Jak zrobić wodę z mózgu?

Jak zrobić wodę z mózgu?
(fot. Margot Gabel / flickr.com)
Reinhard Kreissl / slo

Wiedza - jakkolwiek ruchem zygzakowatym - postępuje naprzód. Kiedy wczoraj jakaś witamina należała jeszcze do dobrych, może być tak, że jutro zostanie już zakwalifikowana jako szkodliwa.

Nienasycony kwas tłuszczowy, wolny rodnik, cholesteryna, gliceryna czy lewoskrętne kultury grzybów wymagają jako środki wspomagania zdrowia długotrwałej obserwacji, wędrują bowiem nieustannie z dobrej strony na złą i z powrotem, aż wreszcie, zakwalifikowane jako pozbawione jakiegokolwiek skutecznego działania, znikają z pola widzenia naukowej obserwacji.

Starsi ludzie pamiętają jeszcze zdrowotne właściwości przypisywane szpinakowi. Uważano, że zawiera on bardzo bogatą dawkę żelaza, co dla wzrostu i rozwoju dziecięcego organizmu jest szczególnie ważne. Jako dziecko stale zadawałem sobie pytanie, dlaczego w takim razie nie karmi się nas gwoźdźmi albo nie posypuje się opiłkami żelaza puddingu, zamiast wmuszać w nas tę okropną zieloną papkę. Jak się potem okazało, wszystko to było oparte na błędnym rachunku: przy obliczaniu wartości odżywczej przeoczono gdzieś potęgę dziesiątą.

Również fakt, że na Zakaukaziu czy na wyspach japońskich szanse na długie życie są wyraźnie większe niż w naszych szerokościach geograficznych, jest często przypisywany tamtejszym nawykom żywieniowym.

Długowieczni starcy z ząbkami czosnku i kefirem w dłoni służą jako wzór długiego życia; podobnie zwiędłe Japonki, które w kimonie obchodzą swoje sto dziesiąte urodziny - ponoć dzięki temu, że przez całe życie żywiły się głównie ryżem i rybami.

Otóż możliwe, że ten, kto swoją dietę opiera konsekwentnie na kefirze i czosnku, żyje dłużej, a to dlatego, że jest nieustannie w ruchu, biegając stale do toalety czy też uganiając się za towarzyskimi kontaktami, utrudnionymi wskutek wydzielanych przez niego wyziewów. Również nadzieja na błogosławione skutki diety rybnej okaże się prawdopodobnie złudna, kiedy sobie uświadomimy, że w przypadku ryb, które tu u nas pojawiają się na stole, mamy przeważnie do czynienia z szerokim spektrum antybiotyków z dodatkiem ości. Powszechnie spotykane w handlu łososie pochodzą z gospodarstw hodowlanych, w których są karmione odpowiednimi medykamentami, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się chorób, jakie w ciasnej przestrzeni mogą wybuchać i poważnie zagrażać zyskom hodowców.

Przykłady takie ukazują podwójne oblicze nauki w kontekście doradztwa życiowego i żywieniowego. Podczas gdy z jednej strony za pomocą mniej lub bardziej uprawdopodobnionych tez co do sposobu działania pewnych substancji odżywczych w określonych środkach spożywczych uzasadnia się obietnice długiego i zdrowego życia, można z drugiej strony przy użyciu tych samych metod wskazywać na granice i ryzyka takich zbawczych obietnic. Nauka jawi się tu jako jeden z graczy w debatach na temat ryzyka i niepewności.

Rozmaite diety, zalecane w regularnych odstępach czasu przez media konsumentkom, rzadko obywają się bez naukowego podkładu muzycznego. Najpierw wmawia się ludziom, że są zbyt otyli, a potem mówi się im, jakie są najnowsze wyniki badań w dziedzinie odżywiania się: że mianowicie powinni z tego zrezygnować, a za to tamto spożywać w dużych ilościach, i w żadnym razie nie mieszać jabłek z ziemniakami czy po zachodzie słońca jeść jeszcze mięso. Całość raz z alkoholem, raz bez, raz gotowane lub duszone, innym razem surowe, bez żadnej obróbki. Te wuduistyczne czary działają naturalnie tylko wtedy, jeśli odprawia się je ściśle według zaleceń danego guru w białym kitlu oraz w miarę możności z zastosowaniem markowych produktów, które on zaleca.

Nie należy więc przyprawiać dietetycznych potraw jakąkolwiek solą czy octem, lecz używać, o ile to możliwe, wyłącznie soli morskiej z północnej Bretanii albo nieprzerabianego, mieszanego na zimno Aceto Grand Cru. Jest samo przez się zrozumiałe, że tego rodzaju specjalne przyprawy można dostać tylko w odpowiednich sklepach po specjalnej cenie. Jak powiedziano, nie chodzi przy tym o jakieś szczególne walory smakowe, delikatny aromat czy egzotyczne rozkosze dla podniebienia, lecz o działanie na rzecz własnego zdrowia.

Dzięki takim kampaniom lista tego, co powinniśmy wprowadzać do naszych organizmów poprzez pożywienie, jest układana co tydzień na nowo i ten, kto rzeczywiście pragnie na siebie uważać i zamiast odczuwać z jedzenia przyjemność traktuje spożywanie pokarmu jako przyczynek do długiego życia, będzie musiał w regularnych odstępach czasu przeczesywać swoje szafki z zapasami, aby czegoś z nich się pozbyć i zrobić miejsce dla najbardziej aktualnych eliksirów życia.

Gdyby Ci się teraz, Czytelniku, nasunęło podejrzenie, że w tych aktualnych, naukowo podbudowanych propozycjach w przedmiocie zdrowego odżywiania się chodzi o podobne następowanie po sobie kolejnych nowości, jak to ma miejsce w dziedzinie mody, to z pewnością się nie mylisz. Nie bez kozery mówi się o modnych lekarzach; analogicznie można by też wprowadzić termin: modni naukowcy.

Z biegiem czasu nauka w sferze zdrowia i piękności wyparła środki domowe. Zdrowy domowy rozum naszych przodków został zastąpiony przez specjalistyczny rozum badaczy. Przypuszczalnie wiąże się to w niemałej mierze z tym, że poranny zimny tusz czy otwarte nocą okno w sypialni nie dają się nawet w przybliżeniu tak dobrze sprzedać, jak preparaty przemysłu farmaceutycznego, którym przypisywane są skutki wspomagające zdrowie.

Jak zawsze, wzorcowa jest tu ojczyzna wszelkiego szaleństwa, USA. W tamtejszych supermarketach przechodzi się przez nieskończone wąwozy flankowane rzędami półek, na których oferowane są środki spożywcze w sposób gwarantowany wolne od substancji odżywczych, aby następnie tuż przed kasą natrafić na dział z pigułkami uzupełniającymi pożywienie. Wszystko, czego pokarm nie zawiera, świadomy w sprawie zdrowia Amerykanin wprowadza do organizmu w postaci pigułek: mikroelementy, witaminy i inne zawarte w normalnym jedzeniu substancje trzeba nabywać extra. To tak, jakby się za drogie pieniądze kupiło auto, a potem musiało się jeszcze oddzielnie kupić silnik, aby mogło ono jeździć.

Do tego dochodzi (a dotyczy to nie tylko USA) zamiłowanie medycznego cechu do testów: morfologia krwi, cholesterol, leuko- i inne cyty są przez lekarzy regularnie mierzone. To, co tam jak, gdzie, w jakich laboratoriach jest produkowane jako wyniki, jest całkiem niejasne; jak te wartości należy interpretować i jak są interpretowane - znajdujemy się tu znowu w pobliżu kart tarota. Również ustalane normy zdrowia, jak wskaźnik masy ciała (BMI - Body-Mass-Index) czy średnie normalne ciśnienie krwi dla poszczególnych grup wiekowych roszczą sobie pretensje do "naukowego ugruntowania" - tylko po to, aby napędzać ludziom strachu albo ich uspokajać.

Wszystko to byłoby samo w sobie względnie nieszkodliwe dla zdrowia i mogłoby zostać odnotowane jako pomyślna strategia wzbogacająca ze strony medycyny, gdyby nie pociągało za sobą skutku ubocznego w postaci stopniowego i systematycznego ogłupiania ludzkości.

Otóż rzecz ma się tak, że rozwój kompleksu farmakologiczno-medyczno-przemysłowego, który występuje z ciężkimi działami naukowo ugruntowanych diagnoz przeciwko mniemanym cierpieniom laików, jest zjawiskiem stosunkowo świeżej daty. I naturalnie współczesna naukowa medycyna może zapisać na swoim koncie szereg sukcesów. Ten, kto dzisiaj umiera wskutek pęknięcia wyrostka robaczkowego, jest przeważnie sam sobie winien. Również przestrzeganie pewnych standardów higienicznych, odkrycie zarazków pewnych rozpowszechnionych chorób - wszystko to trzeba z pewnością zaliczyć do pozytywnych stron tego rozwoju.

Zarazem jednak rozwój ten sprawia, że zanika naturalne wyczucie własnego stanu zdrowia. Prawdopodobnie ludzkość nie byłaby osiągnęła stopnia, na którym mogła powstać nauka medyczna, gdyby nie była w stanie przetrwać do tego momentu również bez niej. Grypa jest grypą. Przychodzi i odchodzi - ze szczepieniem i bez niego. Trzeba wywołać odpowiednią panikę drogą skoncentrowanej akcji ekspertów medycznych, przestraszonych polityków i nastawionych na zysk przedsiębiorstw farmaceutycznych, aby z faktu, że wirusy i bakterie od zawsze brały ludzkość na cel, zbijać solidny kapitał, zapędzając ludzkie masy do lekarskich poczekalni i aptek.

Obok leków w ścisłym tego słowa znaczeniu, wskazanych z medycznego punktu widzenia, zysk ten pochodzi przede wszystkim ze sprzedaży jakichś pigułek, proszków i eliksirów i jest w pierwszym rzędzie efektem rozbudzanej przy wielkim wkładzie aktywności reklamowej wiary w ich skuteczność. Albo też w ukrytych skutkach ubocznych. Znanym, właśnie przez starszych ludzi cenionym środkiem nasercowym, którego jeden kieliszek należy zażyć rano, jest w istocie rzeczy wysokoprocentowy alkohol z dodatkiem kilku ekstraktów ziołowych, którego babcia i dziadek, powstawszy ze snu, zażywają - naturalnie dla zdrowia. Dawka z drogiej butelki nabytej w aptece działa oczywiście lepiej niż kieliszek Jagermeistra do śniadania.

Apteki, niegdyś świątynie tajemnej i czcigodnej sztuki farmakologii, spadły do poziomu sklepów handlujących bezwartościowym towarem, w których klientela daje sobie wmawiać najnowsze cudowne środki na wszelkie możliwe dolegliwości. Krem nawilżający z apteki działa prawdopodobnie równie nieskutecznie (albo równie skutecznie), jak każdy nie opatrzony żadną specjalną nazwą produkt z kramu z artykułami drogeryjnymi za rogiem, ale również i tu obowiązuje stara mądrość, że to, co drogo kosztuje, musi też być bardzo skuteczne. Kasa fiskalna apteki dźwięczy bez wytchnienia zwłaszcza wtedy, kiedy ogłoszona zostaje groźba jakiejś nowej pandemii.

Zaniepokojony obywatel biegnie wówczas do apteki, aby profilaktycznie zaopatrzyć się w odpowiednie medykamenty, pozwalające mu odwrócić od siebie grożące niebezpieczeństwo, o którym nikt tak dokładnie nie wie, czy ono rzeczywiście istnieje. Następuje szturm na półki ze szczepionkami, a zatroskani politycy związani z resortem zdrowia zastanawiają się publicznie nad tym, komu powinno przysługiwać pierwszeństwo w zaopatrzeniu w nie: najpierw personel medyczny, potem straż pożarna, policja i osoby pełniące odpowiedzialne funkcje polityczne, aby te uprzywilejowane grupy mogły następnie uchronić przed najgorszym - jeśli takowe w ogóle się pojawi - normalną ludność. Jedyną pandemią, jaka potem następuje, jest zbiorowa histeria i paranoja, która nawet ostatniego rozsądnego człowieka wciąga w swoje tryby.

Procesowi temu sprzyja mechanizm, który działa również w innych dziedzinach polityki. Otóż wznieca się lęk przed tym, co w przyszłości nastąpi, jeśli nie podejmie się bezzwłocznie właściwych kroków zapobiegawczych. Lęk przed włamaniem, przed wirusami ptasiej, świńskiej czy innej grypy albo przed rakiem działa zawsze według tego samego wzoru: rób coś, bo w przeciwnym razie dojdzie do katastrofy, której sam będziesz winien.

Tak więc roztropny rzekomo obywatel zaopatruje swoje drzwi w zamki bezpieczeństwa, biegnie do szczepienia i poddaje się regularnie zapowiedzianym w danej chwili badaniom profilaktycznym, kolonoskopiom i innym torturom - w nadziei, że grożącemu mu niebezpieczeństwu pokazał figę. Jeśli potem nic mu się nie przytrafia, włamywacze nie pojawiają się, człowiek nie zostaje uśmiercony przez wirusy ani zżarty przez raka, potwierdza to słuszność tych, którzy poradzili mu przedsięwziąć kroki zapobiegawcze. Jeśli jednak coś złego się wydarza, fakt ten bynajmniej nie dyskredytuje eksperckich rad. Po prostu przestępcy są coraz bardziej zuchwali (co pociąga za sobą postulat nowej i ulepszonej techniki bezpieczeństwa), wirusy podstępnie się zmutowały (co zagrzewa do wołania o nowe i ulepszone szczepionki), a rak został zbyt późno rozpoznany (z czego wynika, że należy zwiększyć liczbę i częstotliwość badań profilaktycznych).

Niezależnie od tego, co się wydarzy, pierwotna diagnoza zagrożenia zostaje potwierdzona, tak czy inaczej eksperci medyczni mają rację.

Więcej w książce:  Dlaczego wiara w naukę nas ogłupia? - Reinhard Kreissl

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Jak zrobić wodę z mózgu?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.