Piłka, kibice i religia

Piłka, kibice i religia
(fot. EPA/Oliver Weiken)
9 lat temu

Euro 2012 ruszyło pełną parą. Pierwsze emocje już za nami. Nie od dzisiaj intryguje mnie jednak fakt, że piłka nożna (a także inne formy sportu) potrafi zmobilizować i wciągnąć ogromne rzesze ludzi, zwłaszcza kibiców. I co katolik ma o tym wszystkim myśleć?

Na temat sportu, a tym bardziej kibicowania, nie znajdziemy zbyt wiele w nauczaniu Kościoła. W Katechizmie, gdy mowa o piątym przykazaniu Dekalogu, pojawia się krytyczna wzmianka o "bałwochwalczym stosunku do sprawności fizycznej i sukcesu sportowego", inspirowanym kultem ciała.

Poniekąd jest to echo odcięcia się Kościoła pierwszych wieków od olimpiad i igrzysk pogańskich, które często wiązały się z kultem bogów. W naszych czasach sport (zarówno uprawiany jak i oglądany) dla wielu ludzi, także wierzących, stał się nieodłącznym elementem ich codzienności. Trudno więc traktować to zjawisko jako sprawę poboczną. Papieże po wiekach milczenia zaczęli wyraźniej wypowiadać się na ten temat dopiero pod koniec XIX stulecia. Zmienili również swój stosunek do sportu, dostrzegając pozytywną rolę tej ludzkiej aktywności.

Okazuje się, że najwięcej o sporcie miał do powiedzenia Jan Paweł II. W przemówieniu do uczestników 85. Sesji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego 27 maja 1982 r. powiedział, że "Kościół uznaje sport za istotny element wychowania moralnego i społecznego". Papież nazywa go "szkołą i stałą praktyką lojalności, szczerości, ofiarności, odwagi, wytrwałości, solidarności i bezinteresowności, współpracy i współzawodnictwa".

Z pewnością spore grono osób, które wyczynowo lub dla zdrowia podejmują tego typu fizyczno-duchowy wysiłek, zgodzi się z obserwacją Ojca Świętego. A co z tymi, którzy w sporcie uczestniczą jedynie pasywnie - wodząc oczyma za zawodnikami na trybunach stadionów albo przed ekranem? Tutaj pojawiają się różne opinie.

Zwracając się do sportowców w Cagliari w 1981 roku Jan Paweł II zauważa, że jedną z podstawowych funkcji rywalizacji sportowej jest stworzenie "widowiska rozrywkowego". Śledzenie zmagań sportowców rodzi przyjemne wrażenia i uczucia, odrywając człowieka na chwilę od trudów dnia codziennego, co w sumie wychodzi na zdrowie. I nie należy w tym od razu węszyć diabelskiej pokusy.

Dokument Soboru Watykańskiego II "Gaudium et spes" dodaje, że " ćwiczenia i pokazy sportowe w społeczeństwie przyczyniają się do utrzymywania równowagi ducha, jak i do braterskich stosunków między ludźmi wszelkiego stanu, narodowości i różnych ras" (nr 69). Oglądanie rozgrywek sportowych ma być więc formą etycznej formacji, sprzyjającej pokojowi i "wygaszaniu" negatywnych emocji.

Niektórzy socjologowie i teolodzy widzą w obecnym wzroście oglądalności sportu jeden z przejawów laicyzacji społeczeństw. Ks. Andrzej Draguła w swojej najnowszej książce "Copyright na Jezusa. Język, znak, rytuał, między wiarą a niewiarą" twierdzi, iż "współczesny sport - inaczej niż antyczny - nie wyrasta już z religii, ale sam nią się staje, jest jej erzacem, formą zastępczą, namiastką".

Teolog pastoralny i dziennikarz, Tomasz Janus, w tekście "Kiedy sport staje się religią" uważa, że dzisiaj ta dziedzina ludzkiego działania po prostu "zawłaszcza pewne elementy religii i religijności". Z jednej strony chodzi o wykorzystywanie symboli, treści i obrazów religijnych na koszulkach, szalikach, czapkach, transparentach i w stadionowych hasłach, by w ten sposób przydać większego znaczenia własnemu klubowi lub stwierdzić jego wyższość nad innymi drużynami.

Z drugiej strony, często dochodzi również do sportowego bałwochwalstwa, kiedy z zawodników czyni się idoli i gwiazdy. Diego Maradona doczekał się nawet własnego kościoła (prawie 100 tys wyznawców na całym świecie), w którym odbiera niemal boską cześć.

Istnieje również takie połączenie religii ze sportem, które daje możliwość uzewnętrznienia wiary zawodników lub kibiców, modlących się przed meczem, proszących o wsparcie Boga w trakcie zawodów i dziękujących Mu za wygraną.

Nietrudno zaprzeczyć, że rozmaite rozgrywki sportowe ocierają się o religijny rytuał. "Gracze są celebransami, a kibice zgromadzeniem wiernych, co bardzo dobrze widać w przypadku meczów piłki nożnej" - twierdzi ks. Draguła.

Za namową znajomego wybrałem się kiedyś na mecz Bundesligi w Berlinie. O ile pamiętam Hertha grała przeciwko Schalke. Było to rzeczywiście pasjonujące wydarzenie. Cały czas kojarzyło mi się jednak z liturgią, tyle że zdecydowanie intensywniej przeżywaną niż w kościele, chwilami przypominającą trans, ponieważ kibice byli bardziej przejęci grą niż wierni podczas sprawowania mszy świętej. Nie mogłem wyjść ze zdumienia, kiedy, niemalże na komendę, wszyscy wstawali i siadali, robili fale, śpiewali i zamykali usta. A przecież nikt nie kierował tymi tysiącami ludzi. Żywo i spontanicznie reagowali na to, co się działo na murawie. Uderzała mnie ta spontaniczność kibiców, chęć zamanifestowania swoich przeżyć i przekonań. Jakby na chwilę każdy z nich zapominał o sobie, rozpływał się i stapiał w jedno z innymi.

Jakaś zbieżność meczu z liturgią chrześcijańską niewątpliwie zachodzi. Zarówno kibic jak i wierny nie może ot tak po prostu siedzieć jak mysz pod miotłą lub myśleć o niebieskich migdałach Wbrew pozorom w liturgii też trzeba skupić uwagę na akcji i zaangażować całą osobę: wstać, uklęknąć, śpiewać, patrzeć, słuchać, wyjść z ławki itd. (Dlaczego jest to mniej oczywiste podczas wielu naszych mszy?) Ale tutaj analogia się kończy.

Kibicowanie różni się od liturgii tym, że podczas rozgrywek kibice wspierają i zagrzewają zawodników swojej drużyny do boju. I "szkodzą" przeciwnej drużynie. W pewnym sensie wyświadczają swoim przysługę, a zarazem sami "odbierają" pewne profity. Natomiast podczas mszy kierunek wymiany jest odwrotny - to Bóg udziela się wiernym, aby ich umocnić i przekazać swoje dary. Ich wkład i zaangażowanie jest tylko odpowiedzią, przygotowaniem, aby przyjąć to, co jest im dawane.

Owszem, jeśli efektem przeżycia religijnego jest chwilowe wyjście z siebie - rodzaj ekstazy -, by zjednoczyć się z Innym, to rzeczywiście dopingowanie sportowcom, (na stadionie i przed ekranem) a także identyfikacja z klubem, może odpowiadać na ludzkie pragnienie wspólnoty - zespolenia z grupą. Mecz może zaspokajać potrzebę rytuału - powtarzalności pewnych zachowań, które chronią człowieka od chaosu. Przecież istnieje również wiele świeckich rytuałów, niezależnie od religii.

Byłbym jednak ostrożny z przesadnym "ureligijnianiem" rozgrywek sportowych. Można bowiem być człowiekiem głęboko wierzącym w Boga i zarazem zapalonym kibicem jakiejś drużyny. Ale - podobnie jak z wszystkim na tym świecie - to od nas zależy, jak wykorzystamy ten dar Boga. Nie ulega również wątpliwości, że zanik wiary często popycha człowieka w kierunku poszukiwania jej substytutów. Piłka nożna może oczywiście być jednym z nich, ale nie musi. Wykorzystujemy do tego celu także wielu innych dóbr tego świata.

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie rozdział "Bóg, Honor, Apator. Religia na stadionie" z najnowszej książki ks. Andrzeja Draguły "Copyright na Jezusa. Język, znak, rytuał, między wiarą a niewiarą" (Więź 2012)- którą gorąco wszystkim polecam.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Piłka, kibice i religia
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.