Jak nie dać się sprowadzić na manowce. Polecam trzy ścieżki

Fot. Unsplash / Muhammad Hai kal Sjukri / Canva

Ta historia lubi się powtarzać: jest sobie nieznany i skromny ksiądz, który z przekonaniem głosi Słowo. Ludzie go słuchają. Ludzie go polecają. Ksiądz jest coraz bardziej znany. Wraz z popularnością przychodzą pokusy. Pokusy są różne, ale jeśli ksiądz w końcu jakiejś ulegnie – na przykład zacznie za bardzo cenić pieniądze, jakie zarabia jako znany kaznodzieja – w jego nauczaniu powoli zaczną się dyskretnie pojawiać nieco inne wątki.

Będą się pojawiać powoli, a zebrani wokół niego wierni, zwłaszcza ci pierwsi, którzy znali go od początku, gdy był jeszcze powszechnie nieznany, będą tę zmianę czuć. Lecz nie wszyscy. Niektórzy do tego czasu zbudują już ze swoim ulubionym księdzem tak mocną więź, (zwłaszcza gdy ma dla nich proste instrukcje, jak żyć), że będą przymykać oko. Inni będą w nauczania wybierać tylko to, co jest dla nich wartościowe, ignorując pozostałe wątki. Niektórzy będą je widzieć, ale będą go usprawiedliwiać: no tak, tu może trochę przesadza, ale w innych sprawach to ogień! I ludzie się nawracają!

Nikt nie pyta, na co dokładnie się nawracają. Na jaką wizję wiary, na jaki obraz Boga, na jaki kodeks moralny. Nawracają się i staja się bardziej religijni, ale czy serio idą za Jezusem, czy po prostu ich lista religijnych obowiązków się wydłużyła – tego nikt nie sprawdza. Jest mocniej i więcej – znaczy dobrze. I znaczy, że można tu być, w zbudowanej wokół księdza społeczności. Zwłaszcza, jeśli jest duża i rośnie.

Problem zaczyna się, gdy nauczanie znanego już, medialnego i rozchwytywanego księdza zaczyna się coraz bardziej mijać ze zdrową nauką Kościoła. Zwłaszcza wtedy, gdy ksiądz mija się „na radykalnie”, zaczyna być jeszcze bardziej ceniony jako ten, kto „ma odwagę nazywać rzeczy po imieniu”. Jakie rzeczy i czy na pewno po właściwym imieniu – tu zazwyczaj refleksji brak. Brak też kogoś, kto z pozycji przełożeństwa powiedziałby: słuchaj, z tego tematu proszę zalicz sobie półroczne wykłady u eksperta, bo zaczynasz obijać się o krawężnik herezji. Ale nie, nic takiego się nie dzieje. Ksiądz głosi. Wierni go kochają. Zaproszenia się sypią. Media piszą, gdy powie coś mocniej, zagrzmi, pogrozi. Bycie w mediach może zawrócić w głowie, więc ksiądz grzmi, grozi i mówi mocno, żeby o nim pisali. Jego najbardziej wierne stadko rośnie, w internecie, w realu i są tacy, co jeżdżą za nim na wszystkie rekolekcje i konferencje, ścisły fanklub.

Potem, gdy wyjdzie na jaw, że nauka nie była zdrowa, że pokusa była silniejsza, że ksiądz rozdarty między swoim nienawróceniem a tym, co głosi radykalizował się właśnie z powodu tego rozdarcia – będą najmocniej go bronić i zwalać wszystko na ataki szatana.

DEON.PL POLECA

 

 

Potem, gdy sytuacja dojdzie do fazy krytycznej i zaczną się pytania, dlaczego tego księdza nikt nie pilnował merytorycznie, pojawią się mniej więcej takie odpowiedzi. Pierwsza: że sam jest odpowiedzialny za to, co głosi. Druga: że nie posłuchał przełożonego, choć był upominany. Trzecia: że w Polsce jest wolność słowa i każdy może głosić, co chce, a nikt nie ma obowiązku tego słuchać. Czwarta: że ludzie, którzy szli za tym księdzem, powinni mieć więcej rozumu i sami widzieć, że głosi źle. I naprawdę trudno liczyć na to, że problematycznym nauczaniem różnych bardziej popularnych księży (a przecież nagrania są w sieci!) będzie się szybko i na bieżąco zajmować nasza polska Komisja Nauki Wiary KEP i że będzie regularnie wydawać oświadczenia prostujące heretyckie treści w nauczaniu (jak to było np. z grzechem pokoleniowym). Efekt jest taki, że jedni są Pawła, inni Apollosa, a między sobą tłuką się pałkami świętej racji i rąbią mieczem najwyższego przekonania. Nie sprawdzając nawet, czy w zarzutach pod adresem ich autorytetu nie ma choć trochę prawdy.

Realistyczna refleksja jest więc taka: jedyne, co pozostaje wiernym, to… mieć więcej rozumu. I więcej twardej, zweryfikowanej wiedzy, by wiarę opierać także na niej, a nie tylko na odczuciach i obowiązkach tradycji.

Wymaga to, owszem, zaangażowania. Ale jeśli ktoś jest wierzący i wiara, relacja z Bogiem, bycie w Kościele jest dla niego ważne, dlaczego nie miałby rozwijać się w tym obszarze tak, jak rozwija się w innych? Gospodyni z wiedzą i doświadczeniem nikt nie wepchnie przy ladzie mięsnej brzydkiej łopatki, bo ona wie, że taka łopatka do niczego się nie nadaje. Kierowcy z wiedzą i doświadczeniem żaden mechanik nie wciśnie kitu, że trzeba wymienić płyn do spryskiwaczy i to będzie kosztowało kilka stówek. Dlaczego więc tak marnie idzie nam zbieranie wiedzy o wierze i korzystanie z niej, gdy ktoś zaczyna gadać głupoty?

Jak wypracować sobie ten rozum, który może nas uchronić przed zgubieniem się na manowcach, wielkim rozczarowaniem i utratą znajomych? Według mnie można to zrobić trzema ścieżkami.

Pierwsza: być głęboko zanurzonym w Piśmie Świętym. Bo jeśli przeczytałeś w życiu całe Pismo Święte (przyznam, że nie rozumiem, dlaczego wiele osób uważa to za katolicki Mount Everest), a przynajmniej Nowy Testament czytasz regularnie i co więcej – codziennie czytasz czytania z dnia, to twój obraz Boga kształtuje Jego Słowo. I nie dasz się wkręcić kaznodziejom, którzy będą gadać, że na miłość Boga możesz zasłużyć tylko dobrymi uczynkami, że Jezus najsurowiej potępiał grzeszników, że Maryja jest jedyną drogą do Boga.

Druga: zdobywać wiedzę dotyczącą wiary z pewnych źródeł. Dawniej było to trudniejsze, bo trzeba było albo czytać teologiczne książki (często dość napuszone i napisane trudnym i nudnym językiem), albo studiować teologię czy duchowość, lub pokochać się z wzajemnością z Katechizmem Kościoła Katolickiego. Teraz treści jest w sieci naprawdę dużo. Trzeba tylko dokonać wysiłku i sprawdzić sobie najpierw, kto z mówiących jest ekspertem w swojej dziedzinie, a kto ma tylko świetną gadkę i przykrywa nią swoją małą wiedzę. Dobrym tropem jest szukanie np. wykładowców teologii z uznanych uniwersytetów – często poza działalnością naukową wydają też lżejsze książki, w których prostszym językiem wyjaśniają prawdy wiary. Miewają wykłady lub konferencje rekolekcyjne publikowane potem na youtubach różnych diecezji i może trzeba będzie przez kwadrans poużywać wyszukiwarki (albo asystenta AI), żeby te wykłady znaleźć, ale warto zainwestować ten czas, by mieć w miarę pewne źródło wiedzy o tym, co przecież jest dla nas, ludzi Kościoła, ważną częścią życia. Gdy włożymy w to trochę trudu (jak gospodyni w wypróbowanie wielu przepisów na łopatkę), na koniec zyskamy rodzaj dobrej intuicji biorącej się z wiedzy, która będzie nam uruchamiać alarm z tyłu głowy, gdy kaznodzieja zacznie gadać bzudry. I gdy proponowana ścieżka nie zgadza się ze szlakiem na naszej dobrej mapie, możemy reagować.

Trzecia: mieć ograniczone zaufanie do pojedynczych autorytetów. I brać pod uwagę to, że każdy może się przejęzyczyć, użyć kłopotliwego skrótu myślowego, zagalopować z metaforą i dojść w miejsce słabe z punktu widzenia poprawności nauczania. Jeśli jakąś teorię głosi tylko jeden ksiądz, rekolekcjonista, głosiciel Słowa – trzeba to skonfrontować. Zapytać kogoś innego (i dbać o to, żeby mieć kogo zapytać!). Sprawdzić w źródłach: Piśmie, katechizmie KK, nauczaniu dobrych teologów. Zobaczyć, czy ta nietypowa nauka jest częściej głoszona, czy może specjalizuje się w niej tylko jeden człowiek, a jeśli tylko jeden – zbadać to, skąd wyciągnął wnioski i na jakiej podstawie głosi to, co głosi. I nie dać się wpuścić w maliny ani wywieść na manowce.

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem, współautorka "Notesów duchowych", pomagających wejść w żywą relację z Ewangelią. Sporadycznie wykłada dziennikarstwo. Debiutowała w 2014 roku powieścią sensacyjną "Na uwięzi", a wśród jej książek jest też wydany w 2022 roku podlaski kryminał  "Ciało i krew". Na swoim Instagramie pomaga piszącym rozwijać warsztat. Tworzy autorski newsletter na kryzys - "Plasterki". Prywatnie żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając ciszy.  

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Jak nie dać się sprowadzić na manowce. Polecam trzy ścieżki
Komentarze (11)
ES
~Ewa Słota
3 lutego 2026, 19:59
Wydaje mi się, drogi Criss, że Kobiety w Kościele - napominały, upominały Kapłanów. Przecież Papież Franciszek szanował rolę Kobiety w Kościele. Dlaczego niektórzy Kapłani nie słuchali się Ojca Świętego Benedykta, Franciszka dlaczego Criss i, to przez Was Papież Benedykt odszedł na Emeryturę. Tak, bo nie wspieraliście "Go" kochanego Papieża z Niemiec- w trudnych chwilach tak samo Papieża Franciszka. Przyjemnie Criss Criss???
CC
~Cris Cris
5 lutego 2026, 01:29
Pani ma problem ze zrozumieniem tekstu, który Pani czyta. Artykuł jest o czym innym i komentujemy artykuł, a Pani wyciąga tutaj wątki: rola kobiet w Kościele, abdykacja Benedykta XVI. Przecież nie o tym jest ten tekst. Pani się zastanowi 2x zanim następnym razem coś napisze. Zresztą cokolwiek Pani jeszcze napisze, nie będę już komentował, ponieważ to nie ma sensu. Rozmowa z Panią jest w stylu " dziad o gruszce, baba o pietruszce". No i trzeba mieć bardzo bujną wyobraźnię żeby z tego tekstu Marty Łysek wyciągnąć wnioski w postaci "rola kobiet w kościele" i "abdykacja Benedykta 16".
JG
~Jefte Gileadczyk
1 lutego 2026, 20:38
Każdy z nas ma w sobie jakąś dysharmonię, co wyraził Paweł (czynię zło, którego nie chcę), ale to z kolei nie jest powód do tego, by zmiękczać przekaz wiary. Nawet jeśli jest się nie tylko człowiekiem zmagającym się wewnętrznie, a hipokrytą i nosząc sutannę mając kobiety na boku, to czy warto do tego dołożyć i to, by usprawiedliwiać wszystkie złe zjawiska w społeczeństwie, aby mieć nadzieję że i własna hipokryzja będzie dzięki temu usprawiedliwiona? Heli usprawiedliwiał swoich synów, a to doprowadziło ich do śmierci, zresztą tak jak i jego. Musi być zdrowy balans. Idąc psychologicznymi mechanizmami wyparcia być może ludzie, którzy sami nie są posłuszni, wymagają od innych już nie tylko posłuszeństwa wobec siebie, ale jego zradykalizowanej formy: ślepego posłuszeństwa? W historii Kościoła na tronie papieskim zasiadali antipapa (breviarium fidei) i Kościół rehabilitował tych co nie byli im posłuszni. To wartościowy materiał do przemyśleń.
ES
~Ewa Słota
1 lutego 2026, 15:52
Cris Cris- Ale, to Kapłan jest Pasterzem. Stoi na straży Parafii dba o dusze. Tak napiszę Ewa Słota i cóż z tego wyniknie? Przecież Jezus też wymagał od Swoich Uczniów, ba nawet do Piotra powiedział: Zejdź mi z oczu szatanie. Kłócącym się o pierwsze miejsce tak odpowiedział, że uffff zamilkli. Dobrze, że jest Ktoś, kto przypomina Pasterzom Kapłanom, jaki jest " ICH" cel. Celem jest Niebo - ukazanie Swoją postawą Jezusa- nieprawdaż??? Co Crissa tak Uwiera? Dobrze jest dmuchać na zimne - niż " Zobaczyć Księdza w Piekle" - nieprawdaż??? Judasz i Inni fakt pierwszy marnie skończył - Inni mają więcej Szczęścia i Ludzi, którzy się za Niech jeszcze chcą modlić. Być Kapłanem, to Odpowiedzialność za CAŁĄ PARAFIĘ - rozumiesz, to Kochany Człowieku? Więc przeczytaj i módl się o Nawrócenie dla Siebie i Parafian - Ewa.
CC
~Cris Cris
3 lutego 2026, 13:14
Myślę, że Pani nie zrozumiała mojego komentarza. Właśnie dlatego kazałem podstawić imię i nazwisko autorki artykułu, który doprowadzi nas do jej trzech tez końcowych, a w końcu do wniosku, że trzeba mieć ograniczone zaufanie do pojedynczych autorytetów, ponieważ autorka artykułu (to widać w wielu jej tekstach) za taki autorytet się uważa. Poucza wszem i wobec, jakby była najmądrzejsza na świecie, a tymczasem ma tylko mgr teologii. Proszę sobie to zestawić chociażby z Benedyktem XVI, który wcześniej był przez wiele lat Szefem Kongregacji Nauki Wiary. To jest TEOLOG. Miał wykształcenie i dorobek naukowy, a dodatkowo za jego tezami stało 2000 lat Tradycji + Magisterium. Ten człowiek wiedział co mówi. To jest TEOLOGIA (celowo piszę tutaj z dużej litery). Natomiast w przypadku Pani Łysek, to ma ona wykształcenie teologiczne ale te wypowiedzi to SUBIEKTYWIZM, który nie jest żadnym autorytetem. Stąd wniosek końcowy mojego komentarza.
CC
~Cris Cris
3 lutego 2026, 13:37
Podobnie zresztą jest w przypadku Gerharda Müllera, również szefa Kongregacji Nauki i Wiary. W jego tekstach widać nie tylko poglądy, widać narzędzia logiczne które stosuje (logika jest narzędziem, które nie pozwala popaść w antynomię, czyli sprzeczność i negację PRAWDY, czyli kłamstwo) + również soi za nim Magisterium KK i Tradycja. To jest coś zupełnie innego niż subiektywizm Pani Łysek. Tymczasem ona chce pouczać każdego, włącznie z biskupami, pisząc jaki jej zdaniem powinien być Kościół, jak powinna wyglądać edukacja w seminarium etc. Skoro Pani Łysek jest mężatką (tak napisała w stopce biograficznej) to jej powołaniem jest małżeństwo. To jest jej pole do uprawy, poprawy, reformy, a nie Kościół i reformy seminarium etc.etc. A jeżeli już chcą na tym Deonie "reformować" Kościół, to może warto zapytać najpierw Pana Jezusa. Chrystus jest Głową Kościoła, a my jego członkami. To głowa decyduje co robią członki. Jak członki zaczęły same decydować, to skończyło się schizmą Lutra itp.
JP
~Joanna Piotrowska
4 lutego 2026, 09:59
Nie zauważyłam , żeby się uważała. Pozdro.
CC
~Cris Cris
1 lutego 2026, 03:35
A teraz proszę napisać ten artykuł jeszcze raz ale słowo ksiądz zastąpić swoim imieniem i nazwiskiem. Następnie my zastosujemy opisane powyżej 3 ścieżki, która doprowadzą nas do wniosku, żeby mieć ograniczone zaufanie do pojedynczych autorytetów publikujących na tym portalu. W miejsce słowa ksiądz można podstawić dowolne nazwisko redaktorów Deonu.
DS
~Dfgg Sdf
31 stycznia 2026, 14:12
Piękny i. Mądry tekst. Proszę i więcej - jakże rozsądek, umiar i logika - pomimo że trzeba tu tylko wierzyć - jest ważna. Ksiądz jest tylko człowiekiem takim jdk my. Wierzymy w Jezusa
EM
~Ewa Maj
31 stycznia 2026, 13:07
I strzec się przed idolatrią. Kiedyś ksiądz, który miał komplet przymiotów wewnętrznych i zewnętrznych, by stać się podziwianym przewodnikiem duchowym, przestrzegał zasłuchanych wiernych przed grzechem idolatrii, czyli bałwochwalstwa. Wtedy czułam, że on mówi trochę do nas, trochę do siebie. My się zmagaliśmy i on się zmagał. Po latach wiem, że wszyscy jakoś tę walkę wygraliśmy. Ksiądz jest księdzem gdzieś na parafii, nie jest gwiazdą ani guru, a ja czasem żałuję, że już nie błyszczy, czy nie dzieli się swoją mądrością, doświadczeniem I charyzmą.
ES
~Ewa Słota
31 stycznia 2026, 10:34
(Łk 12, 32-40) " Nie bój się mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. .... Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce. Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie. A wy [ bądźcie] podobni do ludzi oczekujących swego pana, .... ..... . Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie." ( Mała trzódko, to mała domowa Wspólnota: Mama, Tata Dzieci Rodzina. Bóg mówi do nas, bo tu zaczyna się Wspólnota. "Kapłan Spowiada, daje nam Jezusa"- potem idziemy do naszych malutkich domowych trzódek. Dlatego Duch Święty dał nam Słowo, bo myślał o nas tych małych domowych - gdzie wszystko się zaczyna; pierwsze słowa, modlitwy, kolędy, Zmartwychwstanie tak Duchu Święty działaj w nas i przez nas. Gdzie dwóch zgodnie modli się w Imię Jezusa- Jezus jest z nimi " nami". Cicha modlitwa Staruszki i wnuczki ma sens, bo Jezus jest pośród nich, to jest "mała trzódka" wspólnota.