„Autentyczność się nie niesie”. Katoliczki o presji i sile social mediów
- Ludzie łakną normalności. Kogoś takiego, jak oni. Kogoś, kto żyje, sprząta, modli się gdzieś pomiędzy, upada i wstaje. Ale nawet przy najlepszych intencjach internetowego twórcy, który chce się dzielić swoim prawdziwym wizerunkiem, i tak do jego społeczności trafia jakiś wycinek życia. Jako odbiorcy wciąż zapominamy, że w sieci nie widać wszystkiego. Mimo to tego spece od marketingu trąbią, że jeśli chcesz budować wokół siebie społeczność, to musisz wpuszczać ludzi za kulisy i raz po raz uchylać rąbka prywatności - mówią Agata Rusek i Magda Urbańska w rozmowie o presji autentyczności.
To pierwsza rozmowa z cyklu "Katoliczka w sieci". - To potrzebne, żeby zacząć te rzeczy nazywać: że mamy takie problemy, że w sieci nas, katoliczek jest dużo i przeżywamy to podobnie. Potrzebujemy tego, żeby usłyszeć, że to, co się z nami dzieje z powodu mediów społecznościowych czy wpływu sztucznej inteligencji na rzeczywistość, jest normalne - mówią nasze publicystki.
Autentyczność i brak filtrów się “nie niesie”
Agata Rusek: Magda, czy można być autentyczną katoliczką na Instagramie?
Magda Urbańska: Uśmiecham się do tego pytania, bo ono wywołuje we mnie masę różnych skojarzeń. Pierwsze takie, że autentyczność i brak filtrów się “nie niesie”, nie klika się tak, jak przelukrowana instagramowa rzeczywistość.
Agata Rusek: Niestety muszę się zgodzić. Mimo iż widać już pewne oznaki zmęczenia odbiorców treściami wygenerowanymi przez AI, to jednak jesteśmy tak oswojeni z przekolorowanym i podrasowanym światem, że jeszcze wiele terabajtów danych upłynie, zanim palec przeciętnego człowieka zatrzyma scroll na rolce, która nie jest zmontowana barwnie i dynamicznie.
Magda Urbańska: Właśnie. A z drugiej strony sama doświadczam w swoich social mediach tego, że ludzie łakną normalności. Kogoś takiego, jak oni. Kogoś, kto żyje, sprząta, modli się gdzieś pomiędzy, upada i wstaje. To rodzi też od razu pytanie o granice tego, co i ile pokazuję, by nie stać się duchowym ekshibicjonistą. A jakie są twoje pierwsze myśli?
W sieci można być sobą, ale jakim kosztem?
Agata Rusek: Podobnie jak u Ciebie przy tak postawionym pytaniu w głowie pojawia mi się wiele ścieżek refleksji. Jest myśl: “można być autentyczną, ale w praktyce jest to bardzo trudne”, co prowadzi ku rozmowie o ograniczeniach dzielenia się wiarą w social mediach. Jest druga myśl: “można, pytanie tylko, jak”, co otwiera szereg tematów o sposobach ewangelizowania w dzisiejszym świecie. I trzecia myśl: “można, pytanie tylko jakim kosztem”, i to jest rozmowa o ryzykach, jakie podejmuje dziś wierząca osoba, która decyduje się na jakiekolwiek dzielenie swoimi wartościami. Mam też ochotę niczym Piłat zapytać z niejakim rozżaleniem: “ale cóż to dziś znaczy autentyczność w Internecie?”. Od czego więc zaczynamy? (śmiech).
Magda Urbańska: To może od końca? (śmiech). Bycie autentycznym oznacza dla mnie stawanie w prawdzie, ale też pokazywanie siebie takiej, jaką znają mnie ludzie, z którymi żyję na co dzień. W internecie nie do końca tak to działa, bo pokazujemy pewien wycinek, który chcemy pokazać, kilka sekund z całego dnia. Pamiętam pewną rozmowę z kobietą oburzoną tym, że spowiadam się co miesiąc. “Z czego możesz się tak często spowiadać, skoro jesteś tak wewnętrznie dojrzała i poukładana?” - pytała w jakimś komentarzu pod postem o spowiedzi. Rozbawiło mnie to pytanie: ja, poukładana? Halo! Jednak osoby, które patrzą tylko na wycinek mojej rzeczywistości, rzeczywiście tak mnie mogą odbierać.
W sieci nie widzisz wszystkiego, nawet jak widzisz łzy
Agata Rusek: Zaryzykowałabym tezę, że całe nasze wirtualne bycie jest oparte jest o coś quasi-autentycznego. Nawet przy najlepszych intencjach internetowego twórcy, który chce się dzielić swoim prawdziwym wizerunkiem, siłą rzeczy i tak pokazuje jakiś kadr, jakiś wycinek życia. Jako odbiorcy nagminnie o tym zapominamy. O tym, że w sieci nie widzisz wszystkiego. Nawet jak widzisz łzy, to nie widzisz od początku do końca sytuacji, która je wywołała. Nie widzisz emocji, które te łzy spowodowały ani czyjegoś zachowania w stosunku do konkretnych osób. Widzisz, słyszysz, czytasz tylko to, co twórca zdecyduje ci się pokazać.
Sama mam takie dylematy: w jaki sposób podzielić się czymś, co uważam za wartościowe, ale tak, by moja i moich bliskich sfera prywatności nie została naruszona. Zmiana imion to tylko zabieg kosmetyczny. Czasem decyduję się opisać sytuację, która jest kompilacją kilku różnych wydarzeń na przestrzeni tygodni. Dzielę się czymś, co autentycznie przeżyłam, ale w warunkach ograniczonej ilości znaków albo rachitycznego skupienia czytelnika nie mogę pozwolić sobie na wytłumaczenie wszystkich niuansów relacyjnych, które dane wydarzenia połączyły. Jest więc to fikcja czy autentyczne dzielenie? Ufam, że większość moich czytelników zdaje sobie sprawę, że dzielimy się tym, co przeżywamy, ale nigdy nie jest to absolutna prawda o nas. Raczej jakiś malutki wycinek, który jest pokazany w konkretnym celu.
Na dłuższą metę, zwłaszcza teraz, gdy social media są po prostu zalewane treściami wygenerowanymi przez sztuczną inteligencję, wydaje mi się, że ta quasi-autentyczność będzie jednym z większych wyzwań, z którymi jako katolicy będziemy się mierzyć. Już dziś powoduje rozluźnienie więzi międzyludzkich, bo każdy z nas tworzy sobie wyobrażenie o drugim człowieku na bazie tego, co widzi i bardzo łatwo ulega złudzeniu, że wie wystarczająco dużo, by go sobie w swojej głowie jakoś "skategoryzować”, ocenić. Do tego spece od marketingu trąbią, że jeśli chcesz budować wokół siebie społeczność, to musisz wpuszczać ludzi za kulisy i raz po raz uchylać rąbka prywatności. Niektórzy twórcy robią to bardziej, inni mniej, ale nigdy nie jest to bycie online na sto procent (daj Boże, żebyśmy nie dotrwali do dnia, w którym twórcy internetowi in generale będą mieli w oczach insta-soczewki dające innym wgląd w ich życie przez całą dobę). Więc ta autentyczność siłą rzeczy jest ułomna.
Gdy pokazujemy siebie i swoją wiarę, ktoś może przestać czuć się samotnie
Magda Urbańska: Tak, jest ułomna. Choć bądźmy szczerzy - w życiu realnym, poza internetem, też tak jest. W pracy pokazuję jeden swój wizerunek, na spotkaniach z przyjaciółmi zachowuję się inaczej, a przy dzieciach w domu jeszcze luźniej i swobodniej. Wszędzie jestem ja, prawdziwa. Ale ludzie widzą tylko wycinek mnie.
Ale wiesz, jeśli mamy dylematy, co i jak pokazać w internecie, to myślę, że to dobrze o nas świadczy. Najbardziej “boję się” ludzi, którzy kompletnie o tym nie myślą, a publiczne pokazywanie swojego świata ma konkretne konsekwencje. Do tego moje doświadczenie mówi: wszyscy jesteśmy słabi. Nie oburzaj się, nie oceniaj, nie przykładaj do innych swojej łatki. Zluzuj, boś w jego butach nie chodził. Instagram jednak tworzy pewną bańkę. Normalne jest, że chcemy pokazać się z tej lepszej strony. Nie bez powodu sakrament spowiedzi odbywa się w intymności i ciszy, prawda? Z drugiej strony - gdy zaczynamy pokazywać swoje życie duchowe w codzienności, okazuje się, że wiele osób może przejrzeć się w naszym doświadczeniu, odkryć, że przeżywa coś podobnie. Być może ktoś nazwie coś ważnego w sobie pierwszy raz od bardzo dawna. Może tak być, że w końcu przestanie czuć się samotnie w swoim doświadczeniu wiary w codzienności…
Agata Rusek: Zdecydowanie to jest jeden z argumentów na plus dzielenia się wiarą w Internecie. Wszystkie media społecznościowe otworzyły nam szansę na to, by pokazać i zobaczyć, że wiarę można przeżywać na różne sposoby. Można więc w ten sposób dość realnie włączyć się w misję ewangelizowania, a pomysłów jest chyba tyle, co ludzi. Są kapitalne kanały osób duchownych czy teologów, gdzie można zgłębiać wiarę i wiedzę katechetyczną na rozmaitym poziomie. Są świetne internetowe działania wspólnot, zakonów czy osób świeckich, które bardzo realnie budują społeczności - takie wręcz wirtualne parafie o zdecydowanie większej liczebności niż to, co widać w ławkach kościoła. Są też “zwykli ludzie”, którzy - tak jak Ty czy ja - próbują dzielić się wiarą. Niektórzy bardzo wprost: poruszając na swoich publicznych kanałach tematy wiary, a niektórzy zupełnie pośrednio - bo na przykład prowadzą własny biznes i choć nie mówią o Jezusie wprost, to wartości, które promują czy na których się opierają, są jawnie chrześcijańskie. No i tu warto podkreślić (choć nie ignorować!), że patoinfluencerka to nie jest jedyna prawda o świecie wirtualnym. Pytanie tylko, czy jak się jest katoliczką, to trzeba być w internecie?
Chcesz działać w sieci? Zadbaj najpierw o swoją... dojrzałość
Magda Urbańska: Nie trzeba, ale czasem warto. To zależy od osobistej dojrzałości, od ilości czasu, który chcemy na to poświęcić, od celu, jaki mamy, pokazując coś publicznie. Jeśli chcemy działać w sieci, na pewno warto, byśmy byli ludźmi, którzy potrafią zadbać o autorefleksję.
Agata Rusek: Bo widzisz, mnie od razu przychodzi do głowy to, że skoro jako chrześcijanie jesteśmy włączeni w zadanie niesienia dobrej nowiny do świata, trudno, żebyśmy ignorowali to, że uwaga świata i życie tak wielu ludzi toczy się teraz właśnie tu, w Internecie. Ale też nigdzie w Biblii nie jest napisane: idźcie wprost do “darknetu” i oświetlajcie tamte ciemności. Myślę więc bardzo podobnie: nie trzeba, ale warto, pod warunkiem, że potrafisz zauważyć, kiedy robisz sobie z internetu bożka. Albo masz obok siebie ludzi, którzy potrafią cię mądrze wesprzeć na drodze duchowej i zauważą, kiedy Internet zaczyna cię pochłaniać. I w odpowiednim momencie powiedzą: aj, aj, aj, chyba potrzebujesz postu od postów (śmiech).
Magda Urbańska: Wydaje mi się, że bazą dla tych, którzy chcą coś cennego dawać dalej, jest codzienny rachunek sumienia (ignacjański - sorry, musiałam!). Bo czy nie jest tak, że w naszym “głoszeniu” w sieci jest dużo pychy, zazdrości, czasem hejtu? Czy nie uważamy się za tych, którzy są najmądrzejsi: "teraz ja ci tutaj powiem jak jest" - i łup w łeb? Myślę też o księżach celebrytach, którzy robią często Kościołowi więcej szkody niż pożytku. I o tym, że czasami dziecko zamiast mamy ma instagramerkę z nosem utkwionym w telefonie. Czy bierzemy tę przestrzeń na swój rachunek sumienia i - jeśli trzeba - do konfesjonału?
Agata Rusek: Kiedy mówisz o autorefleksji, przyznaję, że mam w głowie bardzo cyniczną myśl: no dobrze by było, żeby każdy z nas potrafił w autorefleksję, ale jaki jest stan naszych kompetencji w tym zakresie, każdy widzi, choćby po tym, jak wygląda internetowa komunikacja. A do tego dochodzi nam taka trudność, że wirtualny świat jest kształtowany przez potężne BigTechy, które w nosie mają świat wartości i bardzo sprawnie wykorzystują wszystkie luki ludzkiej psychiki. Zobacz, jak ironicznie “zabawne” jest, że mamy tyle twardych naukowych dowodów na to, że social media źle wpływają na ludzką psychikę, a tak trudno nam się z nich wyłączyć.
Magda Urbańska: Znowu powołam się na duchowość ignacjańską: korzystaj, dopóki ci służy! Tak, to wymaga autorefleksji, zatrzymania i ciszy. Dlatego osobiście zalecam robić sobie wieczory, weekendy, dni bez social mediów. Sama lubię czas bez telefonu. On naprawdę pokazuje, że świat się nie zawali bez Instagrama czy Facebooka. A ja zaczynam inaczej patrzeć na rzeczywistość, dostrzegać ludzi i sprawy wokół siebie.
---
Katoliczka w sieci. Kobieta, która coraz częściej idzie przez życie z czatem AI jako duchowym towarzyszem, szuka wspierających treści na Instagramie albo sama zaczyna dzielić się swoją codziennością i relacją z Bogiem. Doświadcza osamotnienia, erozji relacji, czasem hejtu z powodu wiary. Szuka sensu w setkach rolek pełnych cudzych emocji, bywa przebodźcowana i rozproszona, ale poza siecią trudno jej żyć. Co z naszym mózgiem i duchowością robią media społecznościowe i sztuczna inteligencja? Z czym mierzy się katoliczka w sieci? O tym w naszym nowym cyklu "Katoliczka w sieci" rozmawiają Agata Rusek i Magdalena Urbańska. Na kolejne odcinki zapraszamy w piątki.
Skomentuj artykuł