Czy mamy się jeszcze gdzie schować przed sztuczną inteligencją? Bezcenne stają się miejsca, w których nie rządzą algorytmy

Czy mamy się jeszcze gdzie schować przed sztuczną inteligencją? Bezcenne stają się miejsca, w których nie rządzą algorytmy
Fot. Kellen Riggin / Unsplash

Niepostrzeżenie zaczyna w nas, ludziach, narastać uczucie przytłoczenia wszechobecnymi algorytmami. Traktujemy je już jako część życia: przestały nas bulwersować reklamy kontekstowe wyświetlające się na bazie treści z ostatniej rozmowy telefonicznej albo prowadzonej w pobliżu naszego smartfona. Przestajemy zauważać, jak AI ściemnia nam w wyszukiwarce, podając wyniki niezgodne z rzeczywistością jako prawdziwe, i to w stylu wszechwiedzącego eksperta.

Ale coraz większy sprzeciw budzi w ludziach na przykład to, że media spolecznościowe stały się torem wyścigowym dla ludzi i botów, dla artystów i AI. Instagram, który kiedyś był albumem chwil, zapisem niewyreżyserowanych momentów z życia, stał się fabryką idealnych treści zgodnych z trendami: mnóstwo ludzi za tym idzie, bojąc się, że inaczej pochłonie ich czarna dziura zasięgów i nikt już do nich nie zajrzy, nikt ich nie zobaczy.

Bycie zobaczonym, bycie w relacji, bycie w kontakcie z drugim człowiekiem, nawet tak boleśnie uproszczone, jak polajkowanie czyjejś fotki stało się naszym „widzę cię” – jak w Avatarze, gdy „I see you” oznaczało: dostrzegam cię, zauważam to, kim jesteś. Internet powstał, by łatwiej i szybciej uprawiać międzyludzkie relacje. Są szanse, że skończy się jako wybieg dla botów tworzących treści idealnie nieludzkie. Brak zasięgu bywa przywilejem, nie problemem. 

Wśród społeczności fotografów widzę protest-trend: coraz częściej pokazujemy zdjęcie niedoskonałe, z prawdziwego życia, wciąż piękne, ale nie przypominające produkcji tego czy innego AI. Wśród społeczności podróżujących widzę powolne przechodzenie w kadry i opowieści nie pasujące do najnowszych trendów w rolkach. Zaczyna się liczyć już nie „autentyczność w budowaniu własnej marki”, ale normalne bycie sobą i mówienie o swoim, osobistym, nie zredagowanym przez czata doświadczeniu. Wracamy, choć równocześnie jesteśmy przerażająco pewni, że droga, która idziemy – ręka w rękę z AI – jest drogą bez powrotu.

Nieidealne obrazki i życie doświadczane in vivo, a nie produkowane w szkle i metalu wnioski ogólne na temat odczuć ludzkości i upiększanie wizualiów do nieznośnej niemożliwości: tego zaczynamy szukać i za tym tęsknić. Za zwykłymi historiami, opowiadanymi przez zwykłych ludzi nie dla setek na lajwie, ale dla garstki osób na przystanku tramwajowym. Za życiem, którego tempa nie wymusza algorytm ani kolejny mechanizm upraszczający życie i oszczędzający czas, który okazuje się sprytną skarbonką na naszą uwagę. Coraz bardziej dobija nas grafomania w wykonaniu AI, pleniąca się szeroko z przyczyny prozaicznej, jaką jest posługiwanie się nią do pisania przy każdej możliwej okazji. Mierzi efekt tego wygodnictwa, czyli zalewający nas ocean wykastrowanych z człowieczeństwa treści w jednym stylu.

Próbujemy się wymykać, robić uniki, grać w chowanego ze sztuczną inteligencją, która coraz bardziej przypomina Byt z ostatniej części „Mission Impossible”: wie o nas wszystko, preparuje dla nas informacje, zarządza naszym życiem i to tak, że jesteśmy wdzięczni i zadowoleni, i przekonani o własnej niezależności. Idzie nam marnie. I to przygnębiające uczucie: że osuwamy się jako ludzkość w otchłań samotności wywołanej poczuciem, że coraz więcej naszego świata pracowicie tkają algorytmy, na które nie mamy żadnego wpływu.

I może zabrzmi to, jakby opowiadała dowcip o wiewiórce i Jezusie (katechetka rysuje na tablicy wiewiórkę i pyta, co to jest, na co Jaś odpowiada: powiedziałbym, że wiewiórka, ale jak siostra katechetka narysowała, to musi być Pan Jezus). Ale coraz bardziej widzę w tym wszystkim piękno i moc tej wyjętej spod władzy algorytmów rzeczywistości, jaką jest wiara przeżywana w Kościele.

Drobne sygnały tego, że być może to właśnie Kościół stanie się naszym ostatnim schronieniem przed sztuczną inteligencją pojawiają się tu i tam coraz jaśniej. Widzę je nawet w ostatnim liście Episkopatu (tak, naprawdę ja to sama pisałam, proszę państwa); tam, gdzie mowa o spotykaniu się w małych grupach, dzieleniu tym, co dobre, płakaniu w kryzysach obok kogoś, kto słucha i jest żywy i realny. Widzę w posłudze katechistów, którzy mają być dla drugiego człowieka kimś, kto był kilka kroków dalej na ścieżce, dotknął, spróbował, wie, jak smakuje życie. I może nie wypluje pięknego streszczenia podsumowanego w stylu sztucznej inteligencji zdaniem „To bardzo ważne, żebyś to dobrze zrozumiał”  ale siądzie obok, pobędzie, posłucha, wyjaśni spotka ludzi ze sobą.

To zawsze było ważne, ale teraz staje się arcyważne: wiedza podana przez kogoś, kto ją sprawdził w praktyce i wyciągnął wnioski. Wysłuchałam ostatnio półgodzinnego wykładu o malowaniu ścian. Fascynujące – powiecie zaraz, drodzy czytelnicy, ale zanim spuścicie ze smyczy ogary ironii, powiem wam, co było w tym najważniejsze: otóż najważniejsze było to poczucie, że nic nie jest bardziej wiarygodne niż człowiek, który robił coś sto razy, pięćdziesiąt razy schrzanił i teraz wie, jak nie schrzanić. I jeszcze chce wam o tym opowiedzieć, gdy zapytacie. A jeśli przełożymy to już nie na pytania o wałek do ścian, tylko o sens życia?

Drobne znaki tu i tam mówią, że może nadchodzi przełom. Że wzbiera tsunami tęsknoty za analogowymi zajęciami i relacjami, które nie oznaczają serii zdjęć wrzuconych w social media. Że bezcenne stają się miejsca, w których nie rządzą algorytmy. A wyspy spokoju, w których człowiek liczy się, bo po prostu istnieje i w których nie musi niczego udowadniać, żeby być zauważonym i przyjętym, być może coraz częściej będą miały kształt zwykłych, wtopionych w tło życia parafialnych kościołów.

DEON.PL POLECA

 

DEON.PL POLECA

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem, współautorka "Notesów duchowych", pomagających wejść w żywą relację z Ewangelią. Sporadycznie wykłada dziennikarstwo. Debiutowała w 2014 roku powieścią sensacyjną "Na uwięzi", a wśród jej książek jest też wydany w 2022 roku podlaski kryminał  "Ciało i krew". Na swoim Instagramie pomaga piszącym rozwijać warsztat. Tworzy autorski newsletter na kryzys - "Plasterki". Prywatnie żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając ciszy.  

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Czy mamy się jeszcze gdzie schować przed sztuczną inteligencją? Bezcenne stają się miejsca, w których nie rządzą algorytmy
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.