Cierpliwe przemienianie świata
Można zaryzykować stwierdzenie, że żyjemy w czasach kultu natychmiastowości. I tak, chcemy szybkich efektów, ekspresowych zmian w życiu i, co chyba najbardziej niebezpieczne, błyskawicznych i czarno-białych ocen i wyroków. A to skutkuje niekiedy tym, że gdy widzimy wokół siebie jakieś zło, uruchamiać się może w nas mechanizm sprawiedliwego mściciela. Chcielibyśmy wyrwać to zło z korzeniami, zaprowadzić idealny (przynajmniej według nas) porządek i oddzielić ludzi porządnych od tych zepsutych, żeby świat stał się lepszy, bezpieczniejszy i prostszy.
Tymczasem Jezus, na kartach dzisiejszej Ewangelii, zaprasza nas do przyjęcia zupełnie innej, Bożej optyki. I przynosi nam trzy proste przypowieści, które mają nam przybliżyć rzeczywistość Królestwa Bożego. Mistrz z Nazaretu nie posługuje się skomplikowaną teologią, ale – mówiąc o małym ziarenku i o kuchennym zakwasie – dotyka sedna naszych codziennych zmagań z wiarą i z drugim człowiekiem. Pierwsza z dzisiejszych przypowieści traktuje o człowieku, który posiał dobre nasienie na swojej roli: „Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy” (Mt 13, 37). To, co pochodzi od Pana, jest przede wszystkim i bezwzględnie dobre. Jeśli więc szukamy Królestwa Bożego już teraz, tu na ziemi, to znajdziemy je z pewnością tam, gdzie dzieje się autentyczne i bezinteresowne dobro, które nie potrzebuje wielkich haseł ani medialnego rozgłosu, bo po prostu leczy i buduje.
Ta prawda ma jednak również swoją drugą stronę. Jeśli bowiem Królestwo Boże jest tam, gdzie panuje dobro, to z pewnością nie ma go tam, gdzie są choćby cienie zła. Można więc mieć na ustach Ewangelię i wciąż powoływać się na Boga, ale jeśli nie sieje się dobra wokół siebie, lecz (na przykład) pogardę do innych, to z pewnością nie buduje się Bożego świata. Księga Mądrości przypomina nam tę podstawową zasadę: „Nauczyłeś lud swój tym postępowaniem, że sprawiedliwy powinien być dobrym dla ludzi” (Mdr 12, 19). Kiedy coś dzieje się niby w imię Boga i jego chwały, a owocem jest nienawiść, możemy być pewni, że mamy raczej do czynienia z kimś, kto sieje chwast.
To, co może najbardziej nas w tej przypowieści zaskakiwać i co bywa trudne do zrozumienia, to fakt, że Pan pozwala, by pszenica i chwast rosły obok siebie na jednym polu. Wiemy, jak bardzo chwast może zaszkodzić szlachetnej pszenicy. On nie jest neutralny – konkuruje z nią o wodę, o dostęp do światła i o cenne składniki odżywcze. Przez tę rywalizację pszenica, chcąc przetrwać, musi nienaturalnie wyciągać się w górę. W efekcie jej źdźbło staje się o wiele cieńsze, słabsze i znacznie bardziej podatne na złamania. Zło wokół nas realnie utrudnia nam rozwój i sprawia, że stajemy się duchowo krusi i poranieni. Kluczowe jednak wydaje się stwierdzenie gospodarza, że nie jesteśmy na tyle świadomi różnicy między chwastem a pszenicą, żeby zabrać się samemu, już teraz, za oczyszczanie pola z chwastu, bo możemy przez przypadek wyrwać pszenicę. A do tego systemy korzeniowe obu roślin wplatają się w siebie pod ziemią tak mocno, że nasze gwałtowne działanie zniszczyłoby także to, co dobre. Mamy więc zostawić to Bogu i jego oczyszczeniu, które nazywamy Sądem Ostatecznym.
Podobne przesłanie wynika z kolejnych przypowieści – o ziarnku gorczycy i o zaczynie. Obie te historie mówią o procesie, który wymaga czasu i cierpliwości. Potrzeba bowiem czasu, by z małego ziarnka gorczycy wyrosła roślina. Potrzeba też czasu, żeby ciasto w pełni przyjęło zakwas, „przerobiło się” i wyrosło. Tak też działa nasz Bóg. On niczego nie robi na łapu-capu, byle szybciej, byle głośniej, byle efektowniej. Nie szuka taniej sensacji. Jest Bogiem cierpliwym i łaskawym, a ta Jego niespieszność to najgłębsza cecha Jego Miłosierdzia, które nieustannie daje nam czas na nawrócenie: „Tyś, Panie, dobry i łaskawy, pełen łaski dla wszystkich, którzy Cię wzywają” (Ps 86, 5). I do takiej właśnie cierpliwości i nas Jezus dzisiaj wzywa – byśmy byli gotowi stawać się cichym ziarnem gorczycy, byśmy byli niewidocznym zaczynem, ale w tym wszystkim mamy być po prostu cierpliwi. Czasami może się nam wydawać, że jako chrześcijanie jesteśmy w społeczeństwie w zdecydowanej mniejszości, jacyś tacy dziwni i niedzisiejsi (tak nam się niekiedy wmawia), bo zajmujemy się relacją z Bogiem, jakimiś modlitwami i duchowością, podczas gdy wokół jest tyle innych, ciekawszych „atrakcji”. Jednak to cierpliwe wpuszczanie Pana do naszego życia ostatecznie przemienia nas nie do poznania i pozwala Królestwu Bożemu powoli, bez rozgłosu rozszerzać się po całej ziemi.
Snując refleksję nad tymi przypowieściami, które dzisiaj „zaserwował” nam Jezus, warto powiedzieć też kilka zdań o modlitwie – czym ona tak naprawdę jest. Zacznijmy jednak od tego, czym ona z całą pewnością nie jest. Prawdziwa modlitwa chrześcijanina nie jest próbą przemieniania świata wokół nas, jakbyśmy wypowiadali jakieś magiczne zaklęcia mające moc sprawczą i zmuszające Boga do posłuszeństwa naszej woli. Modlitwa nie jest koncertem życzeń ani próbą nagięcia woli Stwórcy do naszych własnych projektów. Modlitwa jest przede wszystkim radykalnym przemienianiem siebie, jest powolnym otwieraniem własnego serca na Boga, na Jego uzdrawiającą łaskę i na Jego świętą wolę. I do tego procesu również potrzeba czasu.
Niekiedy bardzo długo o coś się modlimy, a sytuacja ani drgnie. Potem okazuje się, że ten długi czas był potrzebny nie po to, żeby Boga przekonać do swoich racji, bo był taki oporny, ale żeby samemu zrozumieć, czym jest to, co mnie spotyka, i jak mogę w tej konkretnej sytuacji żyć Ewangelią, a przede wszystkim żyć bliżej Pana, dopuścić Go do siebie bliżej. Modlitwa to więc często klucz, który ma otworzyć moje serce na zupełnie inną perspektywę – Królestwa Niebieskiego i wieczności – bo w niej wszystko wygląda zupełnie inaczej. Sami z siebie jesteśmy w tym niekiedy bardzo nieporadni, dlatego Paweł Apostoł pociesza nas: „Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8, 26). Pozwólmy więc Duchowi Świętemu modlić się w nas, bądźmy cierpliwi i ufajmy Panu do końca.


Skomentuj artykuł