Pycha prowadzi do upadku, pokora buduje mosty – świat może nauczyć się tego od Leona XIV
Pycha kroczy przed upadkiem. Miał rację król Salomon, syn Dawida, który jako pierwszy sformułował to powiedzenie i zostało ono zapisane w starotestamentowej Księdze Przysłów (16, 18). Czas płynie nieubłaganie, a natura ludzka jest wciąż taka sama. Za mało nauczyliśmy się na błędach przeszłości.
Prawda ta wybrzmiewa jeszcze bardziej po wyborach ‘połowy kadencji’ w Stanach Zjednoczonych, które partia republikańska znacząco przegrała w dużej mierze za sprawą prezydenta Trumpa i prowadzonej przez niego polityki: agresywnej retoryki, braku szacunku dla politycznych oponentów, brutalności służb policyjnych i imigracyjnych oraz bałwochwalczym wręcz kultem pieniądza i interesów. Nie wspomnę tu o widocznej od samego początku niechęci do papieża Leona XIV, co było tym bardziej zaskakujące, że sam fakt powierzenia sterów Kościoła duchownemu z USA był zdecydowanie historycznym wydarzeniem.
Nie zamierzam wdawać się w analizy politologiczne, ale jest to przypadek swoisty, jak łatwo można z lidera wolnego świata i największej potęgi gospodarczej, na dodatek świętującej 250-lecie Deklaracji Niepodległości, na którą z zazdrością patrzyły wszystkie kraje na ziemi, uczynić obiekt drwin z powodu nieobliczalności, buty i kupczenia wartościami, które dla ludzi na całym świecie były nieosiągalnym marzeniem, a dzisiaj stały się zagrożeniem i kpiną.
W tym kontekście postać papieża Leona XIV staje się opatrznościową figurą i rzeczywistym pontifex maximus – najważniejszym budowniczym mostów. Opatrzność ma swoje plany i one realizują się w sposób niemal cudowny. Historia osobista o. Roberta Prevosta, jego rozgałęzione korzenie kulturowe, wykształcenie i obycie duszpasterskie w różnych kontekstach politycznych i społecznych przygotowały go do bycia łącznikiem między różnymi grupami populacji światowej. Jestem przekonany, że świat doskonale wyczuwa w nim tego, który jest zwornikiem wspólnoty, nie jej dominatorem, jest pokornym świadkiem a nie tylko sprawnym zarządcą.
Ludzie na świecie wyczuwają w papieżu postać autentycznego człowieka, a nie wykreowanego managera. Doskonale to widać w trakcie jego spotkań z wiernymi w Rzymie czy we Włoszech. Było to także widoczne, dla niektórych z zaskoczeniem, kiedy odwiedzał Turcję czy kraje Afryki oraz Hiszpanię czy Francję.
Tęsknimy za normalnością w relacjach między ludźmi. Widzimy, ile szkody narobiły – i wciąż robią – różnego rodzaju ideologie. Obojętne, jakie mają korzenie, człowiek jest dla nich przedmiotem, a nie wolnym podmiotem. Nie zależy im na dobru i rozwoju człowieka, ale na wciągnięciu go w orbitę własnych gier, przede wszystkim dla swoich korzyści.
Warto zwrócić uwagę na język, jakim się posługujemy w komunikowaniu się z innymi w lokalnej społeczności czy w globalnym świecie. Nie chodzi tylko o dyplomację i skuteczność w osiąganiu własnych celów. Dzisiejszy język polityki, biznesu jest bardzo agresywny. Nie jest to komunikacja spokoju, łagodności i współpracy. Nawet, jeśli czasami robi takie wrażenie, to jest to strategia marketingowa, a nie wybór ideowy. Ten język jest raczej przejawem współzawodnictwa, konkurencji i pokonania innych niż troski o słabszych. Nawet w ‘dyskusjach kościelnych’ język, jakim się posługujemy jest zbyt często konfrontacyjny, oskarżycielski, niemiłosierny względem innych. To nie jest dobre.
Nie oznacza to wszakże, iż wszystko musi być ugłaskane i w pewnym sensie nijakie. Język, gesty czy obrazy, jakimi się porozumiewamy muszą być godne człowieka wierzącego. Jeśli nie będziemy się różnić od świata wokół, będziemy bezużyteczni, jak zwietrzała sól.
Jest jeszcze jedna rzecz, na którą proroczo wskazał papież od momentu, kiedy ukazał się na loggi Bazyliki św. Piotra po ogłoszeniu Urbi et Orbi, że mamy papieża, który przyjął imię Leon XIV, a mianowicie rzeczywistość wirtualna, współczesne rerum novarum, jaką jest sztuczna inteligencja i cały świat cyfrowy. Świat potrzebuje dzisiaj na nowo odkryć człowieczeństwo, współczucie i wrażliwość na tych, którzy są słabi i potrzebują wsparcia. Konkurencja i współzawodnictwo są potrzebne, ale kiedy stają się wykluczające, przestają być działaniem godnym człowieka.
Na wiele rzeczy nie mamy wpływu, a świat nie ułatwia nam zadania otwierania się na siebie i bliźnich. Nie możemy jednak łudzić się, że to przyjdzie samo. Ostatecznie musimy sami się za czymś opowiedzieć: łagodnością i współdziałaniem czy dominacją i językiem przemocy. Wszystko jest przed nami. Zadufanie w sobie czy budowanie mostów porozumienia – wybór należy do nas.


Skomentuj artykuł