Zderzenie światów. Na Wiejskiej abortomat, a nasze dzieci chcą rodzeństwo, żeby "było nas więcej do kochania"
Klimat do życia buduje się z opowieści i każdy z nas może go budować u siebie, nawet na przekór temu, co akurat dominuje w otoczeniu. Siedzę zanurzona w mediach społecznościowych, zawodowo obserwuję narracje otaczające współczesnego człowieka, a po godzinach przysłuchuję się rozmowom moich dzieci z kolegami. „Życie" występuje w tych opowieściach najczęściej jako projekt do zarządzania albo produkt z metką cenową, który liczy się tylko wtedy, gdy jest “jakieś”: bogate, zdrowe, ekscytujące. Trudno z takich klocków ulepić klimat pro-life w najprostszym sensie tego wyrażenia, czyli taki, w którym po prostu chce się żyć.
Jakiś czas temu świętowaliśmy z mężem osiemnastą rocznicę ślubu i do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak koncertowo daliśmy się wykiwać własnym dzieciom. Przez dwa tygodnie cała czwórka (w wieku 4-13 lat) szykowała dla nas imprezę-niespodziankę i przeurocze prezenty, w dodatku dosłownie pod naszym okiem, a my, ich podobno spostrzegawczy rodzice, nie mieliśmy o niczym pojęcia. W dniu imprezy zostaliśmy w prawdziwie przebiegły sposób wygonieni na spacer. Kiedy wróciliśmy, dom był przystrojony balonami i papierowymi banerami, od progu witał nas koncert z autorską poezją ku naszej czci, a wśród prezentów znalazły się własnoręcznie napisana i zilustrowana książka o przygodach naszej rodziny oraz bilet na wyjście na lody do restauracji, na który cała czwórka zgodnie zrzuciła się ze swoich świnek-skarbonek, po 35,75 zł od osoby.
I w tej całej feerii prezentów najmocniej uderzyła mnie jedna rzecz. Nasze dzieci życzyły nam tylko jednego: kolejnego dziecka. Wybrały już nawet imię dla brata albo siostry, żebyśmy, jak nam wyjaśniły, „żadnych kłopotów z decyzją na bobo nie mieli".
Najlepsze, co może nam się zdarzyć. Jest to dla mnie naprawdę fascynujące i absolutnie budujące, bo mówimy o zupełnie normalnym rodzeństwie, z gatunku tych, co to oddadzą bratu nerkę bez wahania, ale kredki: nigdy, przenigdy! Mieszkamy w przytulnym mieszkaniu w bloku, w którym czwórka ma do dyspozycji dwa pokoje, oba małe. Dzieci kłócą się regularnie, co najmniej raz dziennie szczerze się nie cierpią i nieustająco marzą o własnym, choćby maleńkim, byle zamkniętym dla pozostałej trójki na cztery spusty kącie. Dopytałam więc, czy zdają sobie sprawę, że z kolejnym dzieckiem zrobiłoby się w domu jeszcze ciaśniej i z całą pewnością głośniej. Cała czwórka bez wahania orzekła, że nie szkodzi. “Byłoby nas więcej do kochania, mamo, a to jest najlepsze, co nam się może zdarzyć” - odpowiedziało rezolutnie jedno z nich.
Warto docenić konstrukcję tego wywodu. Ciasnota i hałas zostały w nim uczciwie wliczone w koszty, nikt niczego nie przemilczał, a rachunek i tak wyszedł młodym na plus. Dla mnie “wow”. Nawet teraz, kiedy klikam te słowa, wzruszenie ściska mi gardło. Zastanawiam się też, jak to się dzieje, że trudności i czasem boleśnie szara proza naszej rodzinności nie tłamszą w nich zachwytu życiem ani umiejętności zobaczenia, że człowiek to dar do kochania. Za każdym razem dochodzę do wniosku: to musi być kolejny dowód na istnienie Pana Boga.
Nasze świętowanie zbiegło się z wiadomością, która przez kilka dni elektryzowała katolicką bańkę. W Warszawie, w lokalu przy ulicy Wiejskiej, w sąsiedztwie Sejmu, zaprezentowano „abortomat", czyli szafkę z dwudziestoma dwoma skrytkami, z której po wpisaniu kodu odbiera się tabletki poronne. Słuchałam wypowiedzi organizatorek i koordynatorek tej inicjatywy i (spór na argumenty zostawiam tu na boku, bo toczy się od lat w wielu innych miejscach) najdłużej zostało we mnie jedno porównanie. Urządzenie ma według nich zamienić całą sprawę w „coś tak prostego, jak odbiór przesyłki".
Paczkomat zna dziś każdy z nas, więc porównanie trafia w sam środek naszej codzienności i pewnie dlatego tak dobrze się niesie. Nic to, że początek ludzkiego życia zostaje w nim opowiedziany językiem logistyki, z kodem, skrytką i odbiorem w dogodnym terminie. Zastanawiam się ciągle, co można by zrobić, żeby tego typu narracja nie zdominowała rozmów o ludzkim życiu. Bo to, co widzę, kojarzy mi się tylko z jednym.
Megafon Goliata. Kiedy zestawiam życzenia moich dzieci z hukiem przekazów, które krzyczą do nas wszystkich ze świata, wychodzi mi z tego walka Dawida z Goliatem i na pierwszy rzut oka wydaje się, że Dawid nie ma tu żadnych szans. Siedzę zanurzona w mediach społecznościowych, zawodowo obserwuję narracje otaczające współczesnego człowieka, a po godzinach przysłuchuję się rozmowom moich dzieci z kolegami. „Życie" występuje w tych opowieściach najczęściej jako projekt do zarządzania albo produkt z metką cenową, który liczy się tylko wtedy, gdy jest “jakieś”: bogate, zdrowe, ekscytujące. Słowo „dar" tu się nie pojawia. Jest raczej postępujące dewaluowanie sensu wszelakiego i sprowadzanie egzystencji do bardzo ekonomicznych ramek. Trudno z takich klocków ulepić klimat pro-life w najprostszym sensie tego wyrażenia, czyli taki, w którym po prostu chce się żyć.
Goliat ma przy tym przewagę, którą nawet da się policzyć. Wiecie, że badacze przeanalizowali ponad sto tysięcy wariantów internetowych nagłówków testowanych na prawdziwych czytelnikach i ustalili, że w tytule średniej długości każde dodatkowe negatywne słowo podnosi klikalność o 2,3 procent, a słowa pozytywne ją obniżają (wyniki opublikowano w 2023 na łamach „Nature Human Behaviour")? Czyli zła wiadomość ma megafon wbudowany fabrycznie, a dobra musi sobie radzić bez nagłośnienia.
Metki i cenniki też raz po raz się pokazują. Centrum im. Adama Smitha co roku szacuje np., ile rodzina wydaje na wychowanie dziecka do osiemnastki, i robi to, jak rozumiem, w dobrej wierze, żeby pokazać, ile rodzice dźwigają. W tym roku wyszło 371 tysięcy złotych. Do ludzi dociera z takiego raportu, jak mi się zdaje, głównie kwota, a jeden z portali dla rodziców dołożył do niej tytuł, w którym wychowanie dziecka zostało nazwane „hobby" premium. Kładę obok tej sumy 143 złote, które moje dzieci wysupłały ze świnek na lody dla rodziców, i widzę dwie zupełnie różne filozofie prowadzenia rachunków w sprawie człowieka.
Że takie opowieści nie spływają po nas jednak jak woda po gęsi, również zmierzono. Zespół demografów z Uniwersytetu we Florencji zaprosił do laboratorium ludzi we Włoszech i w Norwegii, dał im do przeczytania spreparowany artykuł prasowy o przyszłości gospodarki, jednym optymistyczny, drugim ponury, a zaraz potem zapytał o plany dotyczące dzieci. Jeden tekst wystarczył, żeby deklaracje się przesunęły. Wiemy zatem, że podobne wizje wsiąkają w głowy także na naszym poletku.
Myślę sobie jednak, że ten sam mechanizm działa jednak w obie strony. Skoro jeden zmyślony artykuł potrafi przestawić czyjeś plany, to zdanie powtarzane latami przez kogoś, kto kocha, ma prawo ważyć przynajmniej tyle samo. Klimat do życia buduje się z opowieści i każdy z nas może go budować u siebie, nawet na przekór temu, co akurat dominuje w otoczeniu.
Dlatego tak ważne wydaje mi się głoszenie, że życie ma sens, zwłaszcza tym, którzy dopiero wyrabiają sobie w tej sprawie zdanie. Nasze dzieciaki każdego wieczoru słyszą: „Kocham cię, dziecko, niemożebnie". Poranki staram się otwierać jakimś wariantem „jesteście moim skarbem" oraz „nowy dzień, nowa szansa na dobro". Próbuję patrzeć na nich z niegasnącym zachwytem, bo postawy dzieci czytają bezbłędnie. Wierzę, że zdania słyszane dzień w dzień zostają im na długo, a nauczanie ex cathedra przelatuje im na razie wysoko nad głowami. Być może wielkie słowa (godność, szacunek, dar), absolutnie ważne i kluczowe, a przy tym coraz bardziej oddalone od prozy życia, potrzebują dziś tłumaczenia na zdania, które da się wypowiedzieć w domu, na przystanku i w kolejce w aptece - w miejscach, gdzie jeden człowiek ma szansę usłyszeć prawdziwy głos drugiego człowieka. Jejku, jakie to życie jest świetne! Dziecko to radość. Cudowny jest ten świat.
Czy to brzmi naiwnie? Owszem. Nasze słowa ważą jednak więcej, niż nam się wydaje. I choć cały świat pozostaje poza naszym zasięgiem, to to, co ludzie obok słyszą z naszych ust, zależy wyłącznie od nas i zaskakująco często wpływa na to, co potem myślą. W moim przekonaniu to wciąż jest najskuteczniejsza ewangelizacja, pod dwoma warunkami. Pierwszy to wiarygodność: zdania o pięknie świata wygłoszonego tonem, którym zwykle komentuję stan porządku w pokojach dzieci, nikt by ode mnie nie kupił. Drugi to odwaga, żeby swoje zdanie wypowiedzieć głośno, przy czym „głośno" znaczy dla mnie po prostu jasno i nazywając rzeczy po imieniu, bo od krzyku mamy już Goliata.
Ale żeby te zdania nie były pustymi frazesami, sama potrzebuję stałych dostaw dobra i sensu. Próbuję więc uchronić i wzmocnić serca, swoje i dzieci: wybieram Słowo Boże zamiast kolejnej porcji newsów, karmię się Komunią, pracuję z drugim człowiekiem i tkam z nim więź. Życie nie jest proste i Pan Jezus nigdzie nie obiecał, że będzie prosto, łatwo i przyjemnie. Kocham Go także za tę szczerość wobec mnie, człowieka. I choć nieraz płaczę z bezsilności wobec Goliata, to staram się nie zapominać, że w ręku mam procę. Moje wieczorne „kocham was, dzieci, niemożebnie" i pozostałe zdania z domowego repertuaru to malutkie kamyki, ale wiara uczy mnie, że mogą wystarczyć. Byle ich użyć. Wypuścić je ze swoich ust w świat: w domu, na przystanku, w kolejce, wszędzie tam, gdzie masz przed sobą człowieka. Nie po to, by zabić, ale by uciszyć potwora beznadziei.


Skomentuj artykuł