Ferie w domu. Podróż do Afryki - cz.1

Ferie w domu. Podróż do Afryki - cz.1
(fot. shutterstock.com)
Joanna Winiecka-Nowak

Czy musieliście kiedyś odwołać wyjazd na zimowisko ze względu na infekcję dzieci? Nam to się niestety raz przytrafiło. Atmosfera zrobiła się, eufemistycznie mówiąc, z lekka zważona.

Nie poddaliśmy się jednak łatwo. Ponieważ byliśmy zbyt chorzy na wizytę w Warszawie, postanowiliśmy się udać w podróż dookoła świata. Palcem po mapie, ale zawsze. Biorąc pod uwagę wysokie temperatury uczestników wydarzenia, w pierwszej kolejności powędrowaliśmy do Afryki.

Akcję zaczęliśmy od prac poglądowo-badawczych. Pożyczyliśmy z biblioteczki dziadka album o ludach świata. Nagle okazało się, że na Czarnym Lądzie mieszka nie tylko mało poprawny politycznie Murzynek Bambo. Dzieci z zachwytem przyglądały się masajskiemu pasterzowi owiniętemu krwistoczerwonym okryciem, surmijskim kobietom o oryginalnie ozdobionych wargach i uszach, barwnym dogońskiem handlarzom.

Po tej lekturze zapał w narodzie był tak wielki, że od razu urządziliśmy sobie prawie prawdziwą wioskę. Pigmejski szałas z gałęzi pokrytych liśćmi wydał nam się bardziej korzystny niż masajska lepianka z gliny i krowich placków. Odrzuciliśmy też namiot Tuaregów żyjących na Saharze - niby najprostszy w wykonaniu, ale umieszczony w mało zachęcającym otoczeniu.

Miejsca w kącie pokoju starczyło akurat na jedną chatę. Między szafą a kanapą rozpięliśmy zielonkawe prześcieradło. Podłogę umościliśmy kocami i poduchami. Afryka Afryką, ale od podłogi zimnem ciągnęło. W projekcie mieliśmy jeszcze wykończenie stropu bibułkowymi replikami liści. Ostatecznie budowniczowie zapragnęli przejść natychmiast do następnego punktu programu, czyli konsumpcji etnicznego podwieczorku. Ponieważ nie mieliśmy pod ręką pigmejskich przysmaków (termitów i larw owadów), ograniczyliśmy się do spożycia płodów rolnych pochodzących z innych części zwiedzanego kontynentu - nektarynek, bananów i suszonych daktyli.

DEON.PL POLECA

Charakteryzacja

Pełni nowych sił postanowiliśmy poddać charakteryzacji mieszkańców wioski. Trochę to trwało, ale po jakimś czasie w pokoju zaroiło się od Murzyniątek przynależących do bliżej nieokreślonego plemienia. Miały one zdecydowanie pigmejski wzrost, choć pod względem koloru skóry i bogactwa ozdób przypominały raczej odmienne nacje. No cóż, użyte przez nas ciemne bluzki i rajstopy różniły się kolorem. Nie mieliśmy przecież własnej farbiarni, z czeluści szafy wybraliśmy najbardziej brązowe i czarne stroje. Całość uzupełniliśmy odzieniem pomarańczowym, tłumacząc się himbijskim zwyczajem pokrywania ciała ochrą, czyli barwnikiem o takim właśnie kolorze.

Pigmejskie ubóstwo stroju po prostu nie przypadło nam do gustu. Co to za przyjemność przebierać się za kogoś, kto prawie nic na sobie nie nosi. Poszaleliśmy więc tworząc z krepy spódniczki oraz opaski na nadgarstki i kostki. Na szyjach zawiesiliśmy prawie wszystkie korale, które znaleźliśmy w domu. Dodam tylko, że przy pięciu kobietach zbiór ich był słuszny. Chętnym (i posiadającym już odpowiedniej długości włosy) zaplotłyśmy drobne warkoczyki.

Podczas czynności fryzjerskich przeszukaliśmy Internet pod kątem filmików przedstawiających tubylcze zwyczaje ludowe. Zachwyt wzbudziły masajskie i dogońskie tańce, które należało oczywiście niezwłocznie wypróbować. Młodzi Afroafrykanie ułożyli sobie przed chatą ognisko z drewnianych klocków i puścili się w tany. Mama udała się zaś do swoich spraw, kontrolując tylko, czy okolicznościowa hulanka nie kończy się równie okolicznościowymi pokazami walki wręcz. Zajęta świętowaniem młodsza młodzież zgłosiła się dopiero na kolację (To Masajowie też jedzą chlebek z twarogiem?), a na deser rozpoczęliśmy nową lekturę - "Afrykę Kazika". Rowerową przejażdżkę kontynuowaliśmy jeszcze przez wiele wieczorów.

Rękodzielnictwo

Poranek dnia następnego rozpoczął się od rękodzielnictwa, a konkretnie od produkcji charakterystycznych figurek. Zwykle rzeźbione są one z kości słoniowej, hebanu lub mahoniu.

Jednak ze względu na odmienny skład gatunkowy flory i fauny podwórka postanowiliśmy wykorzystać inne materiały. Myśl twórcza ewoluowała. Prawie zdecydowaliśmy się na rzeźbienie w mydle, ale w końcu odeszliśmy od tej koncepcji w kierunku wersji znacznie bezpieczniejszej - plasteliny.  Na kuchennym stole zaczęły pojawiać się kobiety w kolorowych sukniach, słonie, hipopotamy i coś, co w pierwszej chwili wyglądało na wytwory przewodów pokarmowych tych ostatnich. Niestety, osoby, które ulepiły ten rodzaj figurek, nie potrafiły również do końca wytłumaczyć, co tak naprawdę one przedstawiają. W każdym razie było to coś związanego z tematem. Dzięki wyborowi materiału - bezproblemowej masy plastycznej - mama mogła na sąsiednim blacie uszykować obiad. Spaghetti po afrykańsku. Dodam, że wykonuje się je w zasadzie tak samo jak to po bolońsku, tylko inaczej się je nazywa. Później tłumaczy się jeszcze co poniektórym, że to żart i że mają się przestać dziwić.

Podczas prac manualnych przysłuchiwaliśmy się muzyce etnicznej. Efekt był znakomity. Po obiedzie samoistnie zawiązała się grupa archeologów-amatorów i wyruszyła na poszukiwania bębenka djembe. Biedak zaginął jakiś czas temu w zakamarkach dziecięcego pokoju. Teraz miał przeżyć swoją drugą młodość. Niestety, wraz ze znalezieniem zguby pojawił się następny problem - konieczność ustalenia kolejności użytkowania. Po burzliwej naradzie wykonano trzy dalsze instrumenty. Grzechotkę z plastikowej butelki i ziaren kawy oraz dwa bębenki z odwróconych do góry dnem wiaderek po serku homogenizowanym. Oczywiście można było w fantazyjny sposób ozdobić ich boki, my chętni na to już nie byliśmy, gdyż czuliśmy wyraźnie, że pieśń nadchodzi.  Zabawa muzyczna była przednia. Jeszcze tylko najstarsi z najmłodszych sprawdzili w Internecie jak wyglądają i gdzie zlokalizowane są plantacje kawowców. Reszcie starczyło sił już tylko na wieczorny seans filmu "Król lew". Może nie był specjalnie naukowy, ale niewątpliwie sprawił nam wiele radości.

Świat przyrody

Kolejny dzień postanowiliśmy poświęcić na zabawy dotyczące świata przyrody. Trochę już o tym temacie wcześniej mówiliśmy. Wizytując wioskę pigmejską przyglądaliśmy się lasom deszczowym. Z Tuaregami i Berberami odwiedzaliśmy pustynie. Trawiaste obszary - stepy i sawanny - były ojczyzną między innymi Masajów, ludów Surma i Himba. Teraz więc wystarczyło poszerzyć swoje horyzonty o wiadomości bardziej szczegółowe. O poranku, na rozgrzewkę, przeczytaliśmy bajkę o słoniu Bombiku. Później już na poważnie zagłębiliśmy się w bogatą pod tym względem bibliotekę domową. Oglądaliśmy kolorowe zdjęcia w atlasach zwierząt sprawdzając, których bohaterów znamy już bajek i wizyt w ZOO. Przy okazji przyglądaliśmy się też występującym w tle roślinom.

Lasy deszczowe okazały się miejscem dokumentnie zarośniętym przez różnej wielkości drzewa. Z powodu braku miejsca i światła wiele roślin pięło się po ich pniach lub wyrastało wprost na ich gałęziach. Prym wiodły tu naturalnie małpy, w tym lubiane przez nas szympansy i goryle. Pojawił się też znany nam pyton, lampart i okapi. Na ubogich, piaszczystych lub kamienistych pustyniach wytropiliśmy skorpiony, szarańcze i skoczki, nomen omen, pustynne. Towarzystwo ze zdziwieniem uświadomiło sobie za to, że wielbłądy występują tu wyłącznie jako zwierzęta hodowlane. Drugim fenomenem był brak kaktusów, które nie rosną na tym kontynencie. Przy okazji obejrzeliśmy też krótki film pokazujący, w jaki sposób uschnięta róża jerychońska odradza się pod wpływem wody.

Większość czasu spędziliśmy jednak na sawannie, porośniętej trawami i zdobionej gdzieniegdzie ogromnymi baobabami i akacjami. W końcu większość znanych nam zwierząt afrykańskich pochodzi właśnie stąd. Były tam słonie, zebry, żyrafy, nosorożce, antylopy, gepardy, hieny, sępy i wiele, wiele innych gatunków, których nie sposób jest teraz wymienić.

Wertowanie książek i Internetu zajęło nam tyle czasu, że zaplanowane wcześniej prace plastyczne musieliśmy przenieść na porę poobiednią. Wtedy dopiero nastąpiło malowanie poznanych krajobrazów. Najstarsza panna zabrała się za cyzelowanie drzew i lian w lesie deszczowym. Średniaki od ręki stworzyły trawiastą sawannę z kilkoma drzewkami. Maluch zapaćkał kartkę na żółto. W ten właśnie sposób otrzymaliśmy idealną pustynię. Po krótkim odpoczynku (kalambury pt. "Zgadnij, co to za zwierze afrykańskie?") sportretowano przy pomocy kredek wybrane zwierzęta. W końcu zaś całość odpowiednio połączono i zawieszono w galerii na drzwiach szafy.

W nagrodę - oraz jako podsumowanie wędrówki po Czarnym Lądzie - nastąpiła wieczorna projekcja filmu "W pustyni i w puszczy". I tak, w poczuciu wielkiego niedosytu, zakończyliśmy zwiedzanie tego kontynentu. Pozostała nam masa książek do przeczytania - afrykańskie baśnie i legendy, współczesne bajki i opowiadania o zwierzętach. Nie obejrzeliśmy żadnego z dłuższych filmów krajoznawczych. Egipt pozostał praktycznie nieruszony (poza małym wejrzeniem na piramidy podczas wycieczki po pustyni). Obiecaliśmy sobie więc wrócić kiedyś w te tereny i dopracować zagadnienie. Teraz nie było już na to czasu. Następnego dnia mieliśmy umówioną wizytę na polu ryżowym i spotkanie z azjatyckim tygrysem.

***

Zobacz również:

Ferie w domu cz. 1. Podróż do Afryki

Ferie w domu cz. 2. Azja

Ferie w domu cz. 3. Na podbój oceanów!

Ferie w domu cz. 4. Ameryka

Ferie w domu cz. 5. Jak zdobyliśmy bieguny

Nie przetrzymuj dzieci w domu!

***

Do końca lutego w każdy piątek będziemy publikować kreatywne pomysły na spędzanie czasu z dziećmi. Takie, które nie wymagają olbrzymich nakładów finansowych i specjalistycznego sprzętu.

Jesteśmy ciekawi waszych propozycji. Wystarczy, że na Facebooku lub Twitterze opiszecie swój pomysł i oznaczycie go hasztagami #naferie i #deonpl. Najciekawsze sugestie nagrodzimy książkami Wydawnictwa WAM.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Ferie w domu. Podróż do Afryki - cz.1
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.