Warto, żeby polskie rodziny czuły, że Kościół jest z nimi w ich zwykłym życiu, a nie tylko przy okazji obyczajowych batalii. Bo naprawdę nie tak rzadko słychać głosy: Kościół naucza ponad naszymi głowami i troskami.
Tak widać było w wyrokach boskich napisane, że Synod poświęcony rodzinie i ewangelizacji skończył się symbolicznie beatyfikacją Pawła VI - papieża, który nadał jednoznaczny kierunek nauczaniu o rodzinie i moralności małżeńskiej następnym pontyfikatom. Ojcowie Synodalni przegłosowali już dokument końcowy, można więc pokusić się o jakieś refleksje.
Czy to nie jest tak, że w Kościele potrzeba nam przede wszystkim radości? Otóż… nie. Nie tego nam trzeba i mam zamiar to udowodnić.
Ojciec Święty Franciszek w swojej adhortacji apostolskiej Evangelii gaudium w kontekście nowej ewangelizacji przypomina, że każdy katolik jest misjonarzem (EG 120). Czy potrzebne są więc jeszcze misyjne seminaria? Większość z nich przeżywa dzisiaj kryzys.
Po lekturze artykułu red. T. Terlikowskiego w dzisiejszej (17.10) "Rzeczpospolitej" pt. "Herezje na synodzie" dochodzę do wniosku, że D. Piórkowski w jednym punkcie się mylił. Zarzuty publicysty nie ocierają się o demagogię: są demagogią w czystej postaci.
Jezus nie jest znakiem sprzeciwu. My też nie powinniśmy. Bóg nikomu i nigdy nie mówi: "Ale ci teraz dowalę", na nikim się nie mści. Kościół nie jest po to, żeby kogoś potępiać. My mamy nieść radość.
Czytając artykuł pt. "Czy chrześcijanin może praktykować zen?", poczułem się wezwany do tablicy. Dlaczego? Bo należę do grupy osób, o której Mateusz, mój współbrat i autor tego artykułu, wspomniał: "Dla wielu chrześcijan na świecie spotkanie z zen umocniło ich relację z Chrystusem". Sprecyzuję.
Dyskusja synodalna zainicjowana przez papieża Franciszka skłania do przypomnienia sobie jak podchodzono do małżeństwa (a więc i rozwodów) w pierwszych wiekach chrześcijaństwa.
Była pierwsza połowa roku 381. W Konstantynopolu toczył się, zwołany przez cesarza Teodozjusza I, sobór. Było to drugie takie zgromadzenie w dziejach Kościoła powszechnego. Jak podają historycy, wzięło w nim udział około 190 biskupów. Nie było papieża ani legatów. Rozstrzygano ważny, choć bardzo trudny, problem teologiczny dotyczący Ducha Świętego.
Zarzut Tomasza Terlikowskiego, że część ojców synodalnych nie chce głoszenia Ewangelii i tylnymi drzwiami wpuszcza do Kościoła "konia trojańskiego" ociera się o demagogię.
Wniosek, że rozwiedzionym, żyjącym w nowych związkach, powinno się pozwolić na przyjmowanie komunii, jest raczej ucieczką od problemu. Ośmielę się postawić mocną tezę, że jest to traktowanie Jezusa obecnego w Eucharystii, jako taką "zapchajdziurę" - my czegoś nie umiemy, boimy się stawić czoła problemowi, zatem zostawmy wszystko Panu Bogu, a będziemy mieli czyste sumienie.
Jednym z tematów, którymi media żyły już przed Synodem biskupów była sprawa par niesakramentalnych, czyli tych którzy żenią się ponownie, mimo że ich pierwsze małżeństwo było zawierane w kościele jako sakrament. Przede wszystkim emocjonowano się tym, czy Kościół może w jakiś sposób uznać te nowe związki i dopuszczać tych ludzi do komunii.
Historia Sebastiana Mili - jednego z bohaterów zwycięskiego meczu Polska Niemcy - to coś więcej, niż zwykła opowieść o piłkarzu, któremu udało się strzelić gola w ważnym spotkaniu.
W Toruniu, dzięki współdziałaniu władz Miasta z Kurią Diecezjalną, na cmentarzu komunalnym powstał grób dzieci martwo urodzonych, których rodzice nie zdecydowali się odebrać ze szpitala.
Czy chrześcijanin może praktykować Zen? Czytamy u św. Pawła, że "wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia" (Flp 4,13).
Co znaczy bowiem doprowadzić człowieka do skruchy? Jakimi środkami? Czy dokonuje się to przez ukazanie ogromu grzechu? A może poprzez zaprezentowanie wielkości łaski?
Jedną z najcięższych prac na ziemi, moim zdaniem, jest próba wytłumaczenia innym, co ktoś chciał powiedzieć w sytuacji, gdy słowa już zostały wypowiedziane lub napisane i zaczęły swój samodzielny żywot w przestrzeni publicznej. Niezależnie od tego, czy są to słowa polityka, artysty, arcybiskupa czy sąsiada zza płotu.
Sam, będąc rozwodnikiem i żyjąc w związku niesakramentalnym, choć z pozoru powinienem takiemu stawianiu sprawy przyklasnąć, wiem dokładnie (właśnie z racji mojego niewesołego doświadczenia), że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.
Wystarczyło prześledzić relacje z dwóch pierwszych dni Synodu Biskupów, by odkleić się od tematu rozwodów i spojrzeć na problemy współczesnej rodziny z kilku innych perspektyw. Przyznaję, za bardzo w Polsce i Europie skupiliśmy się na problemie komunii św. dla osób rozwiedzionych i żyjących w nowych związkach. To ważna sprawa, ale są też inne.
"Dlaczego ci jezuici ciągle zajmują się rozwodnikami? Przecież synod ma mówić o rodzinie, czyli nie tylko o rozwodach." Słychać takie głosy, takie pytania. I, jak sądzę, są one często zadawane przez osoby szczerze zatroskane o dobro Kościoła.
{{ article.description }}