Nie znam mamy, która nie miałaby dość

Nie znam mamy, która nie miałaby dość
(fot. archiwum prywatne)
1 rok temu
Wydawnictwo Otwarte / Aleksandra Woźniak

To jest ten moment, kiedy eksploduję. Ile można prać? Ile można bić brawo? Ile można gadać o tym samym? Ile można odpieluchowywać? Podnoszę głos, chce mi się płakać. Mówię Eunice, że teraz będzie chodziła w mokrych spodniach, bo ja już naprawdę nie mam niczego na zmianę. Ona płacze, ja płaczę.

Macierzyństwo jest piękne, ale nie znam mamy, która nie miałaby dość. Nie spotkałam takiej kobiety, która skłamałaby mi prosto w oczy, że wszystko jest idealnie i że wcale nie jest zmęczona, a urlop macierzyński to wakacje jej życia. Gdybym taką wypowiedź usłyszała, parsknęłabym głośnym śmiechem i najprawdopodobniej jej autorka również. Gdyby jednak nie parsknęła, pomyślałabym, że albo ktoś tutaj kłamie, albo właśnie spotkałam wróżkę.

Odeszłabym na bok, aby sceptycznie poobserwować, jak sobie radzi w rzeczywistości. Wiele oczywiście zależy od tego, jakie dziecko nam się trafi, jakie mamy oczekiwania i nastawienie wobec macierzyństwa. Jak również od strategii, jaką uda nam się opracować lub u kogoś podpatrzeć, by ułatwić sobie codzienność.

To naturalne odczuwać bezsilność, chcieć poddać się, ale to jest właśnie macierzyństwo.

Dzieci mogą być różne, niektóre rodzą się i śpią, a niektóre rodzą się gotowe, by walczyć z powietrzem przez cały dzień i całą noc, co naturalnie wpływa na to, jakie będzie doświadczenie macierzyństwa ich mam. Mnie, dzięki Bogu, póki co trafiły się dzieci proste w obsłudze – dopóki są zdrowe, najedzone, wyspane i poświęcam im wystarczającą ilość uwagi, nie płaczą i są generalnie wesołe. A jednak przychodziły – i wciąż przychodzą – dni, kiedy nie ogarniam niczego, nie rozumiem, o co moim pociechom-uciechom chodzi, i cały plan dnia, jaki sobie wcześniej utkałam skrzętnie w głowie, pruje się kawałek po kawałku. Nie mówię tu o jakimś wyrafinowanym planie, ale na przykład chcę, żeby jak co dzień Eunika i Michał spokojnie ucięli sobie drzemkę o konkretnej porze, a ja wtedy będę miała czas „dla siebie”.

To znaczy przygotuję obiad, załatwię porachunki na kompie i sama się położę, by złapać oddech. Po czym okazuje się, że ich czas drzemki przesunął się przez spacer, więc już nie czują klimatu i zamiast zasnąć ładnie w swoich łóżeczkach, skaczą i krzyczą, bawiąc się w najlepsze. Tłumaczę, że to nie ten czas i że jednak mają rozkaz „poczuć klimat” i pójść spać. Wychodzę z pokoju, a po trzydziestu sekundach znowu słyszę imprezę zza ściany i wszystko się powtarza. Wielokrotnie. Wpadam więc do pokoju niczym bardzo zdenerwowana mama, która ma bardzo konkretne plany wobec cudzych drzemek, i podniesionym głosem mówię, że dość tych żartów i że zaraz poznają mój sprawiedliwy gniew, który szczerze powiedziawszy, już się na nich wylewa, więc logika groźby lekko się w tym momencie sypie. Dopiero po tej akcji, ja zlana potem, oni zlani strachem, wspólnie zaznajemy upragnionej drzemki.

Dyszę na łóżku sfrustrowana po piętnastominutowej walce, niezadowolona i z siebie, i z nich. Czy miałam rację, że byli zmęczeni? Tak. Czy niepotrzebnie podnosiłam głos? Nie wiem. Czy straciłam panowanie nad sobą i nad sytuacją? Tak. Czy gdybyśmy wcześniej wyszli na spacer i szybciej z niego wrócili, sytuacja by się nie wydarzyła? Raczej tak.

Inna sytuacja. Eunika osiąga dojrzały wiek roku i dziewięciu miesięcy i za namową mojej mamy rozpoczynamy proces „odpieluchowywania”. Mamy nocniczek, mamy nakładkę na toaletę, bijemy brawo, pokazujemy i objaśniamy, co i jak. Zdejmujemy pieluchę i instruujemy, że ma wołać, jak jej się chce siusiu. EASY GAME. Niestety, okazuje się, że max możliwości Euniki to zawołanie, kiedy siusiu już leci. Spoko, myślę sobie, to taki pierwszy etap. Tę „drugą sprawę” mamy już od jakiegoś czasu ogarniętą, więc rozszyfrujemy i to. Koleżanka opowiadała mi, że u nich trwało to tydzień. Tydzień odpieluchowywania i po sprawie. Dobra, lecimy z tematem.

Mam po prostu, najzwyczajniej w świecie dosyć. Każdy ma swój limit, czyż nie?

Pierwszy dzień: siusiu wszędzie. Drugi dzień: to samo. Trzeci, czwarty, siódmy... – udało nam się zrobić siku do nocnika może ze cztery razy. Ale myślę sobie, że jakiś progres jest i że lada moment temat będzie załatwiony. Drugi tydzień, dwadzieścia cztery do siedmiu dla siku w spodniach vs. do nocnika. Po miesiącu mamy wynik pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, po trzecim to samo, po czwartym – podkreślmy to, czwartym! – mam ochotę się poddać, ale przecież zabrnęliśmy już tak daleko, że to bez sensu, teraz się wycofać. Przychodzi kolejny zwykły dzień. Od rana Eunice udało dwa razy zrobić się siku do nocnika. Idzie bardzo dobrze, jak co dzień jestem pełna nadziei, że to ten tydzień, kiedy w łazience przestanie śmierdzieć z zasikanych ubrań. Przychodzi kolejne karmienie Michała, Eunika słodko bawi się na dywanie. Dawno nie byłyśmy w łazience, więc pytam, czy chce jej się siusiu. Ona na to, że nie. OK, nie będę nagabywać.

Po dokładnie trzydziestu sekundach Eunika wstaje i sika w spodnie i na dywan. Przed chwilą pytałam!!! W sercu krzyczę, ale ze wszystkich sił staram się nie krzyczeć na zewnątrz. Wkurzona kończę karmić młodego i uspokajam płaczącą Eunikę. Idziemy do łazienki, zdejmujemy ciepłe i mokre getry, myjemy się, przebieramy, powtarzamy, że trzeba wołać, zanim będzie za późno, i idziemy dalej z życiem.

Zabawy, posiłki, sprzątanie, pytanie do Euniki, czy może nie chce siusiu, odpowiedź negatywna, pilnujemy wszelkich sygnałów, że się coś może zbliżać. Chwila nieuwagi, tiru riru, i co? I EUNIKA SIKA W SPODNIE! Oczywiście, że tak! Bo dlaczego by nie?! I to jest ten moment, kiedy eksploduję. Ile można prać? Ile można bić brawo? Ile można gadać o tym samym? Ile można odpieluchowywać? Podnoszę głos, chce mi się płakać. Mówię Eunice, że teraz będzie chodziła w mokrych spodniach, bo ja już naprawdę nie mam niczego na zmianę. Ona płacze, ja płaczę. Przebieram Eunikę, przepraszam ją, że podniosłam głos, i stwierdzam, że mam dosyć.

Mam po prostu, najzwyczajniej w świecie dosyć. Każdy ma swój limit, czyż nie? Czy nie ma jakichś związków zawodowych kur domowych, do których bym się mogła zwrócić ze sprawą ignorowania moich praw człowieka? Jakiś wniosek gdzieś muszę wysłać, tylko dokąd?

Opadam bezsilnie na kanapie obok leżącego Michała. Moja druga kruszyna wspina mi się na kolana, żeby poczytać książkę. Patrzę się na nich i wszystko ze mnie schodzi. Palę mentalnie wypisany wniosek o zwolnienie mnie z roli matki i stwierdzam, że jestem zmęczona. Zmęczona, ale totalnie szczęśliwa.

I takich sytuacji zdarza się co tydzień około 125. Więc rozumiem, że to naturalne odczuwać bezsilność, chcieć poddać się, ale to jest właśnie macierzyństwo. Max zmęczenia i max szczęścia w tym samym momencie, max wkurzenia i max miłości naraz. Niezależnie od tego, ile wniosków na przyszłość bym wyciągnęła i jak bardzo bym chciała ułatwić sobie życie mądrymi książkami, postanowieniami i strategiami, te sytuacje będą się regularnie powtarzały, bo nasze dzieci są dziećmi, a my jesteśmy tylko ludźmi.

Fragment pochodzi z książki "Mama lama, czyli macierzyństwo i inne przypadłości".

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Anna Weber, Aleksandra Woźniak
44,90 zł

Ania i Ola to mamy lamy – zupełnie zwykłe, nieidealne, a zarazem najlepsze na świecie mamy dla swoich dzieci. Opowiedzą ci, jak przetrwały i jak każda z nich radzi sobie w życiu z trójką dzieci.

...

Skomentuj artykuł

Nie znam mamy, która nie miałaby dość
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.