Nie zagłuszajmy w sobie jesiennych smutków
Od wielu dni dostaję na Instagramie wiadomości z linkami do rolek, które nagrano w sklepach dużej, wciąż rozrastającej się w Polsce, sieci marketów. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że odwiedzam ten sklep regularnie, szczególnie jego dział papierniczy. Jednak nie ten dział budzi tyle emocji moich obserwatorów, ale wystawa ozdób świątecznych. Tak, wiem, że mamy wrzesień. Wiem również, że akcesoria bożonarodzeniowe są tam dostępne już od 2 września. Gdy to zobaczyłam, nie wzbudziło to jednak we mnie żadnych odczuć, choć po reakcjach osób piszących do mnie wiadomości, widzę że nie tyle nas to dziś oburza, co smuci. Ja jednak poszłabym w refleksji o krok dalej…
Kiedyś normą było, że stroje na halloween i znicze na Zaduszki pojawiają się już we wrześniu. W tym roku jednak nikt nie czekał na Boże Narodzenie z pochowaniem do magazynów zniczy. Nie oszukujmy się jednak. Gdyby nie było sprzedaży, nikt by tego teraz nie wystawiał. Nie zajmowałby niepotrzebnie przestrzeni sklepu na coś, czego ludzie nie wrzucają do sklepowego wózka. Skoro to kupujemy już we wrześniu, to co to o nas mówi? Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała w tym miejscu: jaki głód w sobie nosisz? Co chcesz w sobie zapchać tymi bibelotami? Za czym tęsknisz? Czego ci naprawdę brakuje? I jeszcze ważniejsze: jak te potrzeby możesz zaspokoić głębiej? Bo ozdoby świąteczne szybko się nam opatrzą, stracą swój klimat i przestaną cieszyć. I co nam wtedy zostanie? Szara, jesienna i smutna rzeczywistość.
Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że mamy w Kościele ogromny problem z mówieniem o emocjach, które są dla nas trudne. Tak jakby wiara z automatu chroniła nas przed smutkiem, żalem i pustką. Tymczasem jeśli czuję lęk, to wcale nie musi oznaczać, że nie ufam Bogu, ale że jest we mnie jakaś rana, którą należy się zająć i zaopiekować. Jeśli jestem smutna, warto się zatrzymać – być może w końcu głębiej odpocząć – i zobaczyć jaka moja potrzeba wybija się na wierzch, zaraz pod smutkiem, apatią czy zniechęceniem. Jeśli ciągle poszukuję kolejnych przedmiotów, które przynoszą mi chwilową ulgę, warto się zatrzymać i zobaczyć dlaczego się tak dzieje i czego potrzebuję by w końcu móc głębiej odetchnąć. Samo śpiewanie słów piosenki – pięknej i mądrej – „strach nie ma wejścia do tego domu” nie sprawi, że w mojej rodzinie będzie panował ład i spokój i nigdy nie będziemy się niczego obawiali. To tak nie działa. Głęboko wierzący katolik może chorować na depresję, mieć stany lękowe, bezsenność i bóle brzucha. Nie jesteśmy oderwani od świata, choć czasem bardzo chcielibyśmy pójść na skróty i wypierać wszystko to co trudne, byle by tego nie czuć i nie musieć się tym zająć, być może również przy pomocy psychiatry czy psychoterapeuty.
Nie ma nic złego w cieszeniu się przedmiotami, które nas otaczają, nawet jeśli nie bardzo pasują do obecnej pory roku. Problem pojawia się jednak, gdy te przedmioty mają nam zapełnić jakąś wewnętrzną pustkę, pewien nie do końca nazwany przez nas ból, czy uczucia, które budzą dyskomfort. Nie ma też nic niewłaściwego w szukaniu oparcia w Bogu, wręcz przeciwnie – On chce nam dodawać siły, radości, wiary, chce naszego bezgranicznego zaufania i poddania się pod Jego opiekę. On chce nam to wszystko dać, a wiara może być dla nas ogromnym wsparciem w codziennych trudach i tęsknotach. Pytanie jednak czy tak rzeczywiście jest, czy patrząc na swoje życie i choćby ostatni miesiąc – czy to z czego korzystałem, co kupiłem, czym się karmiłem emocjonalnie i duchowo – czy to przyniosło mi radość, pokój i spełnienie? Czy może znowu zostałem z poczuciem pustki? Jeśli to drugie, być może długie jesienne wieczory to dobry czas na refleksję nad tym czego tak naprawdę potrzebuję. Tylko wtedy, gdy mamy tego świadomość, mamy też szansę by poszukać środków, które pomogą zaspokoić nasze braki na dłużej niż do kolejnej wystawy sklepowej, również tej świątecznej, wystawionej trzy miesiące za wcześnie...
Magdalena Urbańska


Skomentuj artykuł