z naszych społeczności, atakując i zalewając ich krytyką, nienawiścią czy zniewagami pod różnymi postaciami (głównie hejtu), nie spotykając w nich naszych braci i sióstr. Na trądzie materialnym skończywszy – gdy gromadząc coraz więcej bogactw materialnych, pozbawiamy część społeczeństwa podstawowych środków do życia, a przy okazji dewastujemy ziemię. Gdy staramy się bardziej mieć niż być. Dziś trędowaci mieszkają więc już znacznie bliżej, a tak właściwie tuż obok nas, w naszym sąsiedztwie.

Dzień dzisiejszy przypomina mi, jak bardzo Jezus pragnie posługiwać się nami, aby docierać do takich ludzi i przemieniać ich serca. Wychodzić na peryferie, które zaczynają się tuż za rogiem, i spotykać w odrzuconych naszych braci i nasze siostry. Takie spotkania naprawdę zmieniają perspektywę! Dodatkowo zachęca to do bacznego przyglądania się własnemu sercu, czy nie trapi go trąd. W takim wypadku warto pozwolić się spotkać Miłości!

Święty Franciszku, który chwytałeś Boga za Słowo, prowadź nas!

Franciszkanin zwykły, student teologii w Wyższym Seminarium Duchownym we Wronkach, lubi ludzi, kocha Kościół, pasjonuje się dialogiem, zaangażowany w dzieła ewangelizacyjne m. in. Siedem Aniołów.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Dariusz Piórkowski SJ
20,94 zł
29,90 zł

Wystarczy chcieć!

Można odnieść wrażenie, że modlitwa jest trudną sztuką − ale to nieprawda. Czasami za szybko się poddajemy i zniechęcamy, zapominając, że tak naprawdę nie potrzebujemy wiele, żeby spotkać się z Bogiem. Jak więc...

Skomentuj artykuł

Św. Franciszek nie bał się chwytać Boga za Słowo
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.