Osiedle Maltańskie i fotografka Litewki. Dwa jasne dowody na to, że przegrywamy jako społeczeństwo

Osiedle Maltańskie i fotografka Litewki. Dwa jasne dowody na to, że przegrywamy jako społeczeństwo
Fot. Ari Shojaei / Unsplash x Canva

W ostatnim czasie można obserwować w mediach dwa przykre seriale; jeden pod tytułem „Osiedle Maltańskie”, drugi pod tytułem „Zdjęcie Łukasza Litewki”. Oba pokazują jedną rzecz: są takie wartości, które ukradł nam społeczny nacisk na rozwój osobisty i „słuchanie siebie”. Nie wiem, czy są jeszcze do odzyskania.

Lato spędziłam z dala od mediów społecznościowych, powiadomień, hot newsów i ogólnie internetu. Przypomniały mi się czasy, w których zwykłe rzeczy zajmowały dużo więcej czasu i w których zasady życia były trochę inne. I nie chodzi wcale o brak świata cyfrowego, ale o brak niepisanych reguł, które jeszcze ze dwie-trzy dekady temu były oczywiste. A jeśli ktoś z szanownych czytelników czyta ten tekst do kawy, od razu uprzedzę: proszę sobie dobrze posłodzić, bo będzie mocno gorzko.

Zatrzymał mnie przedwczoraj wpis na Instagramie, mówiący o tym, że ukrytym kosztem współczesnego rozwoju osobistego jest odejście od zasad, które kazały nam być uważnym na drugiego człowieka, a nie tylko na siebie, swoje odczucia, prawa i potrzeby. Że zamiast gościnności i przyjmowania niespodziewanych gości bukujemy odległe terminy w kalendarzach, bo bardziej cenimy sobie swoją przestrzeń i autonomię. Że zamiast hojności i prostego służenia drugiej osobie nauczyliśmy się nie poświęcać, nie ratować, dbać najpierw o siebie, i dopiero wtedy, gdy mamy już zasobów pod korek, myśleć o tym, czy ktoś obok nie potrzebuje. Zamiast uczynności mamy unikanie pomocy, bo oddanie komuś kilku godzin albo ból mięśni po wniesieniu komuś szafy na czwarte piętro nas przerasta.

W dbaniu o siebie doszliśmy tak daleko i jest na to takie przyzwolenie społeczne, że bardzo duża część z nas przyklaskuje tym, którzy twardo egzekwują to, co się im należy, do czego mają prawo, w czym mają rację. I pokazują mi to przykre zjawisko dwie bardzo aktualne sprawy: sprawa „Osiedla Maltańskiego” i wezwań do zapłaty za zdjęcie Łukasza Litewki. A zwłaszcza komentarze w sieci – czyli po dziennikarsku nowy typ sondy społecznej samodzielnie i bez cenzury się aktualizującej.

Dekonstrukcja zaczęła się od nazywanego dużo ładniejszymi słowami stawiania na swoim; od przekonania, że kto ma rację, ten ma prawdę. Tak sobie myślę, gdy czytam komentarze (wyzwiska, bezmyślne ustawianie się po jednej stronie sporu, hejt): w mediach społecznościowych dobrze widać, że rację ma ten, kto działa z większym zdecydowaniem i szerszym zasięgiem. Żyjemy w czasach, w których każdy temat może z minuty na minutę stać się wrażliwym tematem, a rozmowy z dowolnym innym człowiekiem przypominają chodzenie po polu minowym (szczęśliwi ci, którzy wciąż mają wokół siebie ludzi, przy których mogą mówić to, co naprawdę myślą, bez ponoszenia strasznych konsekwencji). Teraz właściwie nie da się w sieci opublikować niczego znaczącego, co by nie spowodowało jatki w komentarzach.

Życzliwość, uprzejmość, grzeczność, uwzględnianie uczuć innych osób umarło; niech żyje wyrażanie swojego zdania jak pięścią w twarz. Dlaczego? Bo to moje zdanie i mogę je wyrazić, jak chcę. Mam do tego prawo, bo jest wolność słowa i biada tym, którzy poczują się dotknięci czy urażeni. A za komentarzami idą działania w życiu pozacyfrowym. Najpierw moje (lub mojego stada) ma być załatwione. Jak jest, kończę działanie. Inny człowiek niech dba o siebie sam.

Przyznam się po cichu, że zaczynam się bać takiego społeczeństwa. Społeczności, w której życzliwości, uczynności i (duże słowo, ale odpowiednie) solidarności brak. W każdej chwili bliżej do linczu niż do czegokolwiek innego. Boję się ludzi, którzy wiedzą, że mogą, bo prawo pozwala, więc mają wyrąbane na to, czy przy okazji nie robią komuś krzywdy. Gdyż – oczywiście – mają rację. A czasem mają na to nawet potwierdzenie wyplute przez chata AI.

No i archidiecezja poznańska ma prawo. I ma nawet rację. Nie ma tylko tak jakby… miłosierdzia. Nie będę tu pisać o pieniądzach i eksmisjach, danym słowie wartym tyle co wczorajszy wiatr  i różnych interesach. Z punktu widzenia przeciętnego człowieka, który słyszy o sprawie w rozdrobnionym serialu medialnym, Kościół po prostu nie zachował się, jak trzeba. Nie dał przykładu miłosierdzia, troski, dbania, życzliwości. Ale rachunki dał. W alternatywnej rzeczywistości wyobrażam sobie ordynariusza, który wychodzi na konferencji prasowej z rachunkami w ręce i pokazowo je drze, oznajmiając, że Bóg jest Panem wszystkiego, także pieniędzy, a miłosierdzie każe anulować długi… Śmieszne i niemożliwe? Nie, szanowni państwo. Wszystko jest możliwe dla tego, kto… wierzy. No tak, ważne jest też, w co wierzy. A nie, przepraszam; ważne jest tylko to, jak dobre ma argumenty.

Tylko że jako społeczeństwo coraz bardziej wierzymy wyłącznie w argumenty własnych praw niezależnie od okoliczności. Jak na przykład prawo do zainkasowania zapłaty za swoje zdjęcia i prawo do niesprawdzenia, czy się przy okazji nie obłupi ze skóry fundacji, których działanie wynika w dużej mierze z tego, że ktoś jeszcze na tym świecie jest większym altruistą niż egoistą. Prawo do niezastanawiania się nad sytuacją innych ludzi; niech sami o siebie dbają. Prawo do sprzedania tego, co posiadamy w sposób, jaki nam się żywnie podoba, jakby nas Ojciec nie miał finalnie rozliczyć z zarządu JEGO majątkiem ziemskim, w którym zasadą jest miłosierdzie, hojność i stawianie siebie za drugim, nie przed nim.

Więc tak, możemy mieć prawo, mieć rację i mieć głęboko gdzieś takie stare wartości, jak poświęcenie, hojność, uczynność, służenie innym, lojalność, odpowiedzialność za słowo. Jak rezygnowanie z tego, co mi się należy, jeśli nie jest to absolutnie konieczne do przeżycia.

Tak sobie wychowujemy społeczeństwo przez ostatnie dwie, może trzy dekady. I mamy co mamy. Łącznie z przyzwoleniem społecznym na egzekwowanie swojego kosztem bliźniego, bo racja i prawo jest po naszej stronie; w Kościele i poza nim, jeden pies.

DEON.PL POLECA



 

DEON.PL POLECA

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem, współautorka "Notesów duchowych", pomagających wejść w żywą relację z Ewangelią. Sporadycznie wykłada dziennikarstwo. Debiutowała w 2014 roku powieścią sensacyjną "Na uwięzi", a wśród jej książek jest też wydany w 2022 roku podlaski kryminał  "Ciało i krew". Na swoim Instagramie pomaga piszącym rozwijać warsztat. Tworzy autorski newsletter na kryzys - "Plasterki". Prywatnie żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając ciszy.  

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Osiedle Maltańskie i fotografka Litewki. Dwa jasne dowody na to, że przegrywamy jako społeczeństwo
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.