Czy z tego, co robimy w internecie, też trzeba się spowiadać?
Magda Urbańska: Agato, coś czuję, że ta rozmowa nie będzie tak łatwa i oczywista, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Trochę śmieję się do naszego dzisiejszego tytułu, wszak "znana" jestem w social mediach z mówienia o spowiedzi. Dziś jednak dotkniemy tego tematu zupełnie inaczej, prawda?
Agata Rusek: Jasne, przyniosłam na naszą rozmowę kartkę z wypisanymi moimi nawracającymi grzechami w internetowej działce mojego życia. Mamy na niej m.in. takie pozycje, jak: "zgrzeszyłam pychą, bo trzy razy sprawdziłam, czy przybyło mi polubień pod opublikowaną rolką", "zgrzeszyłam niecierpliwością, gdy uznałam, że Duch Święty działa zdecydowanie za wolno, a algorytm o wiele szybciej i zapytałam ChatGPT o radę", "zgrzeszyłam osądzaniem bliźnich, bo po jednym poście wiedziałam już o tej osobie wszystko". Ach, i jeszcze nagminnie okłamywałam (głównie samą siebie) klasycznym: "A, wejdę tylko na momencik, a, kliknę tak tylko z ciekawości…" [śmiech]. A tak zupełnie serio, mam wrażenie, że większość dzisiejszych internetowych dylematów wcale nie sprowadza się do prostego pytania: "to jest grzech czy nie?". Bo wiesz, z takim hejtem sprawa dla większości chrześcijan jest raczej oczywista. Znacznie trudniej może być z sytuacjami, w których sumienie nie dostaje gotowej instrukcji obsługi. Na przykład czy publikując wyłącznie najładniejsze kadry swojego życia, nadal jestem prawdziwa, czy już tworzę wizerunek, który niewiele ma wspólnego z moją codziennością? Albo czy przemilczenie czegoś jest wyrazem roztropności i troski o prywatność, czy może zaczyna być subtelną manipulacją? Albo z innej beczki – czy kliknięcie "lubię to", udostępnienie czy pozostawienie komentarza to tylko techniczne gesty, czy w pewnym momencie nie stoją za nimi już konkretne decyzje moralne? Mam wrażenie, że właśnie w takich szarych strefach najczęściej spotykamy się dziś z własnym sumieniem. I chyba właśnie z takich sytuacji najtrudniej jest się... wyspowiadać. Nie dlatego, że są najcięższe, ale dlatego, że najpierw trzeba je w ogóle umieć zauważyć i nazwać.
Magda Urbańska: I tu przydałby się codzienny, ignacjański rachunek sumienia [śmiech]. Sama, gdy myślę o tym, co pokazuję w sieci, widzę wyraźnie, że to są mikro momenty mojej codzienności. Pewne wycinki, które mogę i chcę pokazać. One są prawdziwe, ale nie są całością mojej codzienności. W odbiorcach może tworzyć się jakiś obraz mnie i z wiadomości od ludzi wiem, że się tworzy. Często nijak ma się do tego, jak ja widzę samą siebie i moje życie. Po prostu jest czyimś wyobrażeniem. Przyzwyczaiłam się do tego, że tak to działa i przestałam się tym jakoś przejmować, bo to cena bycia widoczną w internecie. Z drugiej strony bardzo łatwo jest wejść w taki tryb pokazania siebie od jak najlepszej strony. Koloryzowania rzeczywistości dla lajków. Drobnych kłamstw, które być może widzi nasze najbliższe otoczenie – ludzie, z którymi spotykamy się na żywo. Nie mówię o tak skrajnych przypadkach jak pokazywanie w internecie piękna małżeństwa i szczęścia, gdy w sądzie leżą nasze papiery rozwodowe… Prawda ekranu nie zawsze jest prawdą codzienności i jako odbiorcy musimy mieć tego świadomość…
Agata Rusek: Wiesz, ja sobie czasem myślę, że internet jest trochę jak spotkanie ze znajomymi po niedzielnej Mszy. Ktoś zapyta: "Co słychać?" i przecież nikt nie odpowiada stojąc pod kościołem: "A, chodź, usiądź ze mną, to ci opowiem o wszystkich kryzysach mojego małżeństwa z ostatnich sześciu miesięcy i o tym, że dziś rano o mało nie odgryzłam dziatwie głowy, bo nie chcieli ubrać kościelnych koszul". [śmiech] Mówisz: "Bogu dzięki, wszystko ok". I to nie jest kłamstwo. To po prostu świadomość, że nie każde miejsce/przestrzeń jest dobre do pewnych rozmów i prawd. I myślę, że w naszym cyklu to już nie raz wybrzmiało – na zarzut, że ktoś "pokazuje tylko dobre chwile", zawsze można odpowiedzieć: "No dobrze, ale przecież my wszyscy jesteśmy różni w rzeczywistości wobec różnych osób, pokazujemy różne wycinki siebie i swojego życia, i nie ma żadnego obowiązku, żeby komukolwiek transmitować na żywo całość swojej codzienności". Chrześcijaństwo kapitalnie pokazuje i uczy w tym kontekście o wartości dyskrecji, o intymności, o tym, że są sprawy, które potrzebują ciszy, a nie zasięgów. Mam jednak wrażenie, że granica przebiega gdzie indziej. Nie tyle między pokazywaniem wszystkiego a pokazywaniem tylko fragmentów, co między pokazywaniem fragmentu a totalnej fikcji. Mogę pokazać pięć minut pięknego rodzinnego obiadu i to będzie całkowicie uczciwe. Problem zaczyna się wtedy, kiedy próbuję przekonać odbiorcę, że te pięć minut to całe moje życie. Albo kiedy świadomie buduję w nim przekonanie, że jestem mamą, która nigdy nie krzyczy, żoną, która nigdy się nie kłóci z mężem, albo chrześcijanką, która codziennie o piątej rano kończy godzinę adoracji w ciszy i z uśmiechem na twarzy wchodzi w nowy dzień [śmiech]. I jeszcze jedna rzecz. Mam wrażenie, że odpowiedzialność leży nie tylko po stronie twórcy, ale też odbiorcy. Bo my, oglądając internety, bardzo często zapominamy, że patrzymy przez dziurkę od klucza, a potem jesteśmy zdziwieni, że nie widzimy całego mieszkania. To nie ekran jest rzeczywistością. To tylko jej niewielki wycinek. I chyba dojrzewanie do korzystania z mediów społecznościowych polega również na tym, żeby o tym nie zapominać.
Magda Urbańska: Myślę, że twórca czuje, gdzie zaczyna się kłamstwo. Choć można to nazywać różnie. Mamy prawo pokazywać co, jak i kiedy chcemy, z drugiej strony widzę pewne zjawisko na przykład wśród młodych matek, zaraz po porodzie. Oglądają swoje ulubione influencerki, z którymi razem przeżywały czas ciąży. I ona taka zadbana, zawsze uśmiechnięta, dom sprzątnięty, dwudaniowy obiad ugotowany, a ty cały dzień płaczesz, bo walczysz o to, by dziecko zaczęło prawidłowo ssać. I wpadasz w coraz większy dół, bez refleksji o tym, że twoja twórczyni ma sztab babć, albo że pokazuje tylko trzy minuty z całego dnia, a resztę tego czasu płacze podobnie jak ty, ale nie pasuje jej to do reklamowania super ciuchów dla mam, więc słowem o tym nie wspomni. Po prostu. Tworzy pewien obraz siebie. I choć ma do tego prawo, balansuje jakoś na granicy prawdy i kłamstwa. Kreuje coś, co w rzeczywistości nie istnieje i sprzedaje to nieprawdziwe wyobrażenie innym. Można na to patrzeć różnie i na wiele sposobów usprawiedliwiać. Myślę, że bardzo dużej osobistej dojrzałości potrzeba, by tego nie robić i potrafić pokazać się prawdziwie i nadal wspierająco, nadal twórczo. Z drugiej strony zawsze myślę o tym, czy warto coś pokazać. Po ignacjańsku pytam siebie, jakie będzie z tego dobro i czy to ma służyć Bożej chwale, czy budowaniu mojego ego [śmiech].
Czy korzystanie z AI może obciążać sumienie?
Agata Rusek: Mam wrażenie, że ten wątek dojrzałości to jakiś stały motyw w naszych rozmowach. Ale skoro już przy twórczości jesteśmy, to chciałabym pogadać o własności w internecie. Bo mam wrażenie, że to jest taki obszar, który jako chrześcijanie ciągle traktujemy niestety po macoszemu. Może nawet nie z premedytacją, tylko dlatego, że przez lata internet sprawiał wrażenie wielkiego koszyka z napisem: "Bierz, co chcesz", a my raczej na kazaniach o prawach autorskich w kontekście szóstego przykazania nie słuchamy. Zdjęcie z Google? Proszę bardzo. Grafika z czyjegoś profilu? Przecież i tak wszyscy ją udostępniają. Czyjś tekst? Wystarczy trochę pozmieniać słowa i już. A przecież za tym wszystkim stoi konkretny człowiek, jego praca, wysiłki, edukacja. Ktoś poświęcił czas, talent, pieniądze, swoją kreatywność. Dziś w dobie AI, gdy już naprawdę każdy dostał do ręki narzędzia, dzięki którym może kreować grafiki, muzykę, teksty – to się nam zrobił w ogóle węzeł gordyjski w kwestiach duchowych. Bo ilu z nas rzetelnie się zastanawia, używając na przykład ChatGPT, skąd on zdobył takie a nie inne umiejętności pisania tekstów czy tworzenia obrazów? Albo takie Suno? Skąd się wzięła ta umiejętność wygenerowania każdej wymyślonej piosenki, jaką masz w głowie? A skoro wiemy – bo przecież toczą się o to procesy w USA – że te modele zostały wyćwiczone na nielegalnie udostępnionej twórczości artystów i pisarzy, to czy kłuje to choć trochę nasze, użytkowników, sumienie? Wiesz, taką niewygodną myślą: "ej, czy ja właśnie nie biorę udziału w kradzieży?". Tu oczywiście zawsze może paść koronne: "przecież wszyscy tak robią", "prawo nie zabrania", "skąd ja mogę wiedzieć?". Ale być może właśnie tu mamy być tą ewangeliczną solą, przynajmniej starając się nie dorzucać swoich trzech groszy do czyjejś krzywdy …
Magda Urbańska: Jeszcze dwadzieścia lat temu nikt nie zastanawiał się nad tym, w jaką stronę pójdą te całe internety. I prawda jest taka, że my dorośli zachłysnęliśmy się social mediami wcale nie mniej niż dzieci. Dopiero powoli budzi się w społeczeństwie jakaś świadomość tego, że ten słodki tańczący kotek jest wygenerowany przez sztuczną inteligencję i że to samo można zrobić z innymi rzeczami – przerobić zdjęcie, film, tło... I trzeba mieć świadomość i jakiś taki wewnętrzny filtr, że nie wszystko, co widzę jest prawdą. Z perspektywy twórcy widzę to też tak, że mózgi się nam lasują od podążania za klikalnością. Za tym, żeby nas słyszano i podziwiano. I choć te potrzeby same w sobie są dobre i cenne, zapychamy je kłamstwem, wydmuszką. Czasem nawet tym, co chcielibyśmy mieć, a teraz jest dla nas niedostępne. Jakimś kanonem piękna, który tak często się zmienia, że nie sposób za nim nadążyć, więc wjeżdża sztuczna inteligencja i już mam 20 kilogramów mniej. Pamiętam taką dziewczynę, ba!, dojrzałą kobietę. Wrzuciła przerobione zdjęcie, pod którym posypały się komentarze, że jak ona wypiękniała, jak to się stało, że tyle schudła. Mnie jednak zastanowiła jej sukienka i tło… Okazało się, że to zdjęcie z pinteresta, tylko twarz była jej, ale mocno wygładzona. Nie jak twarz kobiety, która schudła 20 kg, ale twarz nastolatki… I ludzie dali się wkręcić w to kłamstwo, weszli w to jak w masło… Ona, katolicka twórczyni, zaczęła opowiadać o swojej cudownej przemianie… Taaa… Po co? Jaki głód chciała w sobie zagłuszyć? Nie wiem…
Agata Rusek: Ło matyldo, ale historia.
Magda Urbańska: Jest też tak i to trzeba sobie jasno powiedzieć, że w internecie nic nie ginie. Trzeba publikować z głową. I tu się właśnie pojawia ten ciągły znak zapytania – ile chcę pokazać? Tak by nadal było prawdziwie, nadal życiodajne, a jednocześnie zgodnie z prawdą. Myślę, że to jest trudne i warto tę refleksję co jakiś czas podejmować. Dla mnie nadrzędne jest pytanie o cel, który chcę osiągnąć pokazując dany kadr. Bo przecież po coś go wrzucam, prawda? I to już warto wziąć na rachunek sumienia nie tylko z nazwy, ale ten realny. A jak trzeba to później do konfesjonału też. No to się wyżyłam, mówiąc o spowiedzi [śmiech].
Agata Rusek: Cała ty [śmiech]. Ja bym dodała na koniec naszej rozmowy jeszcze jeden wątek, być może przydatny w osobistym rachunku sumienia, a związany z używaniem, albo lepiej, z nadużywaniem sztucznej inteligencji. Po prawdzie większość z nas korzysta z tego wynalazku od lat (choćby używając GPSa w samochodzie), ale dziś "ejaje" przestały być takim ot, po prostu narzędziem jak komputer, a przynajmniej my, ludzie, różnie z niego korzystamy. Nie zawsze jako z "wspomagacza", tylko bywa, że jako całkowite zastępstwo dla naszych obowiązków. I myślę, że z punktu widzenia higieny sumienia warto od czasu do czasu podjąć trud rachunku sumienia, gdzie kończy się pomoc, a zaczyna wyręczanie i rozleniwianie? Ot, np. taka scenka sytuacyjna z korpo–życia. Wyobrażam sobie pracownika, który dostaje od szefa zadanie przygotowania raportu, otwiera ChatGPT, wpisuje jedno zdanie, kopiuje odpowiedź, zmienia dwa przecinki i zanosi gotowy dokument, czekając na premię. Formalnie zadanie zostało wykonane. Tylko... czy rzeczywiście wykonał je ten pracownik? Nie mam tu prostych odpowiedzi. Ale zastanawiam się, czy przypisanie sobie cudzej pracy nie jest w tym ujęciu jakimś nadużyciem. Gdyby kolega z biurka obok napisał za mnie cały raport, a ja podpisałabym go własnym nazwiskiem, większość z nas nie miałaby wątpliwości, że zachowałam się nieuczciwie wobec kolegi i wobec mojego pracodawcy, prawda? Ale gdy robi to maszyna (pomijam już jakość tej pracy, którą wypluwa!), nasze sumienie często milknie otulone kokonem z wygody. To jest właśnie rodzaj nowych, duchowych wyzwań, których wcześniej po prostu nie było. Chociaż tak po prawdzie dotykają bardzo starych wartości: uczciwości, odpowiedzialności i prawdy.
Magda Urbańska: Tak, uczciwość i prawda – coś co bardzo mocno zaciera się we współczesnym świecie i zaczyna być traktowana jako nic nieznaczące wartości, relikt przeszłości. Wracają mi teraz twoje słowa sprzed chwili, że my – katolicy – powinniśmy być solą, również w świecie wirtualnym. Bo jeśli sól straci smak, to zostaną zgliszcza... Agato, jesteśmy dziś bombardowane przez wiele różnych treści i nie ma sensu temu zaprzeczać. Może dotkniemy i tego wątku w kolejnej rozmowie i powiemy, co nam pomaga na mental load (przeciążenie umysłu). Jakie są nasze patenty i gdzie w tym wszystkim mieści się wiara? No i chyba z naszej perspektywy to, co najważniejsze, więc też jak sobie z tym radzimy jako twórczynie. Co Ty na to?
Agata Rusek: Bardzo chętnie!
Przeczytaj poprzednie rozmowy:
- "Autentyczność się nie niesie". Katoliczki o presji i sile social mediów
-
Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci
- Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom
- Bez wad, bez wątpliwości i w sukience. Mit prefekcyjnej katoliczki
- Ile swojej wiary można pokazać w sieci? "Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów"
- Jak wychować dziecko w erze TikToka? Złości mnie, gdy słyszę: "Może telefony niszczą dzieciństwo, ale nic już z tym nie zrobimy"
- Gdy dziecko staje się contentem. Co robią w sieci matki i jak się to odbija na prywatności dzieci?
- Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów
- Wiara online. Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna złudzenie?
Skomentuj artykuł