W obliczu "krwawego piątku" zrobiłam jedyną sensowną rzecz, żeby nie ulec panice

W obliczu "krwawego piątku" zrobiłam jedyną sensowną rzecz, żeby nie ulec panice
Fot. Unsplash

W piątek DEON opublikował naszą rozmowę z Magdą Urbańską o tym, że dziecko potrzebuje zaufania, a niekoniecznie poczucia kontroli. Rozmawiałyśmy o lokalizatorach w telefonach, o dzienniku elektronicznym, który odbiera dzieciom pierwszeństwo w opowiedzeniu własnej historii, i o dziesięciolatku, który sam pojechał autobusem do biblioteki w sąsiednim mieście. Zbieg okoliczności okazał się tak doskonały, że aż niezręczny, bo tekst o oswajaniu rodzicielskiego lęku ukazał się dokładnie w dniu, który media społecznościowe zdążyły już ochrzcić „krwawym piątkiem”.

Dwa dni wcześniej 19-letni uczeń zaatakował nożem ludzi w szkole zawodowej w Ostrołęce; rannych zostało dziewięć osób. Następnego dnia w szkole podstawowej w Leszczydole-Nowinach 15-letni absolwent zabił 37-letnią woźną i ranił dwie kolejne osoby. W tym samym czasie policja w Sierpcu zatrzymała 17-latka podejrzewanego o planowanie podobnego ataku. A potem media społecznościowe i komunikatory zaczęły żyć własnym życiem. Tu i ówdzie pojawiały się “cynki”, że w internecie odkryto grupy młodych planujące agresywne działania, jacyś dyrektorzy w świetle rosnącego potencjalnego zagrożenia podjęli decyzję o przejściu na zdalne nauczanie, a w szkole naszych dzieci z ust do ust przekazywano sobie informację o zainstalowaniu na korytarzach „tajniaka z kryminalnego”. Atmosfera gęstniała z każdym powiadomieniem i przyznaję, że jako matka czworga dzieci rozsianych po różnych placówkach zrobiłam jedyną sensowną rzecz, jaka przyszła mi do głowy, żeby nie ulec panice. Wyłączyłam telefon.

Przypomniały mi się wtedy zajęcia sprzed lat, na których analizowaliśmy terroryzm jako zjawisko. Zapamiętałam z nich jedno zdanie - że terroryzm to teatr. Terroryście zależy przede wszystkim na widowni, a liczba ofiar jest dla niego środkiem do zdobycia uwagi. Dlatego każdy akt terroru jest w gruncie rzeczy komunikatem, a jego prawdziwym adresatem nie są ranni, tylko wszyscy, którzy patrzą. Nie wiem, co działo się w głowach sprawców z Mazowsza, i nie mnie to rozstrzygać. Zatrzymało mnie jednak coś, co powiedział minister spraw wewnętrznych: zatrzymany w Sierpcu siedemnastolatek szukał w internecie informacji, jak taki atak zorganizować. A premier na pilnie zwołanym spotkaniu z ministrami mówił wprost o obawie przed falą naśladownictwa. Dziś przecież każdy kolejny materiał rozkładający agresywne ataki na czynniki pierwsze jest po trochu instrukcją obsługi. Dla młodego człowieka, który siedzi w swoim pokoju z poczuciem, że świat go nie zauważa, staje się wręcz ofertą: zobacz, jak to się robi, i zobacz, ile o tobie mogą mówić. Przypuszczam, że właśnie dlatego “patostreamerka” ma się tak dobrze.

DEON.PL POLECA



W piątek policja ogłosiła, że nie znalazła żadnych dowodów na ogólnopolskie internetowe „wyzwanie”, którym straszyły media społecznościowe, a minister cyfryzacji mówił o fali dezinformacji naładowanej emocjami, rodzącej się ze zrozumiałego lęku. Do piątkowego przedpołudnia zatrzymano jednak co najmniej dziesięć osób, głównie za groźby w sieci, w tym 13-latka, który wrzucił na klasową grupę zdjęcie noża. 

Myślę o tym, jak ogromnym wyzwaniem i potrzebą staje się dziś edukacja medialna i nauka fact-checkingu. I o ile teoretycznie młodzi mają szansę jej doświadczyć w szkolnych murach, o tyle dorośli ludzie są dziś na manipulację wystawieni bez żadnej ochrony. Cóż z tego, że państwo próbuje do nas mówić alertami RCB, z których mam wrażenie, że częściej się dziś żartuje, niż je czyta; daleko nam do Finlandii, która ma krajową politykę edukacji medialnej od 2013 roku, uczy krytycznego odbioru treści od wczesnego dzieciństwa aż po wiek senioralny i od kiedy w 2017 roku powstał Europejski Indeks Edukacji Medialnej, niezmiennie zajmuje w nim pierwsze miejsce.

Bardzo chciałabym, żebyśmy i my doczekali się profesjonalnie przygotowanej, mądrej kampanii skierowanej do wszystkich obywateli, z babciami z grup na Facebooku włącznie. Takiej, która uczy każdego, jak sprawdzić źródło, jak rozpoznać tekst pisany po to, żeby wywołać strach, i w jaki sposób powstrzymać się przed przekazywaniem niesprawdzonych treści dalej. Technologia daje dziś każdemu, kto chce siać terror, zasięg, o jakim terroryści z podręczników sprzed dwudziestu lat mogli tylko marzyć. Jeśli nikt nie nauczy przed manipulacjami się bronić, to jako społeczeństwo stajemy się coraz łatwiejszym celem obcych propagand. Zanim jednak taka kampania powstanie, sama sięgam po metodę najprostszą z możliwych. Wyłączenie telefonu nie jest oczywiście strategią obywatelską, ale jako pierwsza pomoc działa zaskakująco dobrze. 

W tej sprawie uwiera mnie też jeszcze jedna rzecz. Gdy czytałam o atakach na Mazowszu, wróciła do mnie historia z Jeleniej Góry, gdzie dwunastolatka zabiła jedenastolatkę. Dziesięć miesięcy temu cała Polska żyła tą tragedią. Był pogrzeb z harcerzami, były marsz ciszy i był zalew wzburzenia. Sąd zastosował wobec sprawczyni „środek tymczasowy”, nie ujawniając, jaki, i zapowiedział, że nie będzie udzielał żadnych informacji. Czy to była choroba? Straszny wypadek? Działanie z premedytacją? Nie wiem. Jestem przekonana, że dla obu rodzin ta rana wciąż jest żywa i boli każdego dnia.

Opinia publiczna przeżyła swoje oburzenie w kwadrans i pobiegła do następnej wiadomości. Rozumiem, dlaczego tak jest. Sprawa toczy się przed sądem rodzinnym z wyłączeniem jawności i dobrze, że ktoś chroni dwunastolatkę przed tłumem, który zdążył już wymyślić jej narodowość (było to - niestety - szybko i perfidnie wykorzystane wydarzenie do tego, by podsycić nienawiść do naszych sąsiadów). Jestem jak najdalsza od ferowania medialnych wyroków. Widzę jednak rażącą dysproporcję między tym, ile wiemy o złu i możemy się dowiedzieć o dramatach w momencie ich wydarzenia, a tym, ile wiemy o sprawiedliwości i poniesionych konsekwencjach. 

Na razie wiemy, że 19-latek z Ostrołęki usłyszał dziewięć zarzutów, w tym usiłowania zabójstwa, i trafił na trzy miesiące do aresztu, a grozi mu dożywocie. Wiemy, że piętnastolatek z Leszczydołu decyzją sądu rodzinnego spędzi najbliższe trzy miesiące w schronisku dla nieletnich, a biegli psychiatrzy ocenią, czy może odpowiadać jak dorosły. Wiemy to, bo to był dzień drugi i trzeci, a media wciąż mogły żyć sprawą, bo gwarantowało to zasięg i klikanie.

Czy za rok ktokolwiek nam powie, jak te sprawy się skończyły? Obstawiam, że nikt. A przecież przekaz, który się z tego układa, jest dla kogoś szukającego rozgłosu wyjątkowo zachęcający: wejście na scenę gwarantowane, zejście ze sceny niewidoczne. Nie trzeba ujawniać szczegółów ani wizerunków, żeby pokazać, że sprawiedliwość działa. Wystarczyłaby informacja, rzetelna i powtarzana z tą samą konsekwencją, z jaką relacjonuje się sam atak. Bez niej poczucie bezkarności rośnie samo, nawet jeśli w rzeczywistości żadnej bezkarności nie ma.

Przypomina mi to wyzwanie, z którym od czasu do czasu mierzę się w rodzicielskich kręgach. Bywa, że spotykam się z opinią, zgodnie z którą dziecka nie wolno zmuszać do przeprosin, bo ani to nie jest szczere, ani to nie jest chrześcijańskie (bo wymuszenie przeprosin na sprawcy jest w tej perspektywie rodzajem przemocy). Tyle, że dziecko uderzone w poniedziałek w kłótni o klocki, w środę nie do końca pamięta, za co właściwie Kasia teraz je przeprasza. Pamięta za to doskonale, że cierpiało, miało poczucie krzywdy, a sprawca nie poniósł żadnych konsekwencji. Mam nieodparte wrażenie, że takie postępowanie znacznie częściej uczy bezkarności niż dojrzałej miłości bliźniego.

W naszym domu obowiązuje zasada, że za wyrządzone zło przeprasza się od razu, a nie wtedy, gdy sprawca do przeprosin dojrzeje. I tak, czasem oznacza to przeprosiny wycedzone przez zęby i w danej chwili zupełnie nieszczere. Ale nikt przy naszym stole nie ma poczucia, że zło przeszło bez echa. Mówimy dzieciom wtedy mniej więcej tak: jeżeli masz odwagę kogoś uderzyć, to musisz mieć odwagę ponieść konsekwencje i przeprosić. Nie zawsze oczywiście jest to proste, czasem trzeba wielu godzin, by dojść do tego kto, kiedy i dlaczego zaczął, ale próbujemy ze wszystkich sił budować w domu przestrzeń, w której krzywda zostaje nazwana, a ten, kto ją wyrządził, musi ponieść konsekwencje.

Myślę, że prędzej czy później podstawowe zasady bezpieczeństwa cyfrowego trafią w końcu do obowiązkowych szkoleń BHP, gdzieś między obsługą gaśnicy a ergonomią stanowiska przy monitorze. To może być jedyna szansa, by dorosły Polak usłyszał o tym, dlaczego trzeba sprawdzić źródło wiadomości i w jaki sposób to zrobić, by wszystkim nam żyło się bezpieczniej. Zanim to nastąpi, zostają nam nasze małe poletka, szkolne i rodzinne, gdzie wszyscy możemy próbować się uczyć walki z dezinformacją i paniką (choćby oglądając fachowe materiały rozsyłane przez NGO-sy czy zespoły psychologów po rodzicielskich kontach w dziennikach elektronicznych). W tych też środowiskach najłatwiej nam budować w młodych przekonanie, że za krzywdę przychodzi rachunek, a bezkarność to nie jest autostrada do sławy i szczęścia. Nawet jeśli na ekranie telefonu wygląda na szeroką i pozbawioną bramek, zawsze prowadzi donikąd, niezależnie od tego, czy wjeżdża się na nią z klockami wyrwanymi siostrze, czy z telefonem pełnym niesprawdzonych wiadomości.

DEON.PL POLECA

 

 

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

W obliczu "krwawego piątku" zrobiłam jedyną sensowną rzecz, żeby nie ulec panice
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.