Dostrzegać coś więcej niż paragraf
Gdy myślimy o chrześcijaństwie, w naszych głowach może pojawiać się obraz pewnego systemu moralnego, który ma swoje paragrafy, swoje nakazy i zakazy. Być może patrzymy na Dekalog jak na listę rzeczy, których nie wolno nam robić, żeby „nie podpaść” Bogu. Być może traktujemy przykazania jak barierki na autostradzie – mają nas tylko pilnować, żebyśmy nie wypadli z trasy i nie zrobili sobie krzywdy. To po części prawda, ale jeśli tylko na tym zatrzymalibyśmy naszą wiarę, to stalibyśmy się jedynie poprawnymi wykonawcami norm, a nie ludźmi, którzy żyją pełnią życia. Dzisiejsza liturgia słowa zaprasza do czegoś więcej niż bycie jedynie „poprawnym”.
W pierwszym czytaniu padają słowa ważne dla zrozumienia naszej relacji z Bogiem: „Jeżeli zechcesz, zachowasz przykazania, a dochowanie wierności zależy od Jego upodobania. Położył przed tobą ogień i wodę, po co zechcesz, wyciągniesz rękę” (Syr 15,15-16). To jest niesamowite, jak bardzo Bóg szanuje naszą wolność. On nie chce mieć niewolników, którzy ze strachu przed karą będą recytować paciorek i unikać grzechu. On chce partnerów. To „jeżeli zechcesz” jest fundamentem. Wolność, o której pisze Syrach, czyni nas podobnymi do Boga. To nie jest wolność do robienia czegokolwiek, co nam strzeli do głowy, ale wolność wyboru życia albo śmierci, dobra albo zła. Bóg niczego nam nie narzuca. On stawia nas przed wyborem, ale nie zostawia w tym samych. Daje nam przykazania – nie po to, by nas ograniczyć, ale by pokazać, gdzie jest życie.
Przykazania nie są więc metą, do której mamy dobiec, żeby dostać odznakę „dobrego katolika”. One są punktem wyjścia. Jezus w dzisiejszej Ewangelii mówi wyraźnie: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić” (Mt 5,17). Jezus nadaje im pełny sens, wyciska z nich to, co najistotniejsze. Pokazuje, że przykazania nie wyznaczają limitów naszej miłości, lecz podnoszą poprzeczkę. One nie mają być granicą, której nie mogę przekroczyć, bo popełnię grzech, lecz mają nas pobudzać do stałego rozwoju. Jeśli patrzę na przykazanie „nie zabijaj” wyłącznie jako na zakaz fizycznego pozbawienia kogoś życia, to mogę sobie pogratulować, bo go nie złamałem. Ale Jezus idzie głębiej. On mówi: „Słyszeliście, że powiedziano przodkom: «Nie zabijaj!» (...). A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi” (Mt 5,21.22). Widzisz tę różnicę? Jezus przesuwa ciężar z zewnętrznego czynu na to, co dzieje się wewnątrz człowieka, w jego sercu. Bo zabijanie zaczyna się dużo wcześniej niż w momencie chwycenia za nóż. Ono zaczyna się w pogardzie, w nienawiści, w słowie „raka” (czyli „głąbie” lub „pusta głowo” – zob. Mt 5,22), które rzucamy pod adresem drugiego człowieka. Jezus chce nam pokazać, że rewolucja Jego Ewangelii nie polega na zmianie starych zasad na nowe, lżejsze, ale na radykalnym pogłębieniu ich znaczenia. On chce, żebyśmy przestali być „specjalistami od paragrafów”, a stali się ludźmi o sercu wrażliwym na obecność Boga i drugiego człowieka. Jeśli do przykazań podchodzę bezrefleksyjnie, to rzeczywiście będą one tylko normami dla samych norm. Będę się zastanawiał: „czy to już grzech, czy jeszcze nie?”, „ile mogę zgrzeszyć, żeby jeszcze się załapać na zbawienie?”.
W drugim czytaniu Paweł Apostoł pisze: „(…) głosimy tajemnicę mądrości Bożej, mądrość ukrytą, tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej (…)” (1 Kor 2,7). Ta mądrość nie jest wiedzą akademicką ani znajomością katechizmu na wyrywki. To zdolność widzenia świata i drugiego człowieka oczami Boga. Paweł mówi, że tej mądrości nie pojął żaden z władców tego świata. Dlaczego? Bo światowa mądrość opiera się na tym, co widać, na skuteczności, na trzymaniu się zasad, które dają nam poczucie bezpieczeństwa. Boża mądrość natomiast wymaga wysiłku. Wymaga tego, co moglibyśmy nazwać „duchową filozofią” – umiłowaniem i poszukiwaniem prawdziwej prawdy. To wymaga od nas decyzji: czy chcę wiarę przeżywać jako zbiór zasad, którymi się kieruję, bo „tak trzeba”, czy jako żywą relację, która mnie przemienia? Nie możemy patrzeć na przykazania, nie zadając rozumnych pytań. Dlaczego właśnie taka zasada? Skąd się to wzięło? Dlaczego Bóg mówi „nie cudzołóż”? Czy dlatego, że chce nam zabrać przyjemność? On chce nas uchronić przed rozpadem serca, przed przedmiotowym traktowaniem drugiego człowieka, przed zniszczeniem piękna, jakim jest wierna miłość. On chce z nas wydobyć zdolność do daru z siebie, a nie tylko do brania dla siebie. Każde przykazanie jest drogowskazem, przez który Bóg mówi: „Idź w tę stronę, bo tam staniesz się bardziej podobny do Mnie”. To jest ta mądrość, o której mówi Paweł – mądrość, która pozwala nam odkryć, że Bóg nie jest policjantem, ale Ojcem.
Słyszymy dzisiaj od Jezusa bardzo konkretne przykłady: „Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam sobie przypomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj” (Mt 5,23-24). To jest uderzające. Jezus mówi, że moja relacja z Bogiem jest nierozerwalnie związana z moją relacją z ludźmi. Nie mogę kochać Boga, którego nie widzę, jeśli nienawidzę brata, którego mam przed oczami. Chrześcijaństwo nie może być „dodatkiem do życia”. W niedzielę idę do kościoła, bo tak wypada, bo taka tradycja, bo mama tak robiła. Czy to spotkanie z Chrystusem mnie zmienia? Czy wychodząc z kościoła, inaczej patrzę na sąsiada, na żonę, na męża, na kolegę, na świat? Dzisiejsza liturgia to nie jest „wrzuta” w stronę faryzeuszów sprzed dwóch tysięcy lat. To jest słowo skierowane do nas, dzisiaj. Do tych wszystkich, którzy zamknęli Boga w szufladzie z napisem „zasady moralne”. Jezus chce nam pokazać, że wiara to przygoda, która dzieje się w sercu. To ciągłe pytanie: „Panie, czego Ty ode mnie dzisiaj chcesz? Co chcesz ze mnie wydobyć poprzez to konkretne wydarzenie, przez to spotkanie z drugim człowiekiem?”. Chrześcijaństwo to nie jest system, w którym mamy odhaczyć punkty na liście sprawunków. To relacja, która ma nas przemieniać w samego Chrystusa.
Spójrzmy na te dzisiejsze czytania jako na zaproszenie do dojrzałości. Bóg mówi do nas: „Daję ci wolność, daję ci moje Słowo, daję ci przykazania. Nie bój się zadawać pytań. Nie bój się szukać głębiej”. To nie jest łatwa droga, bo wymaga od nas wysiłku myślenia i odwagi kochania. O wiele łatwiej jest trzymać się suchych przepisów – wtedy wiemy dokładnie, co wolno, a czego nie. Ale w miłości nie ma „dokładnie”. W miłości zawsze jest „więcej”. Jezus zaprasza nas dzisiaj, żebyśmy przestali się bać tego „więcej”, żebyśmy przestali patrzeć na wiarę jak na ograniczenie, a zaczęli widzieć w niej przestrzeń wolności i wzrostu. „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5,37). W tych słowach Mistrz z Nazaretu nie uczy nas zasad komunikacji, ale integralności. Uczy nas tego, żeby to, co mamy w sercu, zgadzało się z tym, co mamy na ustach i w naszych czynach – żeby nie było w nas rozdwojenia.
Spróbujmy zatem patrzeć na Dekalog nie przez pryzmat tego, czego nam „nie wolno”, ale przez pryzmat tego, kim możemy się stać, jeśli pozwolimy tym słowom w nas zamieszkać. A Eucharystia niech będzie dla nas czymś więcej niż tradycją – prawdziwym spotkaniem z Kimś, kto nieustannie zaprasza do tego, by wyciągnąć rękę po życie. Wybierzmy mądrze. Wybierzmy miłość, która jest wypełnieniem Prawa.


Skomentuj artykuł