Codzienność jest naszym udziałem we Wcieleniu Chrystusa

Codzienność jest naszym udziałem we Wcieleniu Chrystusa
(fot. Tyniec Wydawnictwo)

Nie ma nic specjalnie imponującego w przyjściu na świat dziecka biednych ro­dziców w podróży. A okazało się: najważniejszy fakt w historii świata. Nie ma nic spe­cjalnie imponującego w monastycznym rozkładzie dnia, kiedy się już człowiek do nie­go przyzwyczaił i zmyła się z niego nowość. A okazuje się: sam fakt, że jesteśmy tam, gdzie Bóg nam wyznaczył miejsce, w strumieniu Jego woli, dostępnym nam przez po­słuszeństwo – ma wartość większą, niż gdybyśmy świat zawojowali.

Dobrze napisana powieść miewa fabułę ułożoną w ten sposób, że zaczyna się od jakiegoś drobnego wydarzenia, ot, wyszedł emeryt z pieskiem na spacer i zatrzymał się, żeby sąsiadowi powiedzieć „Dobry wieczór”. I z takiego wydarzenia wyrasta nagle kilka krzyżujących się wątków, mało tego: ma ono znaczenie na kilku odkrywanych kolejno planach, jest drugie i trzecie dno, słowem: kosmiczna intryga. Kto lubi powieści, zrozumie; kto nie lubi, niech teraz dopiero zacznie słuchać. Bo mniej więcej tak samo dzieje się, kiedy rozważamy Wcielenie Chrystusa. Zaczyna się bardzo prosto i zwyczajnie od danych historycznych: ot, narodziny jednego dziecka, ot, śmierć jednego skazańca. A kończy się – nie, właściwie nie kończy się wcale i nie skończy się nigdy. I wszyscy w tym jesteśmy. Ten biedny emeryt sam nie wie, w co się wplątał.

Nasz świat jest światem materialnym, więc z konieczności musi składać się z mnóstwa szczegółów, z części i cząstek. Może aniołowie widzą rzeczy prosto, ale nie my! My widzimy wciąż te części i cząstki, i toniemy w nich. I łatwo nam uwierzyć, że one są istotą rzeczywistości i celem jej istnienia. Tymczasem one zostały zaplanowane nie jako cel, ale jako tworzywo. Może aniołowie niczego od siebie wzajemnie nie potrzebują, ale my potrzebujemy! I zaplanowani jesteśmy tak, żebyśmy potrzebowali; zaplanowani jesteśmy na konieczność miłości. A żeby mogła istnieć w naszym świecie miłość, potrzebne są w nim uczynki miłości; a żeby mogły istnieć uczynki miłości, potrzebna jest materia z całą swoją złożonością, potrzebna jest codzienność.

Codzienność więc stworzona została dla miłości, a nie sama dla siebie. I Bóg wszedł w naszą codzienność: jadł, pracował, ubierał się, spał. Widzimy Go w Ewangelii, jak jeździ łódką po jeziorze: cóż bardziej codziennego i zwykłego na bogatych w ryby wodach, niż łódka! Widzimy Go, jak idzie przez pole i jak je kolację u różnych ludzi; jak sprawdza pogodę zależnie od barwy nieba o zachodzie słońca; dowiadujemy się, że nosił tunikę i płaszcz, a na nogach sandały wiązane na rzemyki; że bywał głodny i że czasem był tak zmęczony, że zasypiał na miejscu i nie mógł już dłużej nauczać. Jego ludzkie siły nie dorównywały Jego boskiemu zapałowi; były ograniczone, jak nasze. Przyjął na siebie całą naszą codzienność, i wykorzystał to nasze tworzywo, ukazując przy okazji i nam, jak je wykorzystywać.

A więc przede wszystkim, nie zatonąć w nim. U Lewisa w Listach starego diabła do młodego jest taka fantastycznie trafna scena, kiedy stary diabeł widzi, że „pacjent” (czyli człowiek, którego on usiłuje doprowadzić do potępienia), dotychczas niezachwiany ateista, nagle w ciszy biblioteki zaczyna snuć niepożądane myśli, które by go mogły doprowadzić do nawrócenia. Kusiciel nie jest jednak taki głupi, żeby zaczynać dyskusję i podsuwać mu argumenty. Raczej, wiedząc, jaki z pacjenta łakomczuch, podsuwa mu myśl, żeby do tak ważnego tematu wrócił od nowa po obiedzie. A gdy pacjent znalazł się na ulicy, pokazałem mu, opowiada, autobus i gazeciarza, roznoszącego najnowsze wydanie dziennika; i to wszystko do tamtych myśli tak mu nie pasowało, że uznał je za mrzonki. Odtąd też sam mawiał, iż jakiekolwiek by dziwne teorie przychodziły człowiekowi do głowy, kiedy siedzi samotny w atmosferze skupienia, najlepszą na nie odtrutką jest zdrowa dawka realnego życia (przez co, kończy diabeł z ironią, rozumiał autobus i gazeciarza).

Lewis był świetnym obserwatorem. Wiedział, że człowiek rzadko kieruje się logiką, a często – skojarzeniami, których źródło może być zupełnie przypadkowe. I że ta nasza przyzwyczajona codzienność wydaje się nam tak łatwo rzeczywistością jedyną. Nie ma żadnego rozumnego argumentu, dlaczego fakt, że autobus istnieje, jedzie i jest czerwony, a gazeciarz ma na sobie kurtkę w kratkę, miałyby nadawać im obu rangę absolutu, rzeczywistości jedynej. Ale kontrast między codziennością a zrozumieniem czegoś więcej może wywołać takie odczucie. Tak samo nie ma żadnego rozumnego argumentu na to, że fakt, iż nasze mieszkanie jest na takim to a takim piętrze, że pierwsze, co rano widzimy po obudzeniu, to zielone firanki, a nasz pies jest biały w czarne łatki – miałyby powodować, że to wszystko więzi nas w sobie i zamyka nam oczy na głębsze dno rzeczywistości. Piętro musi być któreś, firanki muszą być jakiegoś koloru i pies także. To wszystko nie jest absolut, tylko tworzywo: tworzywo naszej miłości. Chrystus tak tego używał.

Po drugie, nie pogardzać codziennością. Wciąż się słyszy określenia w rodzaju „kierat”, „szara codzienność” itd. Nie jest szara: jest cała prześwietlona obecnością Boga. Nasza wina, jeśli tego nie potrafimy zauważyć, i nasza strata. Są ludzie, którzy by chcieli mieć codziennie przygody, i są tacy, którzy się o to pilnie starają, i oni to narzucają innym taki sposób wartościowania: dzień szary i dzień kolorowy, dzień nic nie wart i dzień upragniony. A kiedy w ich życiu przygoda staje się rzeczą zwyczajną, to chcą jeszcze większych przygód. Wybrzydza się taki człowiek na swoją posadę, że to jest przekładanie papierków, a on by wolał coś bardziej wzniosłego; a nie pomyśli, że przecież te papierki przekłada wśród ludzi i dla ludzi, i że piękno jego pracy polega na sposobie, w jaki będzie tych ludzi traktował. Kolegów, interesantów... Czy odejdą od niego uśmiechnięci, radośni i wdzięczni za jego życzliwość, czy też zrażeni jego bezdusznością i obojętnością. Albo siedzi taki w konfesjonale i tylko się trzęsie, żeby przyszedł jakiś spektakularny grzesznik – bo już mu się znudziło stare babki spowiadać. To by dopiero była przygoda; a tamto, szarzyzna. Będąc sama starą babką, powstrzymam się od komentowania.

Po trzecie, to właśnie jest przecież to, w co wszedł Syn Boży przez Wcielenie.

W całą naszą rzeczywistość: od rozwoju embrionu w łonie matki, aż po rozdzie­lenie duszy z ciałem przez śmierć. Poprzez wszystkie, już tu wyliczone i nie wyliczone, realia ludzkiego bytowania. Mógł inaczej; chciał tak właśnie.

Nie ma nic specjalnie imponującego w przyjściu na świat dziecka biednych ro­dziców w podróży. A okazało się: najważniejszy fakt w historii świata. Nie ma nic spe­cjalnie imponującego w monastycznym rozkładzie dnia, kiedy się już człowiek do nie­go przyzwyczaił i zmyła się z niego nowość. A okazuje się: sam fakt, że jesteśmy tam, gdzie Bóg nam wyznaczył miejsce, w strumieniu Jego woli, dostępnym nam przez po­słuszeństwo – ma wartość większą, niż gdybyśmy świat zawojowali. I może nie być nic specjalnie porywającego w zielonych firankach i białym piesku w czarne łatki; ale jeśli ten piesek zaświadczy kiedyś, jak go traktowaliśmy, to to już może właśnie okazać się godne radości aniołów.

Inaczej mówiąc: codzienność jest naszym udziałem we Wcieleniu Chrystusa. On w niej jest razem z nami. W co to dał się wciągnąć nasz emeryt z pieskiem...

A św. Benedykt idzie jeszcze dalej: twierdzi, że przez cierpliwość mamy udział w Męce Chrystusa, a więc w tajemnicy Odkupienia. Gdzie tu proporcja: nasza cierpli­wość rzadko staje przed zadaniem trudniejszym niż spokojne wysłuchanie czyichś nudnych, nie pierwszy raz już słyszanych utyskiwań. A tu: Męka Chrystusa? Powiedzmy sobie szczerze: jaki męczennik, takie lwy. (Jest historyjka o biskupie Łozińskim, jak to siedział w sowieckim więzieniu w jednej celi ze swoim sekretarzem, a było tam bardzo dużo pluskiew. Tłukli te pluskwy i w pewnej chwili sekretarz powiada: „Och, wolałbym już na arenę!”, a biskup na to: „Jaki męczennik, takie lwy”.) Syn Boży wiedział, jak wiele musi odrobić za nas, a jak mało może bezpiecznie nam zostawić. Przecież i u św. Pawła znajdujemy to przekonanie, że Chrystus pozostawił nam coś do dopełnienia w swoim dziele i że nasz ból i trud jest właśnie po to, żebyśmy to dopełnili.

Dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. Dla nas ludzi i dla naszego zbawienia został ukrzyżowany. Dla nas. A nam dano tę niewyobrażalną szansę, że możemy w tym mieć swój udział. Chciałoby się spytać: dlaczego w takim razie nie robimy tego jakoś głośniej, barwniej, z trąbieniem i wśród medialnych ewenementów? Dlatego, że i On sam zrobił to bardzo cicho. Na uboczu, z daleka od wielkich stolic i wielkiej polityki, od wielkich ośrodków kultury i sztuki. Przez kilka lat chodził po świecie jako wędrowny kaznodzieja – wielu takich było – a potem zginął jako pogardzany skazaniec: takich było jeszcze więcej. Jeżeli czegokolwiek uczą nas Jego dzieje, to tego właśnie, że nie istnieje żadna proporcja, żaden konieczny związek między wielkością dostrzegalną a wielkością prawdziwą, sukcesem ludzkim a zwycięstwem Bożym. Dla nas ludzi i dla naszego zbawienia Syn Boży zszedł na świat i dokonał odkupienia, a my o mało byśmy tego w ogóle nie zauważyli, szukając jedni przejawów niezwykłej wiedzy, drudzy przejawów niezwykłej mocy, a wszyscy tego, co nam się wydawało wielkie, a nie tego, co jest wielkie naprawdę.

Na szczęście każdemu z nas dana jest szansa jakoś naprawić ten błąd. W codzienności i przez cierpliwość.

Fragment pochodzi z książki „Rozważania o Wcieleniu Syna Bożego”

urodziła się w 1939 r. Studiowała polonistykę i filozofię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1964 jest benedyktynką w Żarnowcu. Autorka wielu prac historycznych, m.in. "Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII i XVIII wieku", "Czarna owca", "Oślica Balaama", "Sześć prawd wiary oraz ich skutki", tłumaczka m.in. ojców monastycznych, felietonistka czasopism "Więź" i "Via Consecrata"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Małgorzata Borkowska OSB
11,00 zł

Czy rozumiemy dobrze słowa: On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba...? Być może na co dzień zupełnie o nich nie pamiętamy, ale to one są podstawą rozumienia tego dlaczego jesteśmy...

Skomentuj artykuł

Codzienność jest naszym udziałem we Wcieleniu Chrystusa
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.