Jak nie dać się sprowadzić na manowce. Polecam trzy ścieżki
Ta historia lubi się powtarzać: jest sobie nieznany i skromny ksiądz, który z przekonaniem głosi Słowo. Ludzie go słuchają. Ludzie go polecają. Ksiądz jest coraz bardziej znany. Wraz z popularnością przychodzą pokusy. Pokusy są różne, ale jeśli ksiądz w końcu jakiejś ulegnie – na przykład zacznie za bardzo cenić pieniądze, jakie zarabia jako znany kaznodzieja – w jego nauczaniu powoli zaczną się dyskretnie pojawiać nieco inne wątki.
Będą się pojawiać powoli, a zebrani wokół niego wierni, zwłaszcza ci pierwsi, którzy znali go od początku, gdy był jeszcze powszechnie nieznany, będą tę zmianę czuć. Lecz nie wszyscy. Niektórzy do tego czasu zbudują już ze swoim ulubionym księdzem tak mocną więź, (zwłaszcza gdy ma dla nich proste instrukcje, jak żyć), że będą przymykać oko. Inni będą w nauczania wybierać tylko to, co jest dla nich wartościowe, ignorując pozostałe wątki. Niektórzy będą je widzieć, ale będą go usprawiedliwiać: no tak, tu może trochę przesadza, ale w innych sprawach to ogień! I ludzie się nawracają!
Nikt nie pyta, na co dokładnie się nawracają. Na jaką wizję wiary, na jaki obraz Boga, na jaki kodeks moralny. Nawracają się i staja się bardziej religijni, ale czy serio idą za Jezusem, czy po prostu ich lista religijnych obowiązków się wydłużyła – tego nikt nie sprawdza. Jest mocniej i więcej – znaczy dobrze. I znaczy, że można tu być, w zbudowanej wokół księdza społeczności. Zwłaszcza, jeśli jest duża i rośnie.
Problem zaczyna się, gdy nauczanie znanego już, medialnego i rozchwytywanego księdza zaczyna się coraz bardziej mijać ze zdrową nauką Kościoła. Zwłaszcza wtedy, gdy ksiądz mija się „na radykalnie”, zaczyna być jeszcze bardziej ceniony jako ten, kto „ma odwagę nazywać rzeczy po imieniu”. Jakie rzeczy i czy na pewno po właściwym imieniu – tu zazwyczaj refleksji brak. Brak też kogoś, kto z pozycji przełożeństwa powiedziałby: słuchaj, z tego tematu proszę zalicz sobie półroczne wykłady u eksperta, bo zaczynasz obijać się o krawężnik herezji. Ale nie, nic takiego się nie dzieje. Ksiądz głosi. Wierni go kochają. Zaproszenia się sypią. Media piszą, gdy powie coś mocniej, zagrzmi, pogrozi. Bycie w mediach może zawrócić w głowie, więc ksiądz grzmi, grozi i mówi mocno, żeby o nim pisali. Jego najbardziej wierne stadko rośnie, w internecie, w realu i są tacy, co jeżdżą za nim na wszystkie rekolekcje i konferencje, ścisły fanklub.
Potem, gdy wyjdzie na jaw, że nauka nie była zdrowa, że pokusa była silniejsza, że ksiądz rozdarty między swoim nienawróceniem a tym, co głosi radykalizował się właśnie z powodu tego rozdarcia – będą najmocniej go bronić i zwalać wszystko na ataki szatana.
Potem, gdy sytuacja dojdzie do fazy krytycznej i zaczną się pytania, dlaczego tego księdza nikt nie pilnował merytorycznie, pojawią się mniej więcej takie odpowiedzi. Pierwsza: że sam jest odpowiedzialny za to, co głosi. Druga: że nie posłuchał przełożonego, choć był upominany. Trzecia: że w Polsce jest wolność słowa i każdy może głosić, co chce, a nikt nie ma obowiązku tego słuchać. Czwarta: że ludzie, którzy szli za tym księdzem, powinni mieć więcej rozumu i sami widzieć, że głosi źle. I naprawdę trudno liczyć na to, że problematycznym nauczaniem różnych bardziej popularnych księży (a przecież nagrania są w sieci!) będzie się szybko i na bieżąco zajmować nasza polska Komisja Nauki Wiary KEP i że będzie regularnie wydawać oświadczenia prostujące heretyckie treści w nauczaniu (jak to było np. z grzechem pokoleniowym). Efekt jest taki, że jedni są Pawła, inni Apollosa, a między sobą tłuką się pałkami świętej racji i rąbią mieczem najwyższego przekonania. Nie sprawdzając nawet, czy w zarzutach pod adresem ich autorytetu nie ma choć trochę prawdy.
Realistyczna refleksja jest więc taka: jedyne, co pozostaje wiernym, to… mieć więcej rozumu. I więcej twardej, zweryfikowanej wiedzy, by wiarę opierać także na niej, a nie tylko na odczuciach i obowiązkach tradycji.
Wymaga to, owszem, zaangażowania. Ale jeśli ktoś jest wierzący i wiara, relacja z Bogiem, bycie w Kościele jest dla niego ważne, dlaczego nie miałby rozwijać się w tym obszarze tak, jak rozwija się w innych? Gospodyni z wiedzą i doświadczeniem nikt nie wepchnie przy ladzie mięsnej brzydkiej łopatki, bo ona wie, że taka łopatka do niczego się nie nadaje. Kierowcy z wiedzą i doświadczeniem żaden mechanik nie wciśnie kitu, że trzeba wymienić płyn do spryskiwaczy i to będzie kosztowało kilka stówek. Dlaczego więc tak marnie idzie nam zbieranie wiedzy o wierze i korzystanie z niej, gdy ktoś zaczyna gadać głupoty?
Jak wypracować sobie ten rozum, który może nas uchronić przed zgubieniem się na manowcach, wielkim rozczarowaniem i utratą znajomych? Według mnie można to zrobić trzema ścieżkami.
Pierwsza: być głęboko zanurzonym w Piśmie Świętym. Bo jeśli przeczytałeś w życiu całe Pismo Święte (przyznam, że nie rozumiem, dlaczego wiele osób uważa to za katolicki Mount Everest), a przynajmniej Nowy Testament czytasz regularnie i co więcej – codziennie czytasz czytania z dnia, to twój obraz Boga kształtuje Jego Słowo. I nie dasz się wkręcić kaznodziejom, którzy będą gadać, że na miłość Boga możesz zasłużyć tylko dobrymi uczynkami, że Jezus najsurowiej potępiał grzeszników, że Maryja jest jedyną drogą do Boga.
Druga: zdobywać wiedzę dotyczącą wiary z pewnych źródeł. Dawniej było to trudniejsze, bo trzeba było albo czytać teologiczne książki (często dość napuszone i napisane trudnym i nudnym językiem), albo studiować teologię czy duchowość, lub pokochać się z wzajemnością z Katechizmem Kościoła Katolickiego. Teraz treści jest w sieci naprawdę dużo. Trzeba tylko dokonać wysiłku i sprawdzić sobie najpierw, kto z mówiących jest ekspertem w swojej dziedzinie, a kto ma tylko świetną gadkę i przykrywa nią swoją małą wiedzę. Dobrym tropem jest szukanie np. wykładowców teologii z uznanych uniwersytetów – często poza działalnością naukową wydają też lżejsze książki, w których prostszym językiem wyjaśniają prawdy wiary. Miewają wykłady lub konferencje rekolekcyjne publikowane potem na youtubach różnych diecezji i może trzeba będzie przez kwadrans poużywać wyszukiwarki (albo asystenta AI), żeby te wykłady znaleźć, ale warto zainwestować ten czas, by mieć w miarę pewne źródło wiedzy o tym, co przecież jest dla nas, ludzi Kościoła, ważną częścią życia. Gdy włożymy w to trochę trudu (jak gospodyni w wypróbowanie wielu przepisów na łopatkę), na koniec zyskamy rodzaj dobrej intuicji biorącej się z wiedzy, która będzie nam uruchamiać alarm z tyłu głowy, gdy kaznodzieja zacznie gadać bzudry. I gdy proponowana ścieżka nie zgadza się ze szlakiem na naszej dobrej mapie, możemy reagować.
Trzecia: mieć ograniczone zaufanie do pojedynczych autorytetów. I brać pod uwagę to, że każdy może się przejęzyczyć, użyć kłopotliwego skrótu myślowego, zagalopować z metaforą i dojść w miejsce słabe z punktu widzenia poprawności nauczania. Jeśli jakąś teorię głosi tylko jeden ksiądz, rekolekcjonista, głosiciel Słowa – trzeba to skonfrontować. Zapytać kogoś innego (i dbać o to, żeby mieć kogo zapytać!). Sprawdzić w źródłach: Piśmie, katechizmie KK, nauczaniu dobrych teologów. Zobaczyć, czy ta nietypowa nauka jest częściej głoszona, czy może specjalizuje się w niej tylko jeden człowiek, a jeśli tylko jeden – zbadać to, skąd wyciągnął wnioski i na jakiej podstawie głosi to, co głosi. I nie dać się wpuścić w maliny ani wywieść na manowce.
Skomentuj artykuł