Prymas swoje, „Nasz Dziennik” swoje

Prymas swoje, „Nasz Dziennik” swoje
(fot. episkopat.pl)

Z ogromnym zażenowaniem obserwuję trwającą kampanię „Naszego Dziennika” skierowaną przeciwko pomocy osobom skrzywdzonym przez Kościół katolicki. Powiedzieć, że to podłość, to mało.

Od roku działa inicjatywa „Zranieni w Kościele”, czyli telefon zaufania dla osób skrzywdzonych przemocą seksualną czy psychiczną ze strony ludzi Kościoła. Telefon prowadzą świeccy katolicy. Z opublikowanego po roku pracy „Zranionych” raportu wyłania się dość złożony problem przemocy w Kościele. To nie tylko wykorzystywanie nieletnich, nie tylko przez księży. To także mobbing, nadużywanie autorytetu i władzy przez świeckich liderów. Ofiarami padają świeccy i osoby konsekrowane, dzieci i starsi. Niektórzy doznali krzywdy przed laty i obecnie nie mogą liczyć na szczególną pomoc, bo sprawy uległy przedawnieniu. Dla wielu zranionych pojawienie się telefonu prowadzonego przez katolików, ale jednak poza strukturami kościelnymi, stało się drogą do osobistego zrzucenia ciężaru, którego doświadczali przez lata.

Inicjatywie pomaga m.in. abp Wojciech Polak, prymas Polski i delegat KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży. Prymas zasiada także w powołanej przez Episkopat Fundacji Świętego Józefa, której celem jest m.in. finansowanie pomocy osobom skrzywdzonym. „Chodzi o to, aby osoby pokrzywdzone mogły uzyskać realną, profesjonalną i skuteczną pomoc psychologiczną, terapeutyczną, medyczną czy prawną, poprzez instrumenty, które są w rękach Kościoła” – wyjaśniał prymas ponad pół roku temu, gdy fundacja została powołana. Fundusze na działanie fundacji mają pochodzić ze wszystkich diecezji, a taka decyzja była – jak mówił podczas jej powoływania prymas Polak – motywowana „wyrazem solidarności biskupów i księży z ofiarami przestępstw wykorzystania seksualnego, których dopuścili się niektórzy duchowni”. Niedawno takie działanie fundacji zostało wdrożone, ponieważ prymas rozesłał do wszystkich proboszczów w Polsce list z prośbą o umieszczenie w gablocie plakatu informującego o inicjatywie „Zranieni w Kościele”. Druk plakatów został sfinansowany przez samą Fundację Świętego Józefa. Prymas w swoim liście wyjaśniał, jakie są zadania inicjatywy, jaką pomoc otrzymują osoby pokrzywdzone, oraz tłumaczył, że pomoc w wyjściu z traumy zranienia, która może być otrzymana we wspólnocie Kościoła, jest czymś bezcennym. Zresztą – wydaje się, że tego nawet tłumaczyć nie trzeba, bo tragedia wykorzystywania seksualnego i psychicznego w Kościele jest nie tylko przestępstwem, nie tylko grzechem, ale i wielkim zgorszeniem.

Tym bardziej okropna jest reakcja „Naszego Dziennika”, bo jak reaguje na prośbę prymasa katolickie czasopismo? Reaguje tekstem „Plakatowy skandal”, a następnie wywiadem „To jest niegodziwe”. Rozpoczyna się kampania dewaluowania, która bezpośrednio uderza nie tylko w inicjatywę „Zranieni w Kościele”, nie tylko w prymasa Wojciecha Polaka, ale przede wszystkim w osoby pokrzywdzone przez ludzi Kościoła. Jakie argumenty padają ze strony „Naszego Dziennika”? Zdaniem Sławomira Jagodzińskiego, autora tekstu, „taka akcja plakatowania kościołów jest nie do przyjęcia!”, ponieważ „fałszywie sugeruje, że w każdej parafii są przestępcy, a ich ofiarom nikt nie chce pomóc”, utwierdza w „fałszywym stereotypie kapłan = pedofil”, „ma posmak totalitarnych metod działania zgodnych z formułą: jak nie ma przestępców, to trzeba lepiej poszukać” i zasiewa nieufność w relacjach duchownych z wiernymi. Powiedzieć, że taki tekst to podłość, to jakby nic nie powiedzieć, ale co właściwie mówią zawarte w nim argumenty? Mówią, że problem wykorzystywania seksualnego w Kościele katolickim nie dotyczy wszystkich katolików, a tylko niektórych, bo są parafie, gdzie to się nie dzieje. Po drugie mówią, że próba pomocy osobom pokrzywdzonym, jest narzędziem do antykościelnej walki przy pomocy stereotypów i totalitarnych metod. Drugi argument jest czysto retoryczny, bo pokazuje w krzywym zwierciadle pomoc ofiarom, czyli coś, do czego wspólnota Kościoła powinna być zobligowana jak nie Ewangelią i słowami Jezusa o „najmniejszych”, to choćby poczuciem przyzwoitości. Jeśli ktoś w taki sposób traktuje pomoc ofiarom, że widzi w niej jedynie utrwalanie stereotypu, to nie sposób czegokolwiek konstruktywnego o tym powiedzieć. To po prostu jest nie po katolicku.

Poważniejszy jest argument o tym, że niecały Kościół krzywdzi, więc czemu cały Kościół ma za krzywdę odpowiadać? Ten argument pojawia się często w dyskusji na temat pedofilii w Kościele: albo w postaci wyliczeń, jaki jest odsetek księży wykorzystujących dzieci w porównaniu na przykład do takiej grupy zawodowej jak murarze; albo w porównaniu Polski z innymi krajami i że w Polsce to tak źle nie jest; albo w uzasadnianiu, że owszem jakieś wykorzystywanie to było, ale rękami księży-ubeków, bo reszta księży była w porządku; albo mówieniem po prostu, że ja znam samych dobrych kapłanów, żaden dziecka nie skrzywdził; albo że nie ma odpowiedzialności zbiorowej, tylko indywidualna. Każde z tych zdań to oblicze jednego i tego samego podejścia: sprawa mnie nie dotyczy, dotyczy kogoś innego, więc nie będę za nią odpowiadał. Nie ciąży na mnie ta wina, tylko na drugim. Bywa używany w kontekście prawnym, na przykład wtedy, gdy chrystusowcy domagali się kasacji wyroku ciążącego na byłym już przedstawicielu ich zakonu, ale pojawia się także w codziennych dyskusjach. „Dlaczego (…) nasze dzieci mają w gablocie czytać, że to «Kościół krzywdzi»?” – pyta autor „Naszego Dziennika”. To mnie nie dotyczy, bo przecież to nie Kościół krzywdzi, nie krzywdzi organizacja, wspólnota. W Kościele krzywdy nie ma. Krzywda jest z ręki krzywdziciela. Koniec kropka.

To mnie nie dotyczy, bo przecież to nie Kościół krzywdzi, nie krzywdzi organizacja, wspólnota. W Kościele krzywdy nie ma. Krzywda jest z ręki krzywdziciela. Koniec kropka.

Minął nieco ponad rok od watykańskiego spotkania biskupów z całego świata, które zwołał papież Franciszek. Wracam do przemówienia końcowego Ojca Świętego, bo widzę, że niektórzy katolicy o nim zapomnieli, a padają w nim między innymi takie słowa: „zło, którego doświadczyli [pokrzywdzeni], pozostawia w nich nieusuwalne rany, które przejawiają się także w postaci urazów i tendencji do samozniszczenia. Kościół ma zatem obowiązek zaoferować im wszelkie niezbędne wsparcie, korzystając z pomocy ekspertów w tej dziedzinie. Trzeba słuchać, pozwalam sobie powiedzieć – «marnować czas» na wysłuchanie. Słuchanie leczy zranionego i leczy także nas samych z egoizmu, z dystansowania się, z «to mnie nie dotyczy», z postawy kapłana i lewity z przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie”. Katolik nie może powiedzieć „to mnie nie dotyczy” – sprawa skrzywdzonego zawsze i wszędzie dotyczy każdego katolika, a dystansowanie się od niej takimi zasłonami dymnymi jak „to nie w mojej parafii”, „to nie moja sprawa, tylko sprawa sprawcy” albo „niech sprawca odpowiada, ja nie muszę” – to jest zachowanie przypominające kapłana i lewitę z przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie. Zapytam dalej: po co Jezusowi była ta przypowieść? Żeby odpowiedzieć na pytanie uczonego w Prawie o to, kim jest bliźni, a pośrednio o to, co czynić, aby osiągnąć życie wieczne. Mówieniem „to nie moja sprawa” życia wiecznego się nie osiąga.

Gdyby to było mało, to przywołam jeszcze drugą wypowiedź papieża z tego samego spotkania, w której porusza kwestię „prawdziwego oczyszczenia”. Na spotkaniu tym Franciszek nawoływał do nieustannego dążenia do świętości przez cały lud Boży i jego pasterzy. „Święta bojaźń Boża nakazuje nam oskarżyć siebie – jako ludzi i jako instytucję – oraz zaradzić naszym niedociągnięciom. Oskarżenie samych siebie: to mądry początek, związany ze świętą bojaźnią Boga. Trzeba uczyć się oskarżania samych siebie, jako osoby, jako instytucje, jako społeczeństwa. Nie możemy bowiem wpaść w pułapkę oskarżania innych, będącego krokiem w kierunku alibi, które oddziela nas od rzeczywistości” – mówił papież i naprawdę z trudem szukać mocniejszych słów. Mamy za zadanie oskarżać siebie, zaś wieczne oskarżanie innych to pułapka. Nieważne, czy ty popełniłeś przestępstwo, czy twój brat – z tej perspektywy, którą jest należenie do Kościoła powszechnego, wina twojego brata jest twoją winą, za którą zawsze współodpowiadasz. Jeśli ktoś myśli inaczej o Kościele, to podważa jego powszechność. Ponownie – podważa katolickość Kościoła.

Oskarżenie samych siebie: to mądry początek, związany ze świętą bojaźnią Boga.

Od kilku lat obserwuję, jak Kościół katolicki podejmuje próbę rozliczenia skandalu wykorzystywania seksualnego nieletnich przez księży. Jak próbuje współodpowiadać, brać na siebie winę, bo przecież takie jest zadanie wspólnoty. Od dwóch lat działa w tym zakresie jakby aktywniej i nie byłoby tego bez nagłośnienia kolejnych przypadków molestowania. Widać było, że dotychczasowe działania, które miały miejsce, są albo nieskuteczne, albo powolne, albo że ich nie ma. W Polsce działania na rzecz osób pokrzywdzonych też są podejmowane, w czym pionierską i bohaterską rolę pełni choćby Centrum Ochrony Dziecka albo „Zranieni”, ale nadal widać, że głosy ujawniające pieczołowicie czasami przez lata zakrywaną prawdę o molestowaniu dzieci i dorosłych przez księży są wypierane. Prócz wyparcia jest jeszcze niedowierzanie, sprzeciw, a nawet agresja werbalna w stosunku do ofiar czy osób zajmujących się ujawnianiem tych zbrodni albo nagłaśnianiem przypadków. Takie osoby traktuje się jako wrogów Kościoła, kalających swoje gniazdo zbrodniarzy czy hieny pragnące zyskać sławę. Gdzie właściwie jest ta podłość? Bo ja widzę ją raczej w tym, że lekceważy się osoby skrzywdzone przez Kościół, zachowując się tak, jakby tej krzywdy nie było, i za wszelką cenę broni nieskazitelnego obrazu Kościoła. Nawet jeśli to nieświadoma psychiczna obrona, jest ona robieniem sobie i temu rzekomo ukochanemu Kościołowi krzywdy. Jeszcze przed wybuchem skandalu medialnego, przed filmami Sekielskich i „Klerem”, przed raportem z Pensylwanii i doniesieniami z Chile, od zawsze byli księża i biskupi, którzy brali odpowiedzialność za skrzywdzonych przez Kościół; a obok nich byli tacy księża i biskupi, którzy dalej molestowali, kryli i wypierali się krycia, gdy ktoś im je wytykał – ba, gdy pokazywał dowody! Taki jest Kościół – są w nim jedni i drudzy, ale to jeden Kościół. Nie ma Kościoła tych, którzy kryją, i tych, którzy chronią. Jest jeden Kościół, ten Kościół wyznaję za każdym razem, gdy odmawiam Credo, odnawiając swój związek z nim.

Ten Kościół nie jest nieskazitelny. Dlatego, gdy słyszę pytanie „dlaczego nasze dzieci mają patrzeć na te plakaty?”, to myślę sobie, że przecież „wasze” dzieci prędzej czy później dowiedzą się o tym, że księża gwałcili inne dzieci.

Ten Kościół nie jest nieskazitelny. Dlatego, gdy słyszę pytanie „dlaczego nasze dzieci mają patrzeć na te plakaty?”, to myślę sobie, że przecież „wasze” dzieci prędzej czy później dowiedzą się o tym, że księża gwałcili inne dzieci. Jak nie od was, to z książek czy mediów. Ja się tak dowiedziałem, pamiętam, że był to dla mnie ogromny szok, ale musiałem to w sobie przepracować i dzięki temu myślę, że jestem dojrzalszym katolikiem. Dlatego mam nadzieję, że „wasze dzieci” też się o tym dowiedzą, bo jako świadomi katolicy powinny się o tym dowiedzieć, tak jak dziś każdy inny świadomy katolik dowiaduje się o czarnych kartach z historii swojego Kościoła, żeby wiedzieć, w co wierzy. Skandal wykorzystywania seksualnego przez duchownych jest jednym z najmroczniejszych grzechów, jakich dopuścił się Kościół w całej swojej historii, a nie mniejszym są inne fakty, które to umożliwiły. Bo przecież to Kościół, jako cała instytucja, umożliwił funkcjonowanie i przez lata konserwował strukturę skutecznego krycia zbrodni. Niedawno doskonale opisał ją pewien starszy biskup, mówiąc o tym, że zadaniem katolika jest milczeć w sytuacji konfrontacji z własnym złem albo złem Kościoła.

Dojrzały katolik powinien nie tylko teoretycznie wiedzieć o tym, że Kościół składa się także z grzeszników i zbójców. Powinien to wiedzieć, żeby tę zbrodnię rozwalić na kawałki i budować Kościół, którego chciał Jezus Chrystus, gdy mówił: „zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Dla przypomnienia dodam, że o tych drugich rzekł: „idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!”. Zresztą nawet bez takiego eschatologicznego i parabolicznego rozliczenia, czeka ich przecież ta zupełnie przyziemna utrata twarzy, autentyczności i godności. Człowiek, który uparcie zamyka oczy na krzywdę czynioną przez Kościół, nigdy nie będzie świadomie w tym Kościele żył. W czymś żyć będzie, w coś będzie wierzyć, ale nie w Kościół takim, jaki on jest.

***

Jeśli jesteś osobą skrzywdzoną w Kościele i potrzebujesz pomocy lub rozmowy, skorzystaj z tej infolinii. Stworzyli ją ludzie świeccy poruszeni Twoim losem:

Redaktor i publicysta DEON.pl, pracuje nad doktoratem z metafizyki na UJ, współpracuje z Magazynem Kontakt, pisze również w "Tygodniku Powszechnym"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Adam Żak SJ
18,83 zł
26,90 zł

Rozliczenie z problemem pedofilii w polskim Kościele

Ujawnienie skali wykorzystywania seksualnego nieletnich przez osoby duchowne wstrząsnęło Kościołem w Polsce i na świecie. Reakcje hierarchów były skrajne: od lęku przed ujawnieniem długo skrywanej prawdy po chęć...

Skomentuj artykuł

Prymas swoje, „Nasz Dziennik” swoje
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.