Seks się nam przejadł?

Seks się nam przejadł?
Czego nie mogę zobaczyć, nadrobię w wyobraźni... (fot. shutterstock.com)
4 lata temu
Andreas Malessa, Ulrich Giesekus / slo

Seks oglądany w mediach zastępuje praktykowanie seksu. Dlaczego? Ponieważ wyznania miłosne na ekranie brzmią romantyczniej, a flirt w spocie reklamowym zawsze kończy się oszałamiającym sukcesem. Jeśli w trakcie małżeńskich zbliżeń on mimo to coraz później osiąga rozkosz albo nawet do niej niezupełnie dochodzi, powodem nie jest monogamia.

Nie można, skacząc po kanałach telewizyjnych, nie natrafić choćby raz w ciągu dwóch minut na obraz seksownie ubranej (albo rozebranej) kobiety. Najnudniejsze produkty konsumpcyjne, jak margaryna, mydło, woda mineralna, najbardziej banalne przedmioty, jak śrubki, meble, opony samochodowe, a nawet suche umowy ubezpieczeniowe i kredytowe reklamowane są uwodzicielsko przez posiadaczki obfitych biustów albo zalotnie kołyszących się pośladków. Nie wspominając o wilgotnych wargach, półotwartych ustach, przymrużonych oczach, tęsknych westchnieniach czy też radosnym śmiechu nieskazitelnie pięknych kobiet, brzmiącym jak srebrne dzwoneczki. A więc wyłączyć telewizor i wybrać się na przejażdżkę po mieście?

Pod warunkiem, że wyłączymy informacje dla kierowców. Gdyby didżejom i dziennikarzom prowadzącym kanały pop zabronić używania dwuznacznych sformułowań i pieprznych aluzji, ich zawód przestałby istnieć. Podczas gdy urzędnicy i policjanci radzą nad najbardziej jednoznacznymi i wyrazistymi oznakowaniami na drogach, wszystkie przystanki oklejone są ze wszystkich stron plakatami z Claudią Schiffer i Naomi Campbell ponadnaturalnej wielkości. Oczywiście w skąpym bikini od H&M. To samo na skrzyżowaniach. Statystyk dotyczących wypadków spowodowanych odwróceniem uwagi kierowców naturalnie brak. Więc może korzystać z miejskich środków komunikacji? Pod warunkiem, że jest się niewidomym.

Niezależnie od pory roku i temperatury powietrza nie tylko młode dziewczęta, lecz i damy w bardziej zaawansowanym wieku, z zapałem noszą garderobę odsłaniającą brzuch i biodra. Co sprawia, że z tyłu często widnieje tatuaż umieszczony w okolicy, powiedzmy, kości ogonowej. Więc może lepiej pójść do teatru albo poczytać? Ale tylko klasyków. Współczesna powieść bez opisu serwującego szczegóły aktu seksualnego czy nowoczesna sztuka teatralna bez nagości na scenie są raczej mało prawdopodobne.

Mężczyźni posiadający władzę, nie tylko w islamie, mieli zawsze skłonność do przypisywania kobietom odpowiedzialności za swoje uzależnienie od płynących z ich strony erotycznych bodźców wizualnych, zamiast przyznać się bez ogródek, że długie nogi, kołyszące się biodra i piękny biust po prostu przyciągają wzrok. Lecz nie, dla ochrony własnych zmysłów ustanowili przepisy dotyczące kroju i długości ubiorów ("do kostek"), używając też kwantyfikatorów moralnych ("jak prostytutka"), a ciało kobiety ogólnie uznali za pokusę. Oczywiście kobiety też mają w tym swój udział. Poprzez to, jak, gdzie i kiedy się ubierają. Co chcą sygnalizować. Jednak to, że sztuczne odcinanie się od wrażeń wizualnych nie jest rozwiązaniem, wiedzieli już mnisi-pustelnicy i ojcowie pustyni w II i III wieku (scena kuszenia św. Antoniego): czego nie mogę zobaczyć, nadrobię w wyobraźni.

Zazdrosne żony i gorliwi stróże obyczajów wyróżniają najczęściej dwie sytuacje:

  1. Mężczyźni nie potrafią nie patrzeć. Żądanie, by mężczyzna postrzegał erotycznie atrakcyjną kobietę jedynie "jako człowieka", jest mniej więcej tak pozbawione realizmu, jak polecenie:
    "Proszę nie czytać teraz tego zdania!". - Co? Jednak pan przeczytał? Ależ nieopanowany z pana człowiek!
  2. Mężczyźni potrafią jednak bez wątpienia "nie marzyć". Nie chodzi o kilkusekundową myśl w ciągu dnia, jak by to było przespać się z piękną nieznajomą. Mężczyźni potrafią zdecydowanie i błyskawicznie "reagować dojrzale" w tym sensie, że już druga myśl cywilizuje ich, dyscyplinuje i pozwala im z szacunkiem dostrzec w kobiecie człowieka oraz traktować ją z szacunkiem.

Dojrzałość, którą daje rutyna

Stary, dobry Marcin Luter problem ten opisał tak: "Temu, że ptaki przelatują mi nad głową, nie mogę zapobiec. Ale temu, że zaczynają w moich włosach budować gniazdo, zapobiec mogę". Taka "luterska dojrzałość osobowości" nie bierze się jednak z suchych zaleceń moralnych ("kiedy przyjdzie pokusa, licz do pięćdziesięciu"). Dojrzałe, wolne, w dobrym sensie "rozsądne" traktowanie bodźców stanowiących pokusę przychodzi wraz z doświadczeniem i rutyną. Mały chłopiec zobaczy przypadkiem kiedyś w łazience nagą matkę. Dorastający chłopak dotknie dziewczynę w tańcu, w czasie ćwiczeń sportowych czy na plaży - w ramach akceptowalnych reguł. Młody wykształcony mężczyzna musi szybko opanować zasady właściwego odnoszenia się do koleżanek tam, gdzie pracuje. Zamężna kobieta nie musi więc "nakrywać" męża na tym, że wpadła mu w oko inna kobieta, lecz oboje mogą przez lata uczyć się rozmawiać otwarcie - w atmosferze miłości i wierności, bez wzajemnego czynienia sobie przykrości - kto się komu jeszcze czasem podoba.

Co zabija ochotę na seks w małżeństwie?

Jej migrena? Jego problemy z potencją? Dzieci śpiące niespokojnie w pokoju obok? Nie, to telewizja, komputer i stres w pracy. Po 25 latach od wejścia na rynek prywatnych kanałów telewizyjnych (co w Niemczech dokonało się za sprawą chrześcijańsko-demokratycznego kanclerza Helmuta Kohla, który, nawiasem mówiąc, obiecywał "przełom moralno-duchowy"), erotyka konsumowana poprzez ekran telewizora jaskrawo pobiła to, co dzieje się w małżeńskich sypialniach. Bulwersujące maksymy założyciela kanału RTL Helmuta Thomy przyjmowane niegdyś z politowaniem i dezaprobatą ("Zasięg oddziaływania wyznacza rozmiar biustu" czy "Widownię zdobywają trupy i prostytutki") fatalnie się, niestety, sprawdziły.

Seks oglądany w mediach zastępuje praktykowanie seksu. Dlaczego? Ponieważ wyznania miłosne na ekranie brzmią romantyczniej, a flirt w spocie reklamowym zawsze kończy się oszałamiającym sukcesem. Również dlatego, że żadna realnie istniejąca kobieta i żaden rzeczywisty mężczyzna, ani żadna sypialna nie sięgają do poziomu tych ideałów i nie mają takiego powabu, jaki uzyskuje się w starannie wyreżyserowanych scenach erotycznych. Kiedy się je ogląda, ma się nieodparte wrażenie, że napięcie seksualne jest tym wyższe, im szczodrzej kobieta odkrywa swoje wdzięki i im bardziej wprost mężczyzna manifestuje potrzebę rozładowania napięcia. Żadne pragnienie erotyczne nie bywa w nich nigdy dyskretnie przemilczane czy odsunięte w czasie, żadna przyjemność zaledwie odczuta albo przeczuta; wszystko jest tam dosadnie pokazywane, wyrażane, "zamawiane", "dostarczane". A potem kobiety i mężczyźni "zaspokajają się" nawzajem. Co jest pouczającym zwrotem wziętym z języka handlowego, który w sposób logiczny usprawiedliwia pojawienie się na końcu idiotycznego pytania klasycznego egocentryka: "Byłem dobry?". Takie "zaspokajanie" smakuje w prawdziwym życiu tak, jak sugeruje jego nazwa - czyli jak fastfood. Mężczyźni na krótką metę lubią ten sposób konsumpcji. Kobiety pozostają notorycznie nieusatysfakcjonowane, więc tracą zainteresowanie. Albo z rezygnacją się godzą. Albo wycofują się zupełnie.

To ekscytujące mrowienie...

Napięcie erotyczne, to "coś" w powietrzu, "motyle w brzuchu", powstają w chwili określanej nieco staromodnie jako moment przezwyciężenia wstydu. To sytuacja, kiedy mężczyzna i kobieta przekraczają granice, do których nigdy wcześniej się nie zbliżyli albo zdarzyło się to naprawdę wyjątkowo. Kiedy, wstrzymując oddech, są zdecydowani zrobić coś "niesłychanego". Każdy mężczyzna i każda kobieta, wolno przypuszczać, przypomina sobie bicie serca przy pierwszym głębokim pocałunku, podczas rozpinania guzika koszuli poprzedzającego ten "pierwszy raz". Erotyczna gęstość tej sytuacji nie była zapewne zależna od tego, czy skóra widoczna pod rozpinanym ubraniem była idealnie piękna, lecz od tego, jak wiele różnych dotknięć, ile przyzwolenia powiększającego się z minuty na minutę wówczas się odczuło.

Dla pisarzy ubiegłego czasu, malarzy, muzyków, tancerzy i twórców teatralnych był to dobrze znany, lecz zawsze funkcjonujący mechanizm: najpierw narastanie pożądania i napięcia w wyniku początkowej odmowy, opór, potem ostrożna zgoda, a w końcu gorące zdobywanie lub bycie zdobywaną. Jeśli brakuje momentu przełamywania wstydu i oporu, jeśli nie ma zakazu odsłaniania ciała, jeśli nie pojawia się odkładanie w czasie ani nie zostają postawione żadne warunki wstępne, jeśli zawsze i wszędzie istnieje tylko prymitywne pożądanie, a - ze strony kobiety - drżąca gotowość, nie ma się co dziwić, że napięcie seksualne u mężczyzn gwałtownie opada podczas zbliżeń, do których dochodzi.

Niczego nie da się nakazać...

Czy w dzisiejszych czasach można przez całe życie być subtelnym kochankiem jednej kobiety? Mówiąc o kochanku, nie mam na myśli partnera, z którym kobieta ma romans "na boku", lecz zwyczajnie i po prostu mężczyznę, który szczerze kocha swoją żonę. Jeśli w trakcie małżeńskich zbliżeń on mimo to coraz później osiąga rozkosz albo nawet do niej niezupełnie dochodzi, powodem nie jest monogamia. Często natomiast winien jest "balast obrazów". Internet, który wkroczył we wszystkie dziedziny życia, sprawił, że akrobacje łóżkowe można obejrzeć wszędzie i o każdej porze. Przed dwudziestu pięciu laty mężczyźni, ulegając buzującej potrzebie erotycznych doznań, odwiedzali, stawiając wysoko kołnierze płaszczy, małe brudne kina w okolicach dworców.

Zbliżenie seksualne przepełnione miłością jest uwielbieniem drugiej osoby, wypowiadanym w języku ciała. Konsumowanie pornografii w ostatecznym rozrachunku czyni mężczyzn impotentami. Cóż bowiem więcej może się wydarzyć po obejrzeniu tych wszystkich "mocnych" filmów? Seks ze zwierzętami? Pornografia dziecięca? Gwałt na oczach publiczności? Biednego podpatrywacza przeszywa dreszcz przerażenia. Nie, oczywiście, nie.

Lecz za późno: ta część ciała, której nie da się wydawać poleceń, odmawia coraz częściej posłuszeństwa wtedy, kiedy realna kobieta, żywiąca prawdziwe uczucia, pragnie być naprawdę kochana. Jeśli nie udaje przy tym nimfomańskiego nienasycenia, lecz pragnie z mężczyzną kochanym całym sercem stopić się w jedno do głębi swego jestestwa. Bez wyrachowania. Z oddaniem i bez żadnych ubocznych zamiarów. Z wewnętrznym nastawieniem zapomnienia się, podobnym do stanu dziecka, o którym mówimy, że jest "pochłonięte bez reszty". Bez uprzedzeń, w bezgranicznym zaufaniu. Wzbierając i doświadczając "siódmego nieba", co jest zawsze darem. Nie osiąga się tego przez nieustanne ocenianie się i reżyserowanie takich chwil ani nie da się wyliczyć na kalkulatorze, jaki funkcjonuje w niektórych głowach.

Więcej w książce: Mężczyźni nie są skomplikowani - Andreas Malessa, Ulrich Giesekus

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Seks się nam przejadł?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.