Jedną z najcięższych prac na ziemi, moim zdaniem, jest próba wytłumaczenia innym, co ktoś chciał powiedzieć w sytuacji, gdy słowa już zostały wypowiedziane lub napisane i zaczęły swój samodzielny żywot w przestrzeni publicznej. Niezależnie od tego, czy są to słowa polityka, artysty, arcybiskupa czy sąsiada zza płotu.
Sam, będąc rozwodnikiem i żyjąc w związku niesakramentalnym, choć z pozoru powinienem takiemu stawianiu sprawy przyklasnąć, wiem dokładnie (właśnie z racji mojego niewesołego doświadczenia), że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.
Wystarczyło prześledzić relacje z dwóch pierwszych dni Synodu Biskupów, by odkleić się od tematu rozwodów i spojrzeć na problemy współczesnej rodziny z kilku innych perspektyw. Przyznaję, za bardzo w Polsce i Europie skupiliśmy się na problemie komunii św. dla osób rozwiedzionych i żyjących w nowych związkach. To ważna sprawa, ale są też inne.
"Dlaczego ci jezuici ciągle zajmują się rozwodnikami? Przecież synod ma mówić o rodzinie, czyli nie tylko o rozwodach." Słychać takie głosy, takie pytania. I, jak sądzę, są one często zadawane przez osoby szczerze zatroskane o dobro Kościoła.
Bardzo liczę na to, że poświęcony rodzinie synod, który rozpoczyna się w Watykanie także do naszych dyskusji o Kościele wniesie więcej z "rewolucji Franciszka".
Idę sobie wieczorem na różaniec w stronę bazyliki Św. Piotra po Via della Conciliazione, czyli głównej ulicy prowadzącej od Tybru do Watykanu i nagle słyszę dziwny dźwięk. Podchodzę bliżej i w podcieniach koło Sala Stampa (biuro prasowe Watykanu), tam gdzie zazwyczaj o zmroku układają się do snu barboni, czyli rzymscy bezdomni , widzę jednego z nich nadmuchującego pompką ogromny dwuosobowy materac.
Spośród trzech wymienianych poziomów myślenia o kobiecie ( i o mężczyźnie), zwłaszcza ostatni ciągle w zbyt małym stopniu wpływa na nasze pojmowanie relacji pomiędzy płciami, jak też ich praktykę.
Kluczowe wyzwania tegorocznego synodu na temat małżeństwa i rodziny będą, moim zdaniem, trojakiego rodzaju.
"Tymczasem znalazłem cierpliwą, niezachwianą wiarę w sakrament małżeństwa. Okazało się, że to ja byłem księdzem niewierzącym! Nie wierzyłem wcześniej w to zdanie, że każde sakramentalne małżeństwo można uratować, nawet po rozwodzie, nawet po zdradzie...".
Sprawa sakramentów dla osób rozwiedzionych nie będzie najważniejszym tematem synodu poświęconego rodzinie, ale dyskusja wokół tego problemu jest ważna i nie powinniśmy jej bagatelizować albo - nie daj Boże - zakazywać.
Pojawiają się głosy, że synod o rodzinie będzie musiał rozczarować tych, którzy spodziewają się zmian jeśli chodzi o postępowanie z rozwodnikami. Że tak naprawdę Kościół nie ma nic nowego do powiedzenia, że ten problem jest nie do rozwiązania. Jakoś nie może mnie ucieszyć takie pesymistyczne patrzenie na perspektywy synodu. Dlatego pomyślałem, że warto odświeżyć sobie wiedzę na temat rozwiązań w tej dziedzinie stosowanych przez inne niż katolickie tradycje, a konkretnie mówiąc, przez prawosławie i luteranizm, tym bardziej, że wszystkie one uznają nierozerwalność małżeństwa, a jednak "pozwalają" na rozwody.
Sprawę dyspensy, udzielonej pod koniec września przez jednego z gliwickich proboszczów na prośbę właściciela sklepu mięsnego, można potraktować wyłącznie w kategoriach powodu do średnio śmiesznych żartów. Można wzruszyć ramionami i uznać, że w ogóle tematu nie ma. Można też spojrzeć na nią w szerszej perspektywie i poczynić kilka uwag oraz spostrzeżeń.
Na Synodzie będą silne napięcia, zacięte dyskusje, ale na koniec będzie wielkie rozczarowanie - powiedział kard. Wilfrid Napier z RPA w wywiadzie dla Radia Watykańskiego.
Sprawa arcybiskupa Wesołowskiego jest ważna, ponieważ był bardzo wysoko postawiony w hierarchii i w jego proces jest zaangażowany autorytet Ojca Świętego. Dla wszystkich ludzi, którzy mają jakąkolwiek władzę w Kościele, jest to przykład, że w przypadkach podejrzeń o pedofilię trzeba bezwzględnie badać każde zgłoszenia, nie mając względu na osoby.
Z modernizmem to jest tak, że zawsze był mój i najlepszy. Każda konfrontacja kończyła się naiwnymi snami o kwiatach, łąkach i obojętnością wobec mijanego fin de siècle'u. Lawirowałam gdzieś między Szymanowskim, Wyspiańskim a Muchą Alfonsem świadoma, że takie towarzystwo jest co najmniej szemrane.
Drogi katolicki hejterze - ty nie istniejesz. Nie da się połączyć hejtowania z chrześcijaństwem. Co więcej, masz problem, bo nie tylko ja mam Cię serdecznie dość i uważam Cię za szkodnika.
Ks. dr Rafał Kowalski
"Kościół wtrąca się do polityki", "z ambony można usłyszeć tylko o gender", "mamy dość mówienia podczas nabożeństw o: edukacji seksualnej, Traktacie Lizbońskim i konwencji zwalczającej przemoc wobec kobiet" - to głosy często powtarzane nie tylko przez osoby, które spotykam w kościołach, ale także przez wielu dziennikarzy, sugerujących, iż duchowni powinni bardziej skupić się na głoszeniu Ewangelii, niż na śledzeniu zła, które czając się wszędzie ma zamiar niszczyć rodzinę, naród i państwo. Co więcej - ci troszczący się o dobro Kościoła żurnaliści wprost zauważają, że uczynienie głównym tematem homilii sławetnego "Gendera" zniechęca ludzi do wiary w Jezusa. Dzisiejszy przegląd prasy tymczasem każe mi wyrazić troskę, nie o Kościół, tylko o zdrowie przynajmniej części dziennikarzy.
Nazwanie Internetu "rzeczą dobrą" i "darem Boga" nie jest w Kościele nowością, ale wezwanie ludzi wierzących do tego, żeby sieć przekształcali w miejsce bliskości i czułości - już tak. Nawiązuję tu oczywiście do orędzia papieża Franciszka na 48. Dzień Środków Społecznego Przekazu, który w Polsce obchodzi się (albo i nie, bo w wielu parafiach nie było o tym ani słowa) w trzecią niedzielę września.
Zwolennicy prawa do eutanazji właśnie zostali przelicytowani, i to przez swoich. Belgia w 2002 roku usankcjonowała wspomagane samobójstwo. W lutym 2014 roku prawo to rozszerzono na śmiertelnie chore dzieci, a we wrześniu na zdrowych fizycznie ludzi. Można pójść jeszcze dalej?
To nie są słowa jakiegoś antyklerykała ani publicysty zajadle atakującego Kościół. Napisał je katolicki biskup. Co więcej - polski biskup.
{{ article.description }}