Nie-ewangeliczne wezwanie do pojednania i inne dziwaczne komentarze o Kościele
W ostatnim czasie znów odżyła sprawa umożliwienia świeckim głoszenia kazań. Ale to oczywiście nie u nas, gdzie panują zdrowe zasady, ale za naszą zachodnią granicą, gdzie jak wiemy, z tymi zasadami jest znacznie gorzej. Watykan odpowiedział krótko, że nie ma takiej możliwości, bo czas po odczytaniu Ewangelii zarezerwowany jest dla duchownych. Jednak moim zdaniem to nie tylko ten konkretny moment powinien być zarezerwowany dla treści religijnych, ale cała liturgia: aż do końca.
Mimo ironicznego zdania powyżej, uważam, że w Polsce naprawdę nie mamy problemu z tym, kto wypowiada się bezpośrednio po odczytaniu Ewangelii. Oczywiście tylko część homilii spełnia – nazwijmy to technicznie – formalne wymogi. Niektórzy duchowni przecież czytają bezmyślnie albo swoje stare teksty, albo serwują zgromadzonym coś, co wyszperali w Internecie; niektórzy natomiast proszą o napisanie kazania sztuczną inteligencję (!). Bywa dość często, że zamiast kazania można usłyszeć nie tylko słabo motywujący list, ale nawet byle komunikat z kurii proboszczowie witają z radością, bo to zwalnia ich z obowiązku przygotowania własnej refleksji. (W mojej rodzinnej parafii, oczywiście „przed wiekami”, proboszcz, który nie lubił kazań, każdy list pasterski dzielił na dwie części i tym samym miał spokój na dwie niedziele). Ale na tym ta lista zarzutów się kończy. U nas mamy raczej problem z tym, co dzieje się na zakończenie niedzielnej liturgii, jeszcze przed bogoswieństwem.
Ogłoszenia parafialne i inne nadużycia
Po modlitwie po komunii, a jeszcze przed błogosławieństwem, następuje moment szczególny, który jak się wydaje, nie jest regulowany nie tylko przez żadne przepisy, ale nawet przez zdrowy rozsądek.
O czym myślę? Oczywiście o ogłoszeniach parafialnych. Do dziś są one miejscem radosnej twórczości proboszczów, a najciekawsze „kwiatki” bez trudu można znaleźć w Internecie. „Cała wspólnota dziękuje chórowi młodzieżowemu, który na okres wakacji zaprzestał swojej działalności”. „W każdą środę spotykają się młode mamy. Na te panie, które pragną do nich dołączyć, czekamy w zakrystii w czwartki wieczorem”. To tylko dwa klasyczne przykłady, od których zaczyna się cała lista śmieszności. Chyba każdy mógłby dołożyć do tego garść własnych wspomnień. Pamiętam długie ogłoszenia mojego świętej pamięci proboszcza, który do ogłoszeń dołączał też listę intencji mszalnych na najbliższy tydzień – a ponieważ ogłaszał nie tylko tych, za których miała być odprawiana msza, ale wspominał również ofiarodawców, nieraz zdarzało się, że się mylił i wychodziło na to, że… nieboszczyk zamawiał mszę za żywych. To był taki mały kabaret na koniec celebracji.
Jednak, o zgrozo, z czasem jednak ten mały cyrk pozyskał swoją nową odsłonę. Dawniej na ambonę nie wychodził sołtys, wójt ani poseł, nie było to miejsce dla sekretarzy ani prezydentów, i może dlatego Kościół w tamtych czasach zachował autorytet i niezależność. Z nostalgią wspominamy tamte czasy… Dziś raz po raz musimy z niesmakiem patrzeć na różnej maści polityków, których w wielu kościołach dopuszczono do ambon, a ci chętnie z tego skorzystali, nie zważając na to, że z tych ambon często wygłaszają zwykłe bzdury, wystawiając tym Kościół na pośmiewisko. Duchowni jednak wciąż nie wyciągają żadnych wniosków.
Niepohamowana potrzeba wymądrzania się i krytykowania
Ile ludzie mają do powiedzenia i jak chętnie zabierają głos w każdej sprawie, widzimy w Internecie. Mówiąc o pra-początkach DEON-u (niedługo będziemy obchodzić 27. rocznicę jego powstania), należałoby właściwie przypomnieć, że portal zrodził się z frustracji faktem, że o Kościele pisały właściwie tylko nie mające z nim nic wspólnego portale. Ich redaktorzy, wypowiadający się jak znawcy tematu, w rzeczywistości często nie mieli bladego pojęcia, o czym piszą. Mylili „święcenia” ze „ślubami”, „różaniec” z „litanią” i „Wielki Post” z „Adwentem”. Jezuici postanowili zatem stworzyć kompetentne medium, w którym najprościej mówiąc, jeśli ktoś użyje słowa „Ewangelia”, to będzie wiedział, o czym pisze. Po części się to udało, choć nie do końca – wystarczy przecież spojrzeć na niektóre komentarze, a już głowa zaczyna boleć od nadmiaru głupoty i braku kultury w wypowiedziach, jakich tam anonimowi użytkownicy zamieszczają całkiem sporo. (A pomyślcie, co by było, gdybyśmy tych najgorszych komentarzy nie usuwali…). No ale wszystko dzieje się zgodnie z zasadą, która w sieci doczekała się niejednego mema, a która brzmi tyle zabawnie, co brutalnie: „Dopóki nie było Internetu, tylko najbliższa okolica wiedziała, że jesteś idiotą”.
Internet pozwala naprawdę na wiele. I to właśnie dzięki niemu nie tylko politycy, ale także dziennikarze i komentatorzy życia publicznego wypowiadają się w sprawach, na których – brutalnie mówiąc – się nie znają, w tym w sprawach odnoszących się do Kościoła. Nowością jest jednak to, że dziennikarze i komentatorzy, podobnie jak wcześniej politycy, nie tylko że wypisują bzdury, ale też zaczynają Kościół pouczać: jak powinien się zachować, co mówić i kiedy milczeć – niby to odwołując się do przesłania Ewangelii, choć w rzeczywistości wiedzę na jej temat mają szczątkową. Kiedyś dał temu wyraz ktoś z pierwszych stron gazet, gdy wspomniał o wizycie mędrców w Betlejem – że przyszli, to gdzieś o tym słyszał, ale już nie są w stanie powiedzieć, ilu tych mędrców tam zawitało… Niestety, to, co w Internecie stało się bolesną normą, powoli wkrada się na ambony.
Politycy, dopuszczeni do głosu na zakończenie liturgii, uzyskali dodatkowe miejsce, z którego mogą przemawiać, i trzeba przyznać, że robią to chętnie. Problemem stało się jednak to, że kiedyś chwalili, potem dziękowali, a w końcu zaczęli pouczać, a nawet łajać – i to nie za grzechy, ale za… brak dyscypliny partyjnej. A w końcu wielu z nich posuwa się do tego, aby z ambony, w imię nie wiadomo jakich idei, propagować nienawiść. A to naprawdę jest niedopuszczalne!
Co jest „ewangeliczne”, a co nie
Zdarza się, że w perspektywie obecności Kościoła w Internecie, nazywamy sieć „współczesną amboną”. Rzeczywiście, Internet, w którym ludzie spędzają każdą wolną chwilę, (a dla wielu stał się nawet współczesnym nałogiem), doskonale nadaje się do głoszenia Ewangelii. Na nieszczęście nadaje się wyśmienicie także do głoszenia wszelkiej maści własnych poglądów, od tych prawdziwych po najbardziej dziwaczne, a w dodatku głosząc te bzdury, można bezkarnie powoływać się na Ewangelię, choć często poglądy te nie mają z nią nic wspólnego. Internet wykorzystują różni suspendowani księża, samozwańczy prorocy i pseudonaukowcy. Często osiągają niemałe zasięgi, a przyjmowani bezkrytycznie w kręgach swych „wyznawców”, jedyne, co robią „dobrze i skutecznie”, to mieszają ludziom w głowach.
Weźmy taki przykład. Ostatnio między Polską a Ukrainą rozgorzał wielki spór o historię. Gdyby nie było Internetu z jego błyskawicznym przekazem informacji, niewielu by sobie z tego zdało sprawę. Jednak sieć szybko podchwyciła temat i spór urósł do niebotycznych rozmiarów (dziś już wiemy, że nie bez „poparcia” strony rosyjskiej). Emocje wielu komentatorom odebrały zdrowy rozsądek, a może nawet rozum. Wielu, w tym naprawdę znaczących postaci, zaczęło propagować zwykłą nienawiść, oczywiście uzasadniając ją wzniosłymi hasłami, „polską racją stanu”. Głosem rozsądku w sprawie starali się być polscy i ukraińscy kardynałowie. Zostali jednak zakrzyczani przez wrogów pojednania i pokoju, którzy ich nawoływanie do nawrócenia określali jako... sprzeczne z Ewangelią. Niestety, wciąż najgłośniej mówią ci, którzy nie wiedzą, o czym mówią…
Niestety, słowa pełne nienawiści, ukryte za patriotycznymi hasłami, padały również w kościołach. Właśnie na zakończenie mszy… Cóż, przydałoby się, żeby znów zawitał do nas Ktoś, kto wyrzuci ze świątyń przekupniów, którzy uparcie dążą do tego, aby przemienić je w jaskinie zbójców…


Skomentuj artykuł