Przepłakać, przemodlić, przekrzyczeć. Życie po utracie dziecka [WYWIAD]

Przepłakać, przemodlić, przekrzyczeć. Życie po utracie dziecka [WYWIAD]
(fot. unsplash.com)

Niektórzy mają wrażenie, że gdy podzielą się z innymi wiadomością o stracie dziecka, to zabrzmi tak, jakby przyznali się, że pijani jechali autem i zabili człowieka. To taki kaliber zapętlenia, wyrzutów i obwiniania siebie - mówi psycholog ks. Wojciech Szychowski.

Katarzyna Skrzypek-Niemierska: Liczba poronień w Polsce i na świecie rośnie. Prawdopodobnie każdy, choć o tym nie wie, zna osobę, która straciła dziecko przed jego narodzinami. Z czego to wynika? Czy nie potrafimy o tym mówić?

DEON.PL POLECA



Ks. Wojciech Szychowski: Myślę, że trzeba zacząć od tego, że w ogóle doświadczenie straty wiąże się z ogromnym poczuciem winy. Każdy rodzic, zarówno matka, jak i ojciec, bardzo mocno to przeżywa. Najczęściej utrata wiąże się z poczuciem, że jestem niewystarczająco dobrą matką, niewystarczającym ojcem. Rodzą się myśli: "zaprzepaściłam najważniejszą szansę w życiu”; „mogłam tam nie iść.”; „mogłam tego nie dźwigać. To pewnie dlatego, że się schyliłam po torby” albo „to dlatego, że szłam po schodach” czy „to przez to, że stałam, zamiast usiąść.” W głowie rodzi się mnóstwo myśli i oskarżeń. To jest po prostu jedno wielkie poczucie winy. W sytuacji, w której ono jest tak silne i jeszcze nie do końca uświadomione, dzielenie się tym doświadczeniem z innymi jest bardzo trudne. Na nowo muszę się z nim skonfrontować. Nieustannie powraca natrętna myśl: „ja jestem za to odpowiedzialna”. Mężczyźni też często rozmyślają: „to moja wina”, "mogła nie iść sama, mogła nie stać”, „mogłem bardziej się starać, by więcej leżała"... Jest mnóstwo sytuacji, na podstawie których te osobą czują, że są w pełni odpowiedzialne i swoje zaniedbania odczytują za wyłączną przyczynę utraty dziecka. Można racjonalizować, mówić im, że tak nie jest, że do pierwszych trzech miesięcy jest największe ryzyko, że wiele osób ma takie doświadczenie, a statystycznie co piąta kobieta traci dziecko. Takie zdania w ogóle nie docierają, bo dla tej kobiety i tego mężczyzny to nie jest statystyczny fakt i „co piąta kobieta”, ale to jest strata ich dziecka, na które czekali.

Czy myśli ksiądz, że osoby, które straciły dziecko, boją się powiedzieć o tym innym, bo zostaną ocenieni?

Ludzie, wbrew pozorom, są bardziej miłosierni wobec nas, niż my sami. Najtrudniejsze jest to, że ta osoba będzie musiała ponownie zmierzyć się z bolesnym doświadczeniem i sama się znowu ocenić. Niektórzy czują taki ból i wstyd, że mają wrażenie, że gdy podzielą się z innymi wiadomością o stracie dziecka, to zabrzmi tak, jakby przyznali się, że pijani jechali autem i zabili człowieka. To jest taki kaliber zapętlenia, wyrzutów i obwiniania siebie.

Mimo że to nie jest racjonalne.

To jest totalnie poza racjonalnością! Jest na poziomie emocji i dlatego tak trudno o tym mówić. Taka jest moja hipoteza po rozmowach z osobami, które straciły dziecko. Poczucie winy i przekonanie o odpowiedzialności pobrzmiewa bardzo mocno w ich wypowiedziach, w mniej lub bardziej zawoalowany sposób. Dziecko powinno być chronione w łonie matki, matka w ciąży odpowiada nie tylko za siebie, ale także za życie, które w niej się kształtuje. Jest to bardzo silne przekonanie i przypuszczam, że także jeden z głównych powodów, dlaczego potem rodzi się w rodzicach ogromne poczucie winy i nieumiejętność mówienia o tym. Mimo że winy nie ma. Drugi powód jest bardziej społeczny i polega na bagatelizowaniu problemu. Wiele osób przeżywa ból po śmierci swoich bliskich, ale nie rozumie, jak można równie mocno być poruszonym po śmierci dziecka. Co to za śmierć, jeśli ono jeszcze nawet się nie urodziło. Kiedy umiera matka, syn, siostra, brat, mąż, to społeczeństwo akceptuje nasz smutek, płacz, tęsknotę i pogrzeb. Cykl zamyka się w naturalny sposób. Mówienie o utracie dziecka nienarodzonego jest dość nowym zjawiskiem i ludzie nie mają pojęcia, jak na to reagować, więc np. umniejszają czyjeś cierpienie, bagatelizują je.

Często pary przechodzą przez te najtrudniejsze chwile tylko we dwoje. Nie potrafią lub nie chcą się tym z innymi dzielić, przynajmniej na początku. To jest tak „ich” doświadczenie, że ten smutek musi się w nich domknąć, wysycić.

Spotkałam się z tym, że rodzice słyszeli: „A, będziecie mieć kolejne dziecko, jeszcze jesteście młodzi.”

Dokładnie. Będziecie mieć kolejne - jajko się stłukło, weź drugie. Posprzątaj i weź drugie. Tak wysoki jest poziom bagatelizowania sprawy przez niektóre osoby z otoczenia. A nie oszukujmy się – przy stracie dziecka, czy przy aborcji, czy przy poronieniu, to są ogromny szok i ból dla organizmu. Spadają poziomy hormonów, kobietę boli całe ciało, macica zmniejsza się z powrotem do swoich rozmiarów. To, co kobieta przeżywa jest niezwykle trudne, wiąże się z cierpieniem fizycznym i psychicznym, bo do tego dochodzi jeszcze właśnie poczucie winy i odpowiedzialności, plus nie zawsze wspierające głosy ze środowiska: „będziesz miała drugie”. Jeśli widzisz, że ktoś lekceważy Twoje cierpienie, to wolisz zostać z tym bólem sama i nie dzielić się nim. Często pary przechodzą przez te najtrudniejsze chwile tylko we dwoje. Nie potrafią lub nie chcą się tym z innymi dzielić, przynajmniej na początku. To jest tak „ich” doświadczenie, że ten smutek musi się w nich domknąć, wysycić.

Czy często spotyka ksiądz w swojej praktyce duszpasterskiej i psychologicznej osoby, które przeżyły utratę dziecka poczętego?

Spotykam. Trudno powiedzieć, czy często... Pewnie tak często, jak każdą inną osobę. Natomiast nie jest to przeżycie eksponowane na pierwszym planie. Wiele osób mówi o tym między wierszami. Sami pomijają to, co jest dla nich źródłem ogromnego bólu i cierpienia. Oczywiście jest to mechanizm obronny. Jeśli nie potrafię czegoś unieść, próbuję zmienić ciężar tego w mojej głowie.

Mówią o różnych trudnościach i nagle pojawia się ten temat?

Tak, nagle wspominają, że stracili dziecko i kiedy ten temat się pojawia, to zazwyczaj okazuje się, że jest nieprzeżyty. Są łzy, smutek, widać w tym człowieku, że nie przeżył tego w pełni – widać, że ten cykl się w nim nie domknął.

Co jest dla nich najtrudniejsze? Samo doświadczenie, czas po nim? Pustka, wyobcowanie, samotność, brak pożegnania czy żałoby, temat tabu?

Wymienia pani wiele aspektów, uczuć, a najczęściej te osoby nie są w stanie tego nazwać, opisać, zaklasyfikować, uporządkować. Nikt takiego

doświadczenia nie planuje, śmierci dziecka się nie planuje. To jest czas oczekiwania, kupuje się łóżeczko, urządza pokój dziecięcy, planuje zmianę mieszkania, prawda? Tym człowiek żyje. I w momencie, kiedy okazuje się, że to, na co czekaliśmy, to życie, które we mnie/w nas było i było czymś naszym, po prostu umarło. To jest tak traumatyczne doświadczenie, że oczywiście wysuwa się smutek, żal, ale to wszystko jest w kłębku – nagromadzone i poplątane. Również z tego powodu jest to wielki znak zapytania dla bliskich, jak być z takim człowiekiem i mu towarzyszyć.

Jak mądrze wspierać?

Myśli ksiądz, że osoby, które straciły dziecko, mogą liczyć na wsparcie najbliższych: rodziny, przyjaciół, wspólnoty?

Myślę, że mogą liczyć przede wszystkim na wsparcie tych, którzy sami doświadczyli tego samego. Nie ma znaczenia czy to byli rodzice, którzy stracili dziecko, czy ktoś we wspólnocie. Wspólne doświadczenie powoduje, że to wsparcie jest autentyczne. Nawet uścisk takiej osoby jest inny.

Te osoby po prostu wiedzą.

Wiedzą. Wtedy sam dotyk czy spojrzenie pełne zrozumienia jest dużo cenniejsze niż komunikacja na poziomie werbalnym.

A co z bliskimi, którzy sami tego nie przeżyli, ale chcą taką osobę/parę wspierać? Jak mogą pomóc w sensowy sposób?

Trzeba przede wszystkim dać takiej osobie / parze poczucie, że się jest. Jeśli będą to wiedzieć, w pewnym momencie sami wyciągną rękę. Nie wolno się od nich izolować, na zasadzie, że jestem bezradny: nie wiem jak Ci pomóc, więc po prostu się wyłączę na jakiś czas; radź sobie. To nie jest dobre rozwiązanie. Ani też bycie nachalnym, naleganie: spotkaj się, wyjdź, pogadajmy o tym. Warto wysłać wiadomość, napisać kilka słów: „myślę o tobie, pamiętaj, że jestem”; „w razie potrzeby jestem do dyspozycji.” Ważna jest gotowość pomocy. A ona może być bardzo różna, np. rodzic, który mieszka w innym mieście, dowiaduje się, że córka poroniła, więc przyjeżdża i po prostu z nią jest – zrobi herbatę, ugotuje rosół... Niekoniecznie rozmawia. Kiedy ból jest świeży, nie jest to właściwy moment na rozmawianie czy tłumaczenie czegokolwiek. Jest tyle trudnych emocji, że trzeba po prostu w tym towarzyszyć. Na poziomie werbalnym nie mam żadnego pakietu porad i nie widzę ich sensu. Nie ma jednej gotowej recepty, jak z takim człowiekiem być. To kwestia wrażliwości, wyczucia, więziJa. Wiele czynników ma na to wpływ. Jaka jest nasza relacja, jakie będzie moje zachowanie, kiedy ta osoba niekoniecznie doceni starania albo będzie dawała sygnały, że chce być sama? Trzeba to respektować. Zapewnić, że jestem tu dla ciebie, ale daję ci przestrzeń, nie narzucam się.

Czyli obecność i bliskość, ale z wyczuciem.

Tak. Istnieją też metody, które zawsze są wspierające: zajęcie się dziećmi, jeżeli są, ugotowanie obiadu, posprzątanie mieszkania.

I na pewno nie udzielanie żadnych złotych rad?

Złote rady to później.

Albo nigdy? Osobom wierzącym może być odrobinę łatwiej pogodzić się ze stratą, z racji tego, że wierzą w życie wieczne, ale jeśli słyszą od bliskich: „widocznie Bóg tak chciał” albo „spotkało Was to, ale na pewno ma jakiś sens” na etapie największego cierpienia, samotności, takie teksty są... puste.

Ma pani rację. Takie słowa odbijają się jak od ściany, nic nie wnoszą. W tym momencie po prostu boli. Reakcją na to może być agresja wewnątrz i na zewnątrz, unikanie takiej osoby. Tak jak w życiu. Jeśli ktoś jest nieadekwatny i zupełnie nie ma wyczucia, raczej go unikamy.

Takie zachowanie może wynikać z tego, że ludzie chcą jakoś zareagować, próbują werbalnie w magiczny sposób załagodzić trudną rzeczywistość.

To jest pewnie też próba propagowania pewnej wiedzy na ten temat. Tak jak robimy to teraz. Ludzie też się uczą, to jest temat, który jest teraz odkrywany. Kiedyś to było jeszcze większe tabu. „No, poroniła.”, „Poszła, łyżeczkowanie miała, 3 dni w domu i do pracy.” A w pracy: „słuchaj, ja też dwa razy poroniłam, nim się Stasiu urodził” albo „wiesz, to pewnie chorutki był, dlatego się nie utrzymał, to lepiej się stało.” Ale co z tego? Ja chcę chore. Chcę je kochać.

Właśnie, przecież te osoby nie stają się rodzicami dopiero po porodzie, ale już nimi są.

Z poziomu świadomości zostajesz rodzicem, kiedy dowiadujesz się o ciąży. Ale już w momencie zapłodnienia kobieta staje się matką. Jest to doświadczenie wielu kobiet, które jeszcze nie wiedziały, że są w ciąży, ale już się w nich coś zmieniało. Nie chodzi tylko o hormony, ale o więź, która się tworzy od samego początku. Potem dowiadujesz się, czekasz, dbasz, cieszysz się i nagle wszystko tracisz.

Przegadać, przepłakać, przemodlić, przekrzyczeć

Ta utrata może mieć różne przyczyny, ale ból po śmierci dziecka pozostaje ten sam. Co jest istotne w procesie godzenia się ze stratą dziecka? Co mógłby ksiądz doradzić rodzicom, którzy przeżywają tak ogromne cierpienie?

Z poziomu emocji to jest zawsze to samo poczucie utraty. Przede wszystkim ważne, by się nie obwiniać, ale podejść do sprawy uczciwie. Spróbować zobaczyć tę stratę jako wypadkową różnych sytuacji. To, że chwyciłam tę siatkę, chociaż miałam nie dźwigać, to nie była przyczyna. Owszem, to był może mały element, który mógł się przyczynić. Ale mógł się też nie przyczynić. Być uczciwym i nie robić sobie wyrzutów. Zobaczyć, że na taką stratę ma wpływ wiele czynników. A z drugiej strony, nie ignorować ich. Zobaczyć, za co było się odpowiedzialnym i być może zapłakać nad tym, mieć w przyszłości na uwadze. W następnym kroku zdjąć z siebie brzemię odpowiedzialności. Jeśli jest para, która się kocha i czekała na to dziecko, dobrze jest pobyć przez pewien czas w tym samemu. We dwoje sobie to przegadać, przepłakać, przemodlić, przekrzyczeć, by tam się to wysyciło, żeby tego było jak najwięcej i jak najszybciej. Im bardziej wstrzymywane, tym bardziej może doprowadzić później do eskalacji problemów w relacji.

Czyli pierwszy odruch powinien być taki, by przegadać i przeżyć to we dwoje. Nie zwracać się najpierw do mamy, teściowej, przyjaciółki.

Tak. Natomiast jeśli to jest tak trudne doświadczenie, dla którejś strony, że nie może się otworzyć przed najbliższą osobą w związku, wtedy szuka się pomocy tam, gdzie jest na to przestrzeń. Ale mówię o relacji na tyle stabilnej, że zarówno doświadczenie radości, jak i smutku można przeżywać razem.

Ważne, by mieć takie miejsce, by o swoim utraconym dziecku pamiętać, pójść tam w rocznicę śmierci. Nie chodzi o pielęgnowanie tej straty, ale pamięć o osobie. To członek rodziny i dziecko, którym Pan Bóg nas obdarzył.

Wyobrażam sobie, że nawet jeśli jest to długoletni, stabilny, dobry związek, który wiele ze sobą przeżył, to jednak śmierć dziecka jest przeżyciem tak skrajnym, że może się nagle okazać, że nie ma w tym temacie komunikacji w związku.

Oczywiście, że tak. Dlatego trudno mówić o jednym przypadku, przytoczyć jedną radę, wypunktować, co robić i jak działać, ponieważ istnieją bardzo różne sposoby radzenia sobie, przeżywania, doświadczania. Ale to, co jest wspólne, to potrzeba, by się wypłakać i wykrzyczeć. Na pewno

jest w tym zawsze bardzo duża komponenta złości. Jeśli jej nie wyrazimy, ona sama się wyrazi, ale wtedy możemy sobie z nią i jej konsekwencjami bardzo długo nie poradzić.

Za wszelką cenę szukać w tym siebie (nawzajem) i nazywać swoje emocje?

Emocje, ale też rozczarowanie, ból, żal.

Jeśli masz w głowie, że czujesz się totalnie winna/y, powiedz to. Nie zostawiaj z tym w głowie, myśląc, że to, co niewypowiedziane jest mniej zawstydzające, bo jest wręcz przeciwnie. Ta myśl rośnie i cały czas Cię obwinia.

Wyrzuć to, co trawi w środku. Jeśli są to łzy – płacz. Jeśli złość – wyraź ją, chociażby poprzez krzyk. Jeżeli smutek – szukaj ukojenia w drugiej osobie. Jeśli poczucie winy – wypowiedz je. Ważne, by dać upust temu, co się pojawia. To pierwszy krok. Wtedy zaczynasz się kontaktować ze sobą. A jak masz kontakt ze sobą, ten cykl prędzej czy później zostanie domknięty. Na pewno nie wolno udawać, że nic się nie stało. Nie racjonalizować, na racjonalne argumenty przyjdzie jeszcze czas. Bagatelizowanie i racjonalizowanie to są mechanizmy obronne, żeby uciec od siebie, od tego, co trudne. Od bólu, cierpienia, smutku.

Pielęgnowanie straty - nie, pamięci - tak

Czy w procesie przeżywania straty, żałoby ważne jest, by dziecko pogrzebać?

Jeśli tylko jest możliwość, to tak. To dziecko ma prawo do pochówku, rodzina ma prawo do zasiłku pogrzebowego. W naszej konstytucji człowiek – na szczęście – jest chroniony od poczęcia do naturalnej śmierci. Stąd te przywileje, które jej się należą. Można też zrobić badania genetyczne, które określą płeć. Szpital ma obowiązek albo wydać ciało rodzicom do pochówku, albo pochować je w zbiorowej mogile. Jeśli trafimy na szpital, w którym wydanie ciała dziecka nie jest oczywiste, potrzebne może być wsparcie najbliższych, którzy pójdą z nami, pomogą załatwić wszystkie formalności. Płód to nie jest zlepek komórek, ale człowiek, który ma prawo do godnego pochówku.

Dziecko można pochować, np. w grobie rodzinnym, zamówić nie tylko pokropek, ale też mszę.

Tak, chociaż nie jest to liturgia pogrzebowa, bo dziecko jest już w niebie. Dziecko nie przyszło na świat, nie popełniło żadnego grzechu. Grzech pierworodny jest z urodzenia, nie z poczęcia. Jest chronione w łonie matki przed konsekwencjami grzechu pierworodnego, jak mówi św. Tomasz z Akwinu. Ale Eucharystia może być w intencji rodziny.

A co z rodzicami, którzy nie mieli możliwości pochować dziecka? Nie mieli świadomości lub dziecko było abortowane?

Są różne sposoby. Można wybrać symboliczne miejsce, które będziemy odwiedzać i tam stawiać znicze, np. zaniedbane, zapomniane groby dzieci. Znam osoby, które straciły dziecko i o takie groby dbają. Taki grób można nawet wykupić, wydłużyć dzierżawę. Może być też inny grób, krzyż. Ważne, by mieć takie miejsce, by o swoim utraconym dziecku pamiętać, pójść tam w rocznicę śmierci. Nie chodzi o pielęgnowanie tej straty, ale pamięć o osobie. To członek rodziny i dziecko, którym Pan Bóg nas obdarzył. Z wiadomych sobie przyczyn, to życie zabrał już do siebie, ale teraz ten człowiek jest w niebie, oręduje za nami, czeka na nas i spotkamy się po śmierci.

Przez wyparcie osoby w rodzinie mogą w ogóle o tym dziecku zapomnieć, prawda?

Tak. Dlatego bardzo popieram, kiedy mówi się o dzieciach lub rodzeństwie: „mam czwórkę dzieci, dwójkę w niebie”, „mam trzy siostry, jedną w niebie”. To uczy w rodzinie wrażliwości na stratę i świadomości, że to był człowiek, ktoś, kto jest członkiem naszej rodziny. I nie był to tylko zlepek komórek.

A czy potrzebne jest nadawanie imienia?

Tak, imię to tożsamość. Dziecko znane z imienia pozostaje silniej w pamięci, w rodzinie.

"Ciocia Hania trzy razy poroniła, ale nie chce za bardzo o tym rozmawiać..."

Czy osoby z tak trudnym doświadczeniem szukają pomocy psychologicznej?

Tak. Ból i cierpienie po śmierci dziecka są normalne. Ale jeśli czas żałoby niepokojąco się wydłuża, jeśli trudno wrócić do obowiązków i nie trwa to rok, ale znacznie dłużej, warto poszukać pomocy, zadbać o siebie, zamknąć cykl. Ale też pozwolić sobie na to, że tak jest, że płaczę, wspominam, cierpię, boli mnie, tęsknię.

Ma ksiądz propozycję dla osób, które straciły swoje nienarodzone dzieci. To pierwsza tego rodzaju inicjatywa w północnej części Warszawy. Proszę opowiedzieć o swoim pomyśle.

Pomysł zrodził się z moich spotkań, doświadczenia osób, które znam. One często mówiły, że czują się bardzo samotne. Nie mają dokąd pójść, kiedy to się wydarzy. Owszem, słyszały, że ciocia Hania trzy razy poroniła, ale nie chce za bardzo o tym rozmawiać, sama znalazła sposób, żeby żyć z tym dalej. W rezultacie nie mają z kim tego doświadczenia podzielić. Pomyślałem, że na wagę złota byłaby dla nich możliwość spotkania się

z osobami, które też przez to przeszły, których samo spojrzenie będzie wystarczająco wspierające. To spojrzenie, które mówi: „wiem, co czujesz”. Nie „wydaje mi się”, ale „wiem”, bo „przeżyłam/przeżyłem to samo”. To jest moja motywacja, by mogły się spotykać osoby, które łączy trudne doświadczenie. To, że jest bardzo ciężkie, nie znaczy, że nie można się nim zająć. Druga motywacja jest taka, by te spotkania przerodziły się w grupę, która byłaby grupą modlitewną, również grupą wsparcia, ale nie stricte psychologicznego. Grupą, gdzie będą mogły przyjść także osoby, które modlą się o potomstwo, sympatyzują. Chcę stworzyć przestrzeń na to, by się spotkać, kogoś posłuchać - planuję konferencje, katechezy, spotkania z lekarzami, z różnych inicjatyw pro life. Będzie można się dowiedzieć, jakie są propozycje, jeśli chodzi o leczenie, czym jest naprotechnologia, jakie miejsca w Warszawie oferują taką pomoc. To będzie na drugim planie. Na pierwszym będzie wspólna modlitwa o potomstwo.

Wyrzuć to, co trawi w środku. Jeśli są to łzy – płacz. Jeśli złość – wyraź ją, chociażby poprzez krzyk. Jeżeli smutek – szukaj ukojenia w drugiej osobie. Jeśli poczucie winy – wypowiedz je. Ważne, by dać upust temu, co się pojawia.

Rekolekcje po stracie dziecka poczętego odbędą się w dniach 14-16 października, w Parafii Niepokalanego Poczęcia NMP na Wrzecionie, Przy Agorze 9, w Warszawie. Nie jest to przypadkowa data. 15-ego października jest Dzień Dziecka Utraconego.

15-ego października, w drugi dzień rekolekcji, będzie ważny punkt: adoracja, która będzie miała wymiar indywidualnego spotkania z Panem Jezusem, zmierzenia się z własną stratą i dopuszczenia Go do najbardziej skrywanych spraw.

Czy trzydniowe rekolekcje będą zamkniętym cyklem? Czy jeśli ktoś nie będzie miał odwagi, by przyjść pierwszego dnia, jest sens dołączyć później?

Najlepiej wziąć udział w całym cyklu. Pierwszy dzień będzie teoretyczny, wprowadzający, osadzający, bo osoby przyjdą z różnym poziomem wiedzy, świadomości, emocji, itd. Drugi dzień będzie bardziej przeżyciowy, z adoracją, rozeznawaniem swojej straty, próbą godzenia się z nią. Trzeci dzień to kulminacja – Eucharystia, agapa. Będzie tak, jak powinno być: z trzema etapami: wprowadzeniem, szczytem i zejściem. Warto przejść tę drogę, nie zostać na szczycie, ale domknąć wszystko w trzecim dniu. Zachęcam, żeby uczestniczyć w całości, ale jeśli ktoś się zdecyduje przyjść tylko w środę, bo przez pierwsze dwa dni będzie miał pietra, niech przyjdzie w środę. Warto. Może ktoś potrzebuje tylko pobyć z ludźmi, spojrzeć w prawo, w lewo, zobaczyć, że oni też to przeżyli; zrozumieć, że nie jest się jedynym. To też może być uzdrawiające. Duch Święty działa, Pan Bóg działa nie poprzez nasz plan, ale jak chce i kiedy chce.

Osoby, które przeczytają o rekolekcjach i poczują potrzebę, by w nich uczestniczyć, mogą mieć jednak wiele obaw, czy jest to właściwe dla nich miejsce. Być może rany nie zostały jeszcze zabliźnione, strata jest zbyt świeża lub odwrotnie – zdarzyło się to dawno temu i te osoby nauczyły się żyć po tym cierpieniu. Czy są to rekolekcje dla wszystkich? Jak odpowiedziałby ksiądz na takie obawy?

Mogą pojawić się myśli, czy jestem w stanie, czy ja potrafię... Ból jest tak palący. Chcę ich zapewnić, że w czasie rekolekcji nie muszą nic mówić. Niech po prostu przyjdą, posłuchają, dadzą temu szansę. Te rekolekcje są dla wszystkich. Zapraszam także tych, którzy ten cykl po stracie mają zamknięty. Jeśli mają to uporządkowanie, radzą sobie, urodziły się im kolejne dzieci i są szczęśliwą matką, spełnionym ojcem, warto przyjść dla tych, którzy może będą potrzebowali ich obecności. Dlatego proszę, jeśli czytasz tę rozmowę i znasz osobę, która mogłaby potrzebować takiego spotkania, rekolekcji, podziel się z nią informacją o nich. Zawierzam Matce Boskiej wszystkie osoby, które straciły dziecko i wierzę, że to spotkanie ma sens.

* * *

Ks. Wojciech Szychowski - kapłan w Archidiecezji Warszawskiej. Z wykształcenia jest psychologiem. W swojej posłudze kapłańskiej kładzie akcent na duszpasterstwo osób w kontekście pełnionych ról w rodzinie i w społeczeństwie. Prowadzi m.in. rekolekcje połączone z warsztatami dla małżeństw. W tym roku podjął sie poprowadzenia rekolekcji dla osób po stracie dziecka poczętego.

Szczęśliwa żona. Studiowała polonistykę i filozofię. Warszawianka dumna ze swojego miasta. Uwielbia bycie w drodze, podróże, kina studyjne, czerwone wino i narty.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Wunibald Müller

Żeby pokonać depresję, trzeba jej wysłuchać

Depresja przypomina nam, że ciemna, czarna, szara strona rzeczywistości jest w nie mniejszym stopniu częścią naszej egzystencji niż jej strony radosne, jasne i barwne. Trzeba uznać tę ciemną stronę...

Skomentuj artykuł

Przepłakać, przemodlić, przekrzyczeć. Życie po utracie dziecka [WYWIAD]
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.