Miłosierdzie to miłość namacalna
Zdarza nam się czasem, że wielkie słowa, które w Kościele odmieniamy przez wszystkie przypadki, z czasem tracą swój ciężar. Tak bywa z Miłosierdziem Bożym. Dla wielu z nas stało się być może synonimem pobożnego obrazka, krótkiego westchnienia albo „uspokajacza sumienia”. Zdarza się, że mówimy o Miłosierdziu w sposób nieprawdopodobnie płytki, niemal infantylny. Robimy z niego duchowy puder, który ma przykryć nasze niedoskonałości, żebyśmy poczuli się odrobinę lepiej po tym, jak na kogoś nakrzyczeliśmy albo zapomnieliśmy o wieczornej modlitwie. Sprowadzamy je do poziomu Boga, która z uśmiechem mówi: „Nic takiego się nie stało”.
Tymczasem Miłosierdzie nie jest o zapominaniu. Jest o pamiętaniu, ale w zupełnie inny sposób. To nie jest opowieść o tym, że Bóg przymyka oko na nasze słabości. Prawdziwe Miłosierdzie to miłość, która nie boi się zejść do piwnic naszego życia, tam, gdzie śmierdzi wilgocią, gdzie od lat nikt nie sprzątał i gdzie trzymamy rzeczy, których wstydzimy się pokazać nawet najbliższym. To miłość, która sięga do głębin serca zranionego, obolałego i potwornie pogubionego. To nie jest „miłe” uczucie, ale operacja na otwartym sercu.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus staje pośrodku uczniów, którzy są przerażeni, zamknięci „z obawy przed Żydami” (J 20,19), pełni poczucia winy, bo opuścili Mistrza w najważniejszych chwilach. Zmartwychwstały nie przychodzi z pretensjami i nie pyta: „Gdzie byliście?”. On przynosi pokój, ale przynosi też swoje rany. To jest klucz do zrozumienia, czym jest Boże Miłosierdzie. Jezus mówi do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym” (J 20,27). Jezus nie ucieka od swojej historii. Nie wymazał blizn po gwoździach i włóczni, jako Zwycięzca śmierci nie ma ciała idealnie gładkiego, pozbawionego skazy. On te rany zachował, bo one są dowodem Jego miłości. Miłosierdzie to miłość, która nie boi się trudnych tematów i bolesnej przeszłości. My zazwyczaj robimy coś odwrotnego. Nasze rany chowamy – albo dlatego, że wciąż potwornie bolą i są świeże, albo ze wstydu, bo blizna wygląda nieładnie, bo przypomina o porażce, o grzechu, o czymś, co nas złamało. Jezus pokazuje nam, że przed Bogiem nie trzeba, a wręcz nie wolno chować ran. Miłosierdzie to przestrzeń, w której pozwalamy Bogu dotknąć nas dokładnie tam, gdzie nas boli.
Bóg, którego wyznajemy, nie jest filozoficznym konstruktem. Nie jest jakąś bliżej nieokreśloną „Siłą Wyższą” czy „Energią”, która przepływa przez wszechświat i poprawia nam nastrój, kiedy patrzymy w gwiazdy. Niekiedy słyszę od ludzi: „Ja wierzę w Coś, co jest nade mną”. Ale z „Czymś” nie da się zbudować relacji. Z „Energią” nie da się porozmawiać, a „Siła” nie otrze ci łez. Nasz Bóg jest Osobą. Jest Kimś, kto ma imię, kto ma twarz i – co najważniejsze – kto ma ciało, które można dotknąć. Miłosierdzie Boże jest niesamowicie cielesne, namacalne, wręcz fizyczne. Dzisiejszy świat próbuje nam natomiast wmówić, że wystarczy duchowość „pod chmurką”. Że spacer po lesie to to samo co modlitwa, a kontakt z przyrodą to bezpośrednie spotkanie z Bogiem. Oczywiście, Biblia mówi nam w Księdze Mądrości: „Bo z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę” (Mdr 13,5). To prawda, natura jest wspaniałym listem miłosnym od Artysty do nas. Ale list to nie jest przecież sam Autor. Możesz zachwycać się pociągnięciem pędzla na obrazie, ale to nie jest to samo, co uścisk dłoni malarza.
Bóg nie chce, żebyśmy tylko o Nim „myśleli” albo do Niego „wzdychali”. On chce być obecny „tu i teraz”. Dlatego daje nam Kościół i sakramenty. W pierwszym czytaniu z Dziejów Apostolskich słyszymy o pierwszej wspólnocie: „Uczniowie trwali w nauce apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach” (Dz 2,42). To nie był klub dyskusyjny miłośników przyrody. To było miejsce, gdzie Bóg dawał się dotknąć w sposób bezpośredni. Najpełniej dzieje się to w Eucharystii. Kiedy przyjmujesz Komunię Świętą, nie przyjmujesz idei – przyjmujesz Ciało. Pozwalasz, by wydarzenia paschalne – męka, śmierć i zmartwychwstanie – działy się w tobie. To jest twoja osobista Pascha: przejście ze śmierci twoich lęków do życia w wolności.
Trzeba nam jednak uważać na jeszcze jedną pułapkę. Czasem myślimy, że skoro Bóg jest miłosierny, to życie powinno być „z górki”. Że miłosierdzie to taka tarcza, która sprawi, że nic nam się nie stanie, nikt nas nie skrzywdzi i zawsze będziemy uśmiechnięci. To nieprawda. Boże miłosierdzie nie polega na chronieniu nas przed bólem za wszelką cenę, lecz na towarzyszeniu nam w tym bólu, byśmy mogli dojrzeć do zbawienia. Widzimy to w dzisiejszej liturgii słowa. Psalmista mówi: „Abym upadł, uderzono mnie i pchnięto, lecz Pan mnie podtrzymał” (Ps 118,13). A kawałek dalej dodaje te niesamowite słowa: „Kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym” (Ps 118,22). To jest właśnie logika Miłosierdzia: to, co odrzucone, to, co bolesne, staje się fundamentem. Piotr Apostoł w drugim czytaniu pisze wprost: „Dlatego radujcie się, choć teraz musicie doznać trochę smutku z powodu różnorodnych doświadczeń” (1 P 1,6). Miłosierdzie nie jest znieczuleniem ogólnym, które sprawia, że przestajemy czuć życie. Jest raczej terapią, która czasem musi boleć, żeby uleczyć przyczynę choroby, a nie tylko jej objawy. W Ewangelii natomiast Pan mówi do Apostołów: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20,23). Grzech jest doświadczeniem duchowej śmierci, jest ropiejącą raną. Sakrament pokuty nie jest więc policyjnym przesłuchaniem, ale wizytą u lekarza, który chce tę ranę oczyścić.
Mam też przed oczami pewien obraz, który dla jest mnie najmocniejszą definicją Miłosierdzia. Kiedy odwiedzam chorych w ich domach z Komunią Świętą, często widzę ten sam obrazek: mały stolik przy łóżku, biała serweta, zapalona świeca, a obok... opakowania tabletek, syropy, termometr, bandaże, gaziki... I czasem kładę Pana Jezusa tuż obok tych wszystkich lekarstw. Niektórzy chorzy, z trudem przełykając, muszą popić Hostię wodą, dokładnie tak samo, jak popijają swoje lekarstwa. To jest niesamowity konkret. Jezus wchodzi w sam środek naszej słabości. On nie brzydzi się pudełka z lekami, nie przeszkadza Mu zapach choroby. On staje się jednym z tych „leków”, lekarstwem dla ducha, które leży na tym samym stoliku, co medykamenty dla ciała. To jest Bóg Miłosierny – nie ten z chmur, ale ten ze stolika nocnego w dusznej sypialni chorego człowieka. Ten, który pozwala się „zażyć”, byśmy mieli siłę przejść przez kolejny dzień.
Miłosierdzie Boże to brutalna i piękna zarazem miłość Boga, który dla nas dał się zabić, a potem wrócił z ranami, żeby powiedzieć nam, że i nasze rany mogą stać się źródłem życia. Dzisiaj w sposób szczególny pomyślmy o tych swoich ranach. O tym, czego się wstydzimy, co nas boli od lat, co wolelibyśmy ukryć przed światem. Jezus mówi do każdego z nas to samo, co do Tomasza: „Podnieś swój palec, podnieś swoją rękę. Nie bój się dotknąć Moich ran i pozwól Mi dotknąć twoich”. Bo tylko wtedy, gdy pozwolimy na to spotkanie – konkretne, cielesne i szczere – będziemy mogli z głębi serca zawołać: „Pan mój i Bóg mój!”. Miłosierdzie to nie jest teoria, lecz nasz jedyna nadzieja.


Skomentuj artykuł